Co się dzieje w Unii Europejskiej? Autorski przegląd najważniejszych spraw i wydarzeń z życia wspólnoty.

Polityka

sobota, 12 marca 2011

Finis blogUE
Przez ponad dwa lata blogUE miał przyjemność informować i komentować wydarzenia w Unii Europejskiej. A więc i w Polsce – znaczącym kraju wspólnoty.
Jak twierdzi bloxowy licznik, od 26 listopada 2008 roku (gdy ukazała się pierwsza notka) do wczoraj blogUE circa about 500 tysięcy ”kliknięć”. Nie wiem, czy to dużo, czy mało - ale też blogUE nigdy nie startował w konkursie na najbardziej poczytny dziennik internetowy.
Raz, że z kominkiem albo kilkoma redakcyjnymi kolegami (choćby Maćkiem Samcikiem i Wojciechem Orlińskim - pozdrawiam!) nie miałbym żadnych szans. Dwa, że unijna tematyka jakoś specjalnie ”seksi” nie jest. I trzeba naprawdę ją lubić, żeby chcieć o niej czytać w wolnym od pracy czasie. Przyjmuję więc, że kilkaset tysięcy przypadków takiego zainteresowania to i tak dużo.
To powiedziawszy, cieszę się szczególnie z tego, że blogUE zgromadził grupę stałych czytelników. Wszystkim dziękuję za uwagę, za komentarze. Nie zawsze zgadzaliśmy się, czasami wymiana opinii była dość gorąca - ale mam nadzieję, że nikt z polemistów nie czuje się urażony. Na pewno nie czuje się tak Wasz autor (choć przecież nie raz różne zgniłe pomidory leciały), bo lepsza jest ostra debata, niż pełne lekceważenia milczenie.
Mam nadzieję, że czytelnicy docenili fakt, że blogUE był sferą bez komercji – nawet na sekundę nie pojawiła się na nim choćby jedna reklama.
I już nie pojawi. Czytacie właśnie ostatnią notkę, jaka się tu pojawiła. BlogUE nie znika, ale przenosi się do „read only” archiwum, do otchłani Bloxa. Nie będzie już nowych wpisów, zostaną tylko wspomnienia.
Dlaczego? Bo jego autor zmienił miejsce pracy. Jak już publicznie wiadomo, teraz pracuję dla rządu premiera Donalda Tuska – jako rzecznik Prezydencji włączę się w organizację i późniejsze realizowanie polskiego przewodnictwa Polski w Unii. To wyjątkowe wyzwanie, wielka odpowiedzialność – ale też i zaszczyt. Cieszę się, że będę mógł wnieść swój (skromny) wkład w wyjątkowe przedsięwzięcie publiczne.
Ale to dopiero przyszłość. Pozwólcie, że jedno podkreślę: tego bloga do końca pisałem jako dziennikarz „Gazety Wyborczej”. Tylko i aż dziennikarz, do końca identyfikujący się z linią „Gazety” i przez redaktorów „Gazety” oceniany i sprawdzany.
Ta notka, którą Państwo teraz czytacie, jest jedyną (pierwszą i ostatnią) notką jaką napisałem już w charakterze rzecznika Prezydencji. Celowo właśnie tak: blogUE od samego początku był „gazetowy” – i tak pozostanie.
Bo „Gazeta” - czytelnicy wybaczą mi ten osobisty wtręt - to fantastyczny zespół ludzi, najlepsza jaką znam redakcja w kraju. A pewnie i w całym regionie Europy.
Nie żałuję ani jednego dnia z ponad 13 lat, które spędziłem w „Gazecie”. Wszystkim koleżankom i kolegom z redakcji, portalu, radia Tok FM, wydawnictwa i administracji - serdecznie dziękuję!
Praca z Wami była wielką przyjemnością.
Tak samo jak pisanie notek na BlogUE. I na tym chyba poprzestanę, bo jeszcze za bardzo się wzruszę.

Przez ponad dwa lata blogUE miał przyjemność informować i komentować wydarzenia w Unii Europejskiej. A więc i w Polsce – znaczącym kraju wspólnoty. Jak twierdzi bloxowy licznik, od 26 listopada 2008 roku (gdy ukazała się pierwsza notka) do wczoraj blogUE circa about 500 tysięcy ”kliknięć”. Nie wiem, czy to dużo, czy mało - ale też blogUE nigdy nie startował w konkursie na najbardziej poczytny dziennik internetowy. Raz, że z kominkiem albo kilkoma redakcyjnymi kolegami (choćby Maćkiem Samcikiem i Wojciechem Orlińskim - pozdrawiam!) nie miałbym żadnych szans. Dwa, że unijna tematyka jakoś specjalnie ”seksi” nie jest. I trzeba naprawdę ją lubić, żeby chcieć o niej czytać w wolnym od pracy czasie. Przyjmuję więc, że kilkaset tysięcy przypadków takiego zainteresowania to i tak dużo.

To powiedziawszy, cieszę się szczególnie z tego, że blogUE zgromadził grupę stałych czytelników. Wszystkim dziękuję za uwagę, za komentarze. Nie zawsze zgadzaliśmy się, czasami wymiana opinii była dość gorąca - ale mam nadzieję, że nikt z polemistów nie czuje się urażony. Na pewno nie czuje się tak Wasz autor (choć przecież nie raz różne zgniłe pomidory leciały), bo lepsza jest ostra debata, niż pełne lekceważenia milczenie.

Mam nadzieję, że czytelnicy docenili fakt, że blogUE był sferą bez komercji – nawet na sekundę nie pojawiła się na nim choćby jedna reklama. I już nie pojawi. Czytacie właśnie ostatnią notkę, jaka się tu pojawiła. BlogUE nie znika, ale za chwilę przenosi się do „read only” archiwum, do otchłani Bloxa. Nie będzie już nowych wpisów, zostaną tylko wspomnienia.

Dlaczego? Bo jego autor zmienił miejsce pracy. Jak już publicznie wiadomo, teraz pracuję dla rządu premiera Donalda Tuska – jako rzecznik Prezydencji włączę się w organizację i późniejsze realizowanie polskiego przewodnictwa Polski w Unii. To wyjątkowe wyzwanie, wielka odpowiedzialność – ale też i zaszczyt. Cieszę się, że będę mógł wnieść swój (skromny) wkład w wyjątkowe przedsięwzięcie publiczne.

Pozwólcie, że jedno podkreślę: tego bloga do końca pisałem jako dziennikarz „Gazety Wyborczej”. Tylko i aż dziennikarz, do końca identyfikujący się z linią „Gazety” i przez redaktorów „Gazety” oceniany i sprawdzany. Ta notka, którą Państwo teraz czytacie, jest jedyną (pierwszą i ostatnią) notką jaką napisałem już w charakterze rzecznika Prezydencji. Celowo właśnie tak: blogUE od samego początku był „gazetowy” – i tak pozostanie. Nie chcę, żeby ktokowliek myślał, że ten blog miał jakikolwiek związek z polityką informacyjną rządu. Nie miał!

„Gazeta” - czytelnicy wybaczą mi ten osobisty wtręt - to fantastyczny zespół ludzi, najlepsza jaką znam redakcja w kraju. A pewnie i w całym regionie Europy. Nie żałuję ani jednego dnia z ponad 13 lat, które spędziłem w „Gazecie”. Wszystkim koleżankom i kolegom z redakcji, portalu, radia Tok FM, wydawnictwa i administracji - serdecznie dziękuję! Praca z Wami była wielką przyjemnością. Tak samo jak pisanie notek na BlogUE.

I na tym chyba poprzestanę, bo jeszcze za bardzo się wzruszę.

Do zobaczenia i usłyszenia w innych okolicznościach.

15:32, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (12) »
piątek, 11 lutego 2011

Atakowanie rządu Platformy Obywatelskiej stało się nowym, modnym trendem. Zgodnie ze starą zasadą „wszyscy razem na lidera” i zgodnie z jakże polską tradycją wywracania wszystkiego do góry nogami po każdych wyborach, nie ma dnia, by ktoś „znany” nie wyraził swojego niezadowolenia z działań (bądź ich braku) ekipy PO-PSL. Ostatnio w trend wpisał się np. erudyta i znawca kobiet (wszak szefowanie „Plejbojowi” do czegoś zobowiązuje) Marcin Meller. W pełnym pasji liście oznajmił swój rozwód z PO - i cały polski fejsbuk ponoć zatrząsł się od tej deklaracji, a „Drugie śniadanie mistrzów” z dnia na dzień stało się ukochanym programem telewizyjnym prawych i sprawiedliwych. Żałować pozostaje, że Marcin Meller nie poinformował, kto może być jego nową szczęśliwą wybranką polityczną (ktora zrobi mu wszystkie oczekiwane reformy w dwa tygodnie, za zero złotych - zupełnie jak w Erze). Nic to, zapewne były-wyboraca-Platformy wyjaśni nam to z czasem, w innym wpisie na fejsbuka.

BlogUE nigdy nie był modny. Nie używał ajfona, nie ma konta na fejsbuku z tysiącem znajomych. Ale to, co stanie się teraz, to będzie już zupełne stocznie się, zjazd na sam dno niemodności i obciachowości. W oczach redaktora Mellera stane się pewnie nowym uosobieniem żenua. Zamierzam bowiem bronić dorobku rządu Platformy – PSL. Bo moim zdaniem rząd, który ponoć „nic nie robi” - w rzeczywistości dokonał więcej zmian niż kilka poprzednich ekip razem wziętych.
Przez ostatnie trzy lata Platforma (przy współpracy z PSL):
1) ponownie uruchomiła prywatyzację - i po sprzedaży Enei oraz chemii chyba przebije prywtyzacyjne osiągnięcia AWS-UW (stan od października 2007 r. – 31 mld zł). Dodatkowy bonus: Platforma ogromnie wzmocniła rolę warszawskiej giełdy papierów wartościowych (poprzez prywatyzacje w drodze debiutu), a po drugie – Platforma zakończyła trwający od dekady koszmarny i głupi spór z Eureko ws. PZU;
2) oddzieliła prokuraturę od rządu (jak dla mnie - przełomowa reforma);
3) dokonała zasadniczych zmian w prawie ochrony środowiska:
a) doprowadziła do pełnego uzgodnienia ustaw środowiskowych z prawem unijnym (odblokowało to miliardy unijny euro - szkoda, że poprzednicy nie potrafili tego zrobić)
b) przeprowadziłą przez parlament mało znaną, choć bardzo ważna ustawa o przeniesieniu własności śmieci na gminy, dzięki czemu raz na zawsze skończy się wyrzucanie odpadów na łąki i pola (bo nikomu to już się nie będzie opłacało);
4) uzawodowiła armię ;
5) stworzyła znakomity system wykorzystania unijnych funduszy strukturalnych i spójnościowych (Polska bezapelacyjnie na pierwszym miejscu w UE pod względem szybkości);
6) PO okazała się pierwszą partią od dziesięcioleci, która ograniczyła przywileje emerytalne - mowa oczywiście o pomostówkach (mundurówki będą kolejne – spodziewam się, że do kwietnia/maja będzie ustawa);
7) przeforsowała ustawy "społeczne": przedszkola, żłobki (przyjęte parę dni temu), parytety, ustawa o ochronie przed przemocą w rodzinie;
8) przeprowadziła reformę szkolnictwa wyższego - więcej wolnorynkowych zasad i autonomii dla uczelni wyższych + wprowadzenie ocen wykładowców;
9) przygotowała ustawy deregulacyjne (np. powszechna zamiana zaświadczeń na oświadczenia - wbrew pozorom to jest watershed dla polskiego życia publicznego) – wkrótce Sejm zakończy nad nimi prace;
10) zaczeła porządkować w finansów publicznych: włączenie budżetów różnego rodzaju agencji itp. do budżetu oraz "reguła wydatkowa". Znów, PO-PSL byl pierwszym rządem który się na tak ważne zmiany zdecydował.
11)"drobiazg" - PO-PSL wyprowadziła polskie wojska z Iraku
12) Zaczęła budować drogi. 1400 km jest w trakcie realizacji - rekord 20-lecia IIIRP. Dokończenie A2 w ciągu kilkunastu miesięcy (co nie znaczy, że nie było fakapów – Ala jaka jest wina rządu w tym, że wykonawca inwestycji skrewił i zerwał umowę?)
13) nie zapominajmy o rekordowych inwestycjach w modernizację dróg lokalnych - tzw. schetynówki (ponad miliard złotych). BlogUE ma przyjemność jeździć po kilku takich drogach. 
14) obcięcie SB-ekom emerytur. (Akurat oni to zrobili, nie PiS!);
15) podwyższenie pensji nauczycielom (należało się);
16) wprowadzenie tzw. funduszu sołeckiego (ponoć ważna reforma dla wsi).

17) DODANO 14.14 Orliki (dziękuję za przypomnienie, choć pewnie zaraz się zacznie gadanie, że sztuczna trawa jest skorumpowana, a bramki, do których dzieciaki tysiącami strzelają gałę - nie podobają się NIK-owi.)

Do listy nie wpisałem rzeczy, które trudno obiektywnie ocenić/opisać, jak np. o zmianie w polityce zagranicznej - bo tu poruszamy się głównie w sferze ocen, a nie twardych faktów. Bo jak faktami zmierzyć polepszenie relacji z Rosją? Można próbować: nadchodząca rehabilitacja ofiar zbrodni katyńskiej, szybkie i polubowne rozwiązanie sporu o pozwolenia przejazdowe dla transportowców, szybkie rozwiązanie sporu o mięso (pewnie już nie pamiętacie, że to Platforma ten konflikt handlowy rozwiązała).
Nie będę też pisał o takiej "oczywistej oczywistości" jak fakt, że trzy kolejne lata z rzędu - gdy świat i Europa pogrążały się w kryzysie - Polska pozostała ponad wodą. Bo trudno ocenić, na ile jest to zasługa Platformy-PSL. Ja uważam, że jest (jak choćby na tym polegająca, że PO-PSL nie dały się w 2009 i 2008 r. namówić opozycji na popełnienie samobójstwa – walkę z kryzysem za pożyczone pieniądze). Ale pewnie wielu uważa, że PO – PSL nie ma żadnej zasługi. To pewnie te same osoby, które uważają, że doskonała koniunktura gospodarcza w latach 2005 – 2007 to zasługa rządów prawych i sprawiedliwych. 
- A OFE? Co z OFE?! – zapytacie. Otóż w sprawie OFE pozostaje mi tylko zacytować internautę czosnka i jego znakomity wpis z blogu Daniela Passenta.:
To, co zrobiła PO, to w takiej a nie innej sytuacji budżetowej jest jedynym rozwiązaniem pozwalającym w miarę stabilnie patrzeć na finanse państwa w perspektywie kilku lat. Pozostaje jedynie pytanie, co PO zrobiła aby nie musieć ograniczać transferów do OFE. Czy zrobiła mało? Tak, bo mogła przez ostatnie 3 lata zrobić więcej. Czy zrobiła dużo? Też tak, bo w porównaniu z poprzednikami, oni są jedynymi, którzy zaczęli zabierać przywileje, zamiast rozdawać je bezmyślnie na lewo i prawo. Zrobili dużo, bo jeżeli mówimy “dużo”, to musimy mieć skalę odniesienia. A w tym wypadku punktem odniesienia są osiągnięcia poprzednich rządów w tym temacie.
Oskarżanie PO za obecną sytuację z pominięciem tego, co działo się przez ostatnie 12 lat od wprowadzenia reform emerytalnych to bezczelna demagogia. Oczywiście można oskarżać PO o grzechy zaniechania. Ale ten kto oczekuje, że w 2 lata rządów zbudujemy wszystkie autostrady, pozbędziemy się deficytu, usprawnimy całkowicie kolej, do tego uzdrowimy służbę zdrowia i całe finanse publiczne jest po prostu idiotą. Biorąc pod uwagę to, co Tusk do tej pory zrobił i co robi (mundurówki, wcześniejsze emerytury dla rolników, emerytury pomostowe) i to co zrobił SLD (strach przed górnikami i ustawa emerytalna dla górnictwa) oraz PiS (przedłużenie o rok funkcjonowania wcześniejszych emerytur, obniżenie składki rentowej przy zwiększeniu wydatków publicznych) to konkluzja wydaje się jedna.
Rząd PO w obliczu kryzysu finansowego dostał w spadku skrajnie niewydolny system finansowania kraju. Wśród oceanu nagłych potrzeb i problemów, próbuje się ratować częściowym demontażem reformy emerytalnej, który spowodowany jest przede wszystkim błędami i zaniechaniami rządów Millera, Belki i Kaczyńskiego. Więc jeżeli to co robi Tusk nazywamy “nicnierobieniem”, to jak nazywać dokonania poprzedników? Dzisiejsza sytuacja byłaby do uniknięcia, gdyby KRUS, mundurówki, emerytury górnicze, pomostówki były zlikwidowane już w pierwszym roku urzędowania Tuska. Ale sorry… to marzenia ściętej głowy. Bądźmy realistami. Wyobrażacie sobie L. Kaczyńskiego podpisującego takie ustawy? Teraz już za późno.”
– stwierdził czosnek. Jak dla mnie – nic dodać, nic ująć.

I to by było na tyle. Czytelników zachęcam do dyskusji (może powinienem raczej powiedzieć: nawalanki). Lista osiągnięć PO-PSL jest otwarta – jeśli coś pominąłem, to chętnie dopiszę. Bo zakładam, że wśród czytelników znajdą się także tacy, którzy mój punkt widzenia przynajmniej częściowo podzielają i mają dobrą pamięć.

PS. Jedna prośba: cytatów profesora Rybińskiego, zwłaszcza z jego słynnym pawiem "Tusk zadłużył Polskę na dwa Gierki" bardzo proszę mi tu nie wklejać.

PS2. Prośba druga: nie róbcie poniżej - tak jak swinton - kontr-list prawdziwych i urojonych winy Platformy, nie wyliczajcie rzeczy, które się Waszym zdaniem nie udały. To nie o tym notka! Jeśli chcecie natomiast podważyć w/w punkty - to proszę bardzo.

Tagi: Polska rząd
12:57, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (71) »
poniedziałek, 03 stycznia 2011

Silna opozycja to silne państwo, silny system polityczny. Polska - jak każda demokracja - jak kania dżdżu potrzebuje silnej opozycji.
Ale co to znaczy silna opozycja? Zdaniem blogUE - taka, która potrafi merytorycznie (a jak trzeba, także kpiąco i ośmieszająco) wypunktować błędne decyzje rządu. Bo wówczas rząd bierze się do naprawy tego, co sam spieprzył. Jeśli spieprzył.
Szkoda, że my w Bolandzie takiej opozycji chyba nie mamy. Nie po prawej stronie.
Przed kilkoma godzinami obejrzałem pierwszą w tym roku konferencję prasową PiS-u. Zaatakowali rząd oskarżeniem, że źle przygotowuje prezydencję. Ręce mi opadły, gdy usłyszałem ich pożal-się-Boże argumenty. Przyznajmniej cztery tezy PiS-u sa oparte na zwyczajnej nieprawdzie (nieporozumieniu?), którą każdy, kto ma dostęp do interentu, może łatwo i własnoręcznie zweryfikować. Nie będę się nad tymi tezami znęcał tutaj - zrobiłem to już na łamach wyborcza.pl
BlogUE nie rozumie, dlaczego oni to robią. Ja, gdybym występował na konferencji prasowej, na której chciałbym skrytykować rząd, przynajmniej przeczytałbym starannie oficjalny program prezydencji. Sprawdziłbym liczby i fakty, żeby nie dać się złapać na głupocie typu „Kulczyk Tradex partnerem prezydencji" (nie jest i nie będzie partnerem, kontrakt wygrała inna firma).
Jakie są sympatie blogUE każdy czytelnik wie. Nie moją rolą (ani zamiarem) jest więc podpowiadać opozycji, za co i jak powinien krytykować rząd. Ponieważ błędów nie popełnia tylko ten, kto nic nie robi - pewnie by się znalazło parę punktów, za które ekipę premiera Donalda Tuska można by merytorycznie obśmiać. Tylko trzeba mieć cierpliwość, żeby je znaleźć.

Przed paroma tygodniami „Polityka” bardzo trafnie opisała mechanizm pozwalający Platformie (premierowi Tuskowi) utrzymywać wysoką popularność. Otóż premier jest popularny także dlatego, że z humorem odpowiada na kolejne zaczepki opozycji. „Wy mnie głupio atakujecie, ja wam będę głupio odpowiadał” - może mówić Tusk.
Dziś ma kolejną okazję.
Jedyne pocieszenie w tym, że SLD nie próbuje iść drogą, wytyczoną przez PiS. O czym świadczy trafione żądenie lewicy, by szybko zorganizować sejmową debatę o reformie OFE.

środa, 29 grudnia 2010

Krzysztof Bobiński, Jacek Kucharczyk, Bartłomiej Nowak i Jan Piekło* zaapelowali przed kilkoma dniami w „Gazecie Wyborczej”, by obecne w Sejmie partie zawarły „pakt na rzecz prezydencji”, ponadpartyjne porozumienie, w którym wszyscy sygnatariusze zobowiązywaliby się do niewykorzystywania sprawy prezydencji w walce politycznej. A zwłaszcza w kampanii wyborczej, zaplanowanej prawdopodobnie na wrzesień i październik (jako że wybory odbędą się prawdopodobnie 23 października).
Zamysł szlachetny, ale IMO naiwny. Po pierwsze, blogUE nie wierzy, żeby opozycja – która wykorzystuje każdy najdrobniejszy szczegół, żeby przyładować Platformie i PSL-owi (włącznie z kretyńskim obsmarowywaniem syna premiera, a mojego redakcyjnego kolegi)  - chciała na taki pakt pójść. Obawiam się, że opozycja gotowa jest raczej zawrzeć pakt z lucyferem, żeby tylko uszczknąć Peło kilka punktów procentowych w sondażach… Po tym, co sam, na własne oczy widziałem w Sejmie (gdy na debatę „o prezydencji” został ściągnięty minister ds. europejskich, a na sali sejmowej powitało go czternastu posłów) – nie wierzę już w żaden merytoryczny wkład opozycji w przygotowanie polskiego przewodnictwa w Uniii. Który z kilku priorytetów jest niewłaściwy? Jaką konkretną treścią wypełnić Partnerstwo Wschodnie? Co zrobić, żeby w debacie o budżecie Unii nie prezentować swojego stanowiska, a zarazem bronić go umiejętnie? Jakoś nie słyszę ze strony opozycji precyzyjnych odpowiedzi. Jedyne, co opozycja potrafi powiedzieć, to mantrę „rząd jest nieprzygotowany”. A stawiam swoją pensję, że żaden z opozycyjnych posłów nie potrafiłby nawet w przybliżeniu powiedzieć, ile osób w administracji centralnej jest zaangażowanych w projekt prezydencji – i jaki jest jej budżet. No bo po co posłom taka wiedza, po co merytoryczne przygotowanie, skoro do kamery zawsze można powiedzeć „rząd jest nieprzygotowany”.

Po drugie, nie widzę powodu, żeby na taki „pakt” miała się godzić Platforma. Prezydencja Polski w Unii Europejskiej będzie zadaniem szalenie trudnym. Po drodze czeka sporo pułapek, na czele ze znaną tylko Panu Bogu liczbą czekających na nas kryzysów międzynarodowych. Jednak ta prezydencja ma wszelkie szanse zakończyć się umiarkowanym sukcesem. Reformy Unii (wspólny rynek) pójdą do przodu, debata nad budżetem się zacznie, podpiszemy Traktat Akcesyjny z Chorwacją , zaplanowane posiedzenia unijnych Rad odbędą się, tak samo jak kilka ważnych debat w Parlamencie Europejskim. I tak dalej, i tak dalej. Zwycięstwo polskiej prezydencji będzie polegać na tym, że zyska na niej cała Unia, nie tylko Polska. I ten cel da się osiągnąć, także dzięki staraniom tego rządu, tego premiera, tych ministrów i ich ekip. Dlaczego Platforma i PSL miałyby nie wesprzeć się dobrym sprawowaniem prezydencji w kampanii wyborczej? Nie bądźmy jakimiś zakłamanymi hipokrytami. Premier Donald Tusk bierze za prezydencję Polski w UE pełną, polityczną odpowiedzialność. Nie widzę powodów, dla których miałby nie skonsumować politycznych owoców jej sukcesu – jeśli oczywiście sukces nastąpi. Tak samo, jak będzie musiał skonsumować owoce porażki (choć tej ostatniej ani sobie wyobrażam, ani spodziewam).

*prezes fundacji „Unia i Polska”, prezes Instytutu Spraw Publicznych, dyrektor wykonawczy Centrum Stosunków Międzynarodowych i dyrektor Fundacji Współpracy Polsko-Ukraińskiej

09:02, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (21) »
wtorek, 21 grudnia 2010

Gdzieś w dyskusji wokółbiałoruskiej padło stwierdzenie (nie pamiętam już autora, przepraszam), że ocenę skuteczności unijnej i polskiej polityki wobec Biaorusi powinni oceniać sami Białorusini, najlepiej ci związani z opozycją.

No to oddajmy im głos. Agencja PAP nadała właśnie relację ze spotkania z jednym z liderów białoruskiej opozycji Alaksandrem Milinkiewiczem. - Nie podzielam opinii o klęsce polskiej polityki, choć w każdej polityce jest wiele niedostatków. Polacy, poczynając od 2006 roku, mocniej niż wszystkie inne kraje Unii Europejskiej podtrzymują nasze społeczeństwo obywatelskie i media, które pracują dla Białorusi. Wspierana jest TV Biełsat, a jest to projekt bardzo drogi, wspierane jest Radio Racyja - stwierdził.

Milinkiewicz zwrócił też uwagę na dobrze działający program stypendialny, finansowany przez Polskę i skierowany m.in. do studentów, któzy zostali wydaleni z białoruskich uczelni za działalność opozycyjną. - Do dziś, mimo że mniej studentów w ostatnich latach wyrzucanych jest z uniwersytetu za udział w akcjach politycznych, kontynuowany jest program (im. Kastusia) Kalinouskiego. I jego skala się nie zmniejsza. Polski premier powiedział, że nawet wtedy, kiedy nie będzie represjonowanych, to chcemy zachować ten program po to, żeby po prostu brali w nim udział utalentowani ludzie z Białorusi, którzy mogą uczyć się według europejskich programów na europejskich uniwersytetach" - mówi Milinkiewicz. Podkreśla też, że nie można jeszcze skreślać Partnerstwa Wschodniego, bo za brak efektów odpowiadają nie państwa Unii, ale reżim Łukaszenki.

Ale to pana prezesa pewnie nie przekona. Dla niego polityka polskiego rządu wobec Białorusi poniosła "całkowitą klęskę".

17:06, konrad.niklewicz , Polityka
Link

Co zrobić z państwem (czy raczej: jego władzami), które ma resztę Europy w głębokiej d.? I które od samego początku nie liczyło na żadną pomoc,  a więc teraz jest de facto odporne na pokusy i groźby wstrzymania tejże pomocy?
Państwo powiecie: sankcje. Państwo powiecie: twarda polityka, odejście od tego, co próbowali ostatnio zrobić Radosław Sikorski i Guido Westerwelle. Państwo powiecie może nawet - jak nieomylny prezes Jarosław Kaczyński - że dotychczasowa polityka Polski [i Unii, bo były one tożsame] zakończyła się klęską.
BlogUE zapyta wówczas: jakie sankcje?
Aleksander Łukaszenka i jego kamaryla nie jeżdżą już od dawna do Europy. Wszystkie profity jakie mogą czerpać, są bezpieczne w państwach, w których Unia nie ma za wiele nic do powiedzenia. Sankcje gospodarcze uderzą tylko i wyłącznie w zwykłych Białorusinów, przedsiębiorców, pozostałości po organizacjach pozarządowych itp.
Zdaniem blogUE, Unia popełniła błąd znacznie wcześniej niż w ostatnich kilku miesiącach. Trzeba było od samego początku istnienia Partnerstwa Wschodniego przystawić Białoruś do unijnego cyca. Dać jej prawdziwe pieniądze, np. na remonty i wyposażenie szkoł. Albo dotacje dla firm (na wzór działającego niegdyś w Polsce i na Węgrzech PHARE).
Poznawszy smak unijnego pieniądza (a nie tylko jego widok zza szyby), białoruski dyktator być może byłby mniej skłonny iść na udry.
A tak - nie ma nic do stracenia. Niestety.

09:33, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (29) »
piątek, 17 grudnia 2010

Europejski Mechanizm Stabilizacyjny uzgodniony, zgoda na niezbędne poprawki w Traktacie Lizbońskim - ogłoszona. Kolejny szczyt Unii w Brukseli kończy się tym, czym miał się skończyć. Żadne euroobligacje nie wyskoczyły i zamieszania nie narobiły.
Europejskie giełdy zareagowały na wieści dochodzące ze szczytu umiarkowanie pozytywnie. Indeksy ruszyły (powolutku) do góry. 
Polska - choć poza strefą euro - najprawdopodobniej włączy się do Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego. To inwestycja w przyszłość, na dwa sposoby: raz, że dostaniemy dodatkową siatkę bezpieczeństwa (nie żebyśmy jej potrzebowali, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże). Dwa, że udowadniamy swoją proeuropejską postawę, gotowość do solidarności unijnej. Takie dodatkowe punkty polityczne są bardzo ważne w perspektywie polskiej prezydencji w Unii (to już za pół roku!), a po drugie - przydadzą się, gdy w UE na całego zacznie się debata o budżecie.
Tak właściwie to ona już się zaczyna. Premier Donald Tusk wyjeżdżał ze szczytu Unii Europejskiej z przyjemną świadomością, że formalne konkluzje szczytu (wiążące!) są dokładnie takie, jakich mogliśmy sobie życzyć. Stwierdzają bowiem: ”Rada Europejska oczekuje inicjatywy Komisji Europejskiej w sprawie nowych wieloletnich ram finansowych do czerwca 2011 roku i zaprasza inne instytucje do współpracy, by ułatwić ich przyjęcie na czas”.
W konkluzjach ze szczytu nie pada ani jedno słowo o tym, że budżet Unii należałoby w przyszłości ograniczyć.
Oczywiście, zwycięstwa odtrąbić nie można. Brytyjska dyplomacja już łazi po Europie i smędzi, ba, jeszcze na szczycie w kuluarach to robiła, nakłaniając inne kraje, by się podpisały pod jakimś wspólnym listem, w którym padłaby propozycja zamrożenia budżetu unijnego na obecnym poziomie, z ewentualną korektą na inflację (dla blogUE nie jest jasne, czy pod pojęciem ”obecnego poziomu” Brytyjczycy rozumieją kwoty, czy procenty - 1,13 proc. unijnego PKB).
- Rytualne tańce różnych plemion wokół budżetu - tak brytyjskie starania o zredagowanie wspólnego listu skomentował szef Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso, cytowany przez PAP.
Trzeba tę brytyjską propozycję zwalczać, trzeba kontratakować. Ale pierwsza obrona Jasnej Góry już okazała się udana. Bo przypominam szanownym czytelnikom, że pierwotna propozycja brytyjska - może wypuszczona tylko na wabia? - mówiła o zerżnięciu budżetu do 0,85 proc.
BlogUE bardzo liczy na Prawo i Sprawiedliwość, że coś zrobi, coś wymyśli, i zdoła przekonać swoich sojuszników z Parlamentu Europejskiego, żeby jednak nie załatwiali swojej wewnątrz-domowej polityki kosztem ”sojuszników” z Europy Środkowej.

czwartek, 16 grudnia 2010

Polska, choć nie należy do strefy euro, jest gotowa włączyć się do ”europejskiego mechanizmu stabilizacji” - zadeklarował jeszcze przed rozpoczęciem szczytu w Brukseli premier Donald Tusk. Nawet jeśli nie miałoby to oznaczać, że trzeba będzie pożyczyć polskie pieniądze tym krajom Unii, które są w tarapatach. - Rozważamy bardzo serio uczestnictwo już później w samym mechanizmie. Oczywiście zasada dobrowolności będzie tak czy inaczej przestrzegana wobec państw, które nie są w strefie euro. Ale jak się zastanawiamy i oceniamy, co się dzieje w Europie i na świecie, to lepiej nawet ryzykować, że trzeba będzie coś wyłożyć, ale być w tej grupie państw mimo wszystko najbogatszych w tej części świata i liczyć na ich pomoc, jeśli - odpukać - u nas coś nie będzie grało - powiedział Tusk w Brukseli (cytat za PAP).
Prezydencja belgijska nie wyklucza, że kraje spoza strefy euro będą dopuszczone do współdecydowania ws. EMS na zasadzie dobrowolności. 
BlogUE jest cały za. I dla nikogo, kto czyta tego bloga regularnie, nie będzie to zaskoczenie. Największą siłą Unii jest jej solidarność. ”Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” - to może i brzmi śmiesznie, ale działa. Ze względu na polski udział w unijnym PKB, nasza składka do mechanizmu będzie stosunkowo niewielka. I nie wiadomo, czy w ogóle będzie potrzebna (na razie dwa państwa Unii korzystają z pomocy finansowej, czas pokaże, czy dołączą kolejne).
Ruch Tuska jest o tyle słuszny, że wzmacnia naszą pozycję negocjacyjną w przyszłości, gdy wspólnota będzie się kłócić o kolejny, wieloletni budżet.
Nikt nie będzie mógł w tej kłótni zarzucić Polsce, że chce tylko brać.

środa, 15 grudnia 2010

Posłowie wezwali we wtorek wieczorem do Sejmu ministra ds. europejskich Mikołaja Dowgielewicza. Powód? Chcieli po raz trzeci usłyszeć – i podyskutować - o przygotowaniach do polskiego przewodnictwa w Unii.
Minister Dowgielewicz do Sejmu oczywiście stawił się, choć oznaczało to, że musiał z językiem na wierzchu gnać na ul. Wiejską z lotniska (wyjaśnienie dla osób spoza Warszawy: to jest jazda przez pół miasta i przez sam środek najgorszych korków. A minister Dowgielewicz nie korzysta z auta z kogutem, bo nie praktykuje rosyjsko-bizantyjskich zwyczajów).
Dlaczego z lotniska? Polscy urzędnicy, z premierem na czele, od kilku dni montują koalicję państw popierających nasze stanowisko (budżet!) przed szczytem Unii w Brukseli. Dowgielewicz organizował to poparcie „w terenie”.

No i gdy już stawił się w Sejmie, czekało na niego… 14 posłów. Temperatura ich wystąpień była taka, że z trybuny dziennikarskiej wymiękli najbardziej wytrwali korespondenci. W sumie trudno mieć o to pretensje: rząd w Sejmie przestawiał swoje stanowisko już po raz trzeci – i nic nowego nie był w stanie powiedzieć. Nie teraz.

Dobrze, że przynajmniej na debacie budżetowej frekwencja była lepsza.

10:26, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 13 grudnia 2010

Popuśćmy wodze fantazji i spróbujmy sobie wyobrazić, jak mógłby wyglądać najgorszy dla Polski scenariusz na najbliższym szczycie Unii Europejskiej. Machina czasu rusza w przód i oto mamy czwartek 16 grudnia, późny wieczór.
27 szefów państw i rządów właśnie zasiada do kolacji (to zawsze jest najważniejsza część spotkania w Brukseli). Głos zabiera jeden z premierów, wybrany w swoim kraju ledwie pół roku temu. Nieskazitelną, oksfordzką angielszczyzną proponuje pozostałym politykom: - Panie i panowie, skoro już się tu zebraliśmy, to może ustalmy, jak będą wyglądać budżety Unii na kolejne lata? Proponuję, żebyśmy je ograniczyli do... powiedzmy... (w głosie premiera słychać wahanie) 0,85 proc. unijnego PKB. No bo w końcu trzeba oszczędzać, nie? - pyta retorycznie. (Obecnie budżet Unii przekracza 1 proc. unijnego dochodu brutto). 
Na sali zaczyna się rozgardiasz. Politycy przekrzykują się nawzajem, z jednego końca sali słychać głosy: „Dobrze mówi!”, z drugiego - głośne pomruki niezadowolenia. Przewodniczący spotkaniu Belg Herman Van Rompuy potrzebuje dłuższej chwili, by szanowne towarzystwo uciszyć.
- Pomysł wydaje się dobry, wrócimy do niego za pół roku - mówi, nie zwracając uwagi na głosy protestu wypowiadane w jakimś niezrozumiałym, słowiańskim języku. - A teraz zajmijmy się sprawami bieżącymi - mówi Van Rompuy, wyciągając z kieszeni marynarki starannie złożoną kartkę. - Czy możemy przejść do kolejnego punktu programu i przedyskutować stały mechanizm wsparcia dla państw strefy euro?
- Nie możemy. Nie zgadzamy się - nieoczekiwanie odpowiada jeden z polityków. Rzuca serwetkę na stół, wstaje i wychodzi. Za nim salę opuszcza kilka kolejnych osób.
Na sali zapada cisza. Tym razem nikt nie protestuje, wszyscy wpatrują się w Belga. Wniesione właśnie na stół waterzooi, stoemp i stoofvlees stygną, leżące obok belgijskie pralinki nagle przestają smakować.
Fikcja? Oby. Ale jedno pozostaje prawdziwe - z punktu widzenia Polski prawdziwym koszmarem byłoby, gdyby już najbliższy szczyt Unii Europejskiej miał podejmować decyzję w sprawie przyszłości budżetów Unii Europejskiej.
Polska chce, żeby debata budżetowa potoczyła się po Bożemu, tak jak dawniej. Czyli żeby zaczęła się dopiero w 2011 r., od wstępnej propozycji Komisji Europejskiej. To, co kilka rządów chce zaproponować już dzisiaj, to budżet bardziej niż skromny, dla Polski niekorzystny. Gdyby ich propozycję uznać za punkt wyjścia, dalsza debata budżetowa wpadałaby na tory, które biegną w złym kierunku. Bo mowa byłaby już o znacznie mniejszych kwotach niż dziś.
Dla nas lepiej będzie, jeśli punktem wyjścia do debaty będzie propozycja Komisji Europejskiej, która zawsze chciała (i nadal chce), żeby unijny budżet był ambitny, żeby odpowiadał wyzwaniom, jakie przed Unią stoją. A nie tylko bieżącym, narodowym rozterkom fiskalnym.
Komisja - tak jak Polska - jest przekonana, że nawet w czasach kryzysu budżet Wspólnoty powinien być wystarczająco duży, żeby starczył na finansowanie polityki spójności. Bo ta polityka nie jest korzystna tylko dla Polski (i innych, nowych krajów Unii). Spójność gospodarcza całej Unii jest ekonomicznym interesem wszystkich państw.
Zresztą jest jeszcze jeden powód, dla którego rozpoczęcie debaty budżetowej dopiero w przyszłym roku, a nie już teraz, jest dla Polski korzystne. W drugiej połowie 2011 r. to Polska będzie sprawowała półroczną prezydencję w Unii. Jednym słowem - dla Polski byłoby najkorzystniej, gdyby szczyt Unii 16-17 grudnia zajął się tym, czym pierwotnie miał się zająć, czyli mechanizmami pomocy dla tych państw strefy euro, które są w najgorszej sytuacji. To też ważny temat. Dla wszystkich, Polskę włączając.
Na wszelki wypadek rząd Donalda Tuska mnoży sygnały, które mają zniechęcić pozostałych partnerów unijnych przed wrzucaniem niechcianych tematów. Najostrzej wypowiedział się sam premier. Jasno dał do zrozumienia, że w najgorszym wariancie Polska nie zawaha się użyć unijnej broni atomowej, czyli weta.
- Trzeba czekać na projekty Komisji Europejskiej. Krok po kroku uzyskujemy coraz większe zrozumienie dla polskiego stanowiska - mówił w zeszły wtorek Tusk. - Ale jeśli nie będziemy mieli innego wyjścia, to będziemy używali wszystkich traktatowych narzędzi na Radzie Europejskiej, aby utrzymać główną rolę instytucji europejskich, w tym KE, przy stanowieniu budżetu.

* Tytuł autorstwa redakcyjnego kolegi Roberta Ogłodzińskiego. Merci beaucoup.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18
wyborcza.pl
Konrad Niklewicz

Konrad Niklewicz, od ponad 10 lat dziennikarz i redaktor „Gazety Wyborczej”. Od ośmiu lat w dziale gospodarczym, w latach 2005 - 2007 był korespondentem „Gazety” w Brukseli.
dowiedz się więcej »

Follow konradniklewicz on Twitter
top | © Agora SA | design by kate_mac