Co się dzieje w Unii Europejskiej? Autorski przegląd najważniejszych spraw i wydarzeń z życia wspólnoty.
czwartek, 25 listopada 2010

Może jeszcze nie zginęła. Francuski instytut BVA przeprowadził sondaż, w którym zapytał Francuzów, czy ich rząd (czytaj: skarb państwa) powinien brać udział w 85-miliardowym pakiecie pomocowym dla Irlandii.
73-proc. odpowiedziało tak.
Ta gotowość do pomocy może wynikać stąd, że porównywalna liczba Francuzów (68 proc.) uważa, że podobny kryzys finansowy może wydarzyć się także nad Sekwaną (choć sytuacja francuskich banków jest nieporównywalnie lepsza).
Z sondażu BVA wynika też, że kryzys gospodarczy zmienił opinie Francuzów o roli Unii Europejskiej. Przed kryzysem, 52 proc. uważało, że Unia t raczej źródło kłopotów.
Dziś 53 proc. uważa, że tylko wspólnota może zapobiec dalszemu rozprzestrzenianiu się zarazy.

środa, 24 listopada 2010

W Unii Europejskiej dość często zdarza się, że rządy - chcąc posurfować na demagogii i zdobyć kilka dodatkowych punktów poparcia w sondażach - próbują obejść unijne prawo i/lub obowiązujące, niepisane zasady. I wówczas Komisja Europejska musi je przywracać do pionu, przy pomocy unijnego trybunału.
Tym razem to przewracanie do pionu było szczególnie bolesne, dla wszystkich zainteresowanych stron i wyjątkowo trudne do zrozumienia przez tzw. opinię publiczną.
W środę Europejski Trybunał Sprawiedliwości orzekł, że unijne rządy (Rada UE) naruszyły przepisy, odmawiając wypłacenia 3,7-procentowej podwyżki funkcjonariuszom unijnych instytucji.  W grudniu 2009 r. rządy zadecydowały, że ze powodu kryzysu i ogólnych oszczędności, podwyżka dla 46 tysięcy osób zatrudnionych w administracji unijnej wyniesie tylko 1,85 proc. (a więc będzie poniżej inflacji).
Komisja Europejska tę decyzję postanowiła zaskarżyć do ETS, bo zasady obliczania podwyżek są bardzo szczegółowo opisane w obowiązującym prawie. Upraszczając, podwyżka musi być obliczona m.in. na podstawie wzrostu płac urzędników w instytucjach narodowych, w ośmiu wybranych państwach UE które reprezentują ponad 75 proc. unijnego PKB, w poprzedzającym roku. A tak się składa, że w 2008 r. w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii, Włoszech, Hiszpanii, Holandii, Belgii i w Luksemburgu tamtejsi urzędnicy (narodowych administracji) dostali sowite podwyżki. Komisja argumentowała więc, że eurokratom należy się 3,7 proc. wzrostu płacy. I ani procenta mniej.

ETS przyznał jej rację. Dura lex sed lex.

17:36, konrad.niklewicz , Społeczeństwo
Link Komentarze (16) »

Traktat Lizboński jest zgodny z polską konstytucją - orzekł w środę Trybunał Konstytucyjny.
Innego zdania byli senatorowie Prawa i Sprawiedliwości - bo to oni zgłosili do Trybunału skargę wniosek o zbadanie zgodności TL z konstytucją. Przekonywali, że historyczny sukces negocjacyjny prezydenta Lecha Kaczyńskiego jest de facto zły, bo, cytuję, "wtórne prawo Unii Europejskiej nie będzie musiało się liczyć z konstytucją RP". Senatorowie PiS twierdzili też, że rzekomym powodem niekonstytucjności TL jest brak ”regulacji około traktatowej” (BlogUE nie rozumie, o co chodzi, ale muszę zrobić refero relata). Cóż, Prawych i Sprawiedliwych najwyraźniej znów zawiodła ich intuicja/wiedza prawno-konstytucyjna.
PAP donosi, że gdy przewodniczący składu orzekającego odczytywał orzeczenie, jeden z widzów na sali krzyczał coś o hańbie i pieczętowaniu rozbioru Polski. Szybko został wyprowadzony przez strażników. Kurna, ale ten Sienkiewicz mocno trzyma się nam w głowach jednak. Dobrze, że sobie ten człowiek koszuli na piersiach nie rozerwał, Rejtana robiąc przed drzwiami do sali sądowej. Wówczas sądowa ochrona, wyrzucając go z gmach, na niepotrzebne zaziębienie by go naraziła.

wtorek, 23 listopada 2010

We wtorek, na sesji w Strasburgu, szanowna izba debatowała nad budżetem Unii, a raczej - nad patem, jaki powstał w budżetowych negocjacjach. Europosłowie zadeklarowali, że w tej grze "chicken" to nie oni ustąpią jako pierwsi.
- Ten spór nie jest walką o wpływy, ale o to, aby Unia potrafiła dotrzymać swoich zobowiązań - deklarował Joseph Daul, szef frakcji Europejskiej Partii Ludowej (frakcja PO). I tłumaczył, że Europarlament po to chce być obecny w negocjacjach budżetowych, żeby pilnować interesu Unii. - Rada [rządy-blogUE] przyjmuje nowe programy, ale nie zapewnia na nie pieniędzy - mówił Daul.
Debata skupiała się na trzech sprawach: kwotach wydatków na 2011 rok, uelastycznieniu budżetu w celu finansowania nowych priorytetów lub nagłych potrzeb oraz udziału Parlamentu Europejskiego w negocjacjach nad wieloletnią perspektywą finansową i środkami własnymi.
Wtórował mu (to rzadkość!) szef frakcji socjaldemokratycznej Martin Schulz. - Nie ma już dyskusji o pieniądzach, ale o kierunkach, w których rozwijać się ma Unia Europejska. To my zostaliśmy wybrani po to, aby zajmować się UE i jej budżetem, a teraz państwa członkowskie chcą nas kontrolować. To jest stawianie spraw na głowie - powiedział. I blogUE przyzna, że po raz pierwszy od dłuższego czasu z Martinem Schulzem się zgadza.
Zgadzam się (to oczywiste, wszak to mój idol polityczny) z liderem liberałów w PE Guy Verhofstadtem. - Nie jest tajemnicą, że Parlament jest gotów zaakceptować proponowane wydatki, ale druga część porozumienia jest równie istotna. Elastyczność to nie jest koncesja, o która prosimy Radę, ona jest konieczna do sfinansowania nowych projektów - mówił Verhofstadt. - Najważniejsze jest rozwiązanie problemu przyszłego finansowania UE, a system dochodów własnych jest jego częścią. Nie chodzi o zmianę Traktatu, ale o jego implementację - podkreślił.
I jeszcze jedno stwierdzenie, Daniela Cohn-Bendita (Zieloni): - Nie chodzi o pieniądze, ale o europejską ideę. Chcemy za pomocą UE rozwiązywać problemy, których nie jesteśmy w stanie rozwiązać na poziomie krajowym. Jednak państwa członkowskie nie dają Unii środków do tego niezbędnych.
Racja, racja, jeszcze raz racja. Ciekawe, czy znów będzie musiała ustąpić przed polityczną siłą rządów. A może jednak PE wreszcie pokaże, że ma cojones? Czasami właśnie tego oczekiwałbym po bezpośrednio wybranych posłach.

21:34, konrad.niklewicz , Polityka
Link

Ciekawe, czy irlandzki taoiseach (premier) Brian Cowen czyta do poduszki ”Kronikę zapowiedzianej śmierci” Marqueza? Albo Profiles in courage Johna F. Kennedy'ego? Ja bym czytał, z gorzkim poczuciem nadciągającego zniszczenia. Co by się psychicznie przygotować.
Pod naciskiem pozostałych partii politycznych, rządząca Fianna Fail zgodziła się na przeprowadzenie wcześniejszych wyborów. To efekt katastrofalnej sytuacji irlandzkiej gospodarki. Tak bardzo złej, że w niedzielę wieczorem rząd irlandzki musia przyznać, że potrzebuje wsparcia ze strony UE i MFW.
BlogUE podoba się to, że ”ginąca” ekipa jednak postawiła warunek: rozwiążmy parlament, ale najpierw przyjmijmy pakiet reform i budżet na 2011 r. To bardzo dobre, archi-samobójcze posunięcie. Cięcia zaproponowane w budżecie będą drakońskie, reformy też nie za słodkie. Jeśli rząd Cowena je przepchnie - całe odium będzie mógł wziąć ze sobą do politycznego grobu.
-  The most important issue is the passing of this budget on the 7th of December. Not to proceed with it would do grave damage to our interests - tłumaczył w poniedziałek. - Any further delay in this matter would in fact weaken our country's position.
Na miejscu opozycyjnej lewicy poszedłbym na taki plan, nie próbowałbym utrącać ustawy budżetowej w głosowaniu 7 grudnia. Przecież to jest w ich własnym interesie: nowe partie nie będą musiały zaczynać władzy od bolesnych decyzji. Oczywiście, słodycz przejęcia rządów potrwa tylko chwilę, nowa ekipa szybko zorientuje się, jak ciężko zarządzać państwem w stanie kryzysu... I że nie ma żadnych cudownych lekarstw.
Ale to dopiero przed nimi.

A tymczasem w Niemczech. - Deficyt budżetowy w 2011 r. powinien być w okolicach 2,5 proc. PKB - oświadczył wczoraj prezydent Bundesbanku Axel Weber. Niemieckie think-tanki oczekują, że będzie nieco wyższy - 2,7 proc. PKB. Nie wszyscy jednak możemy być Niemcami. 

poniedziałek, 22 listopada 2010

Irlandia poprosiła unijnych partnerów (i MFW) o pomoc finansową, rzędu 90 - 100 mld euro, rozłożoną na wiele lat. Szczegóły mają być wynegocjowane w tym tygodniu. Tymczasem Irlandczycy przygotowują się do utopienia rządzącej partii (Fianna Fail) w najbliższych wyborach. Najnowsze sondaże dają jej tylko 17-proc. poparcie, podczas gdy konkurencyjne, socjaldemokratyczne ugrupowania Fine Gael i Labour mają, odpowiednio, 33 i 27 proc. poparcia.
Oto demokratyczna, obywatelska hipokryzja w całej okazałości.
Jednym z największych winowajców obecnego kryzysu w Irlandii są sami Irlandzczycy. Panowie i Panie O’Connelly, Mulligan, Doherty et consortes. To oni przez kilka lat jechali po bandzie, zapożyczając się na potęgę i inwestując w nieruchomości, które - na zdrowy rozsądek - nie było ich stać. A żeby tylko nieruchomości: na kredyt były kupowane samochody, sprzęt elektroniczny, lodówki, pralki i co tam jeszcze komu do głowy przyszło.
I teraz ta góra długów dupnęła, bo spodziewane (przez banki i inwestoró prywatnych) zyski z real estate markets w domu, ale także w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii nie zmaterializowały się.
W Irlandii, moi szanowni czytelnicy, to nie państwo zawiodło, nie rząd. Źródłem irlandzkiego kryzysu jest dramatyczna sytuacja irlandzkich banków, które - jak się okazało - mają całą górę niespłaconych pożyczek. Chcąc uniknąć całkowitego załamania się systemu bankowego, rząd irlandzkich założył publiczne pieniądze, by zagwarantować bankom przeżycie. I stąd wziął się (upraszczam!) 35 proc. deficyt w 2010 r. Niestety okazało się, że rząd ma zbyt krótkie ręce. Irlandia pochyliła głowę i poprosiła o pożyczki.  Nie do budżetu, ale dla banków.
Owszem, kilka kolejnych rządów ma błędy na sumieniu. Błędem podstawowym było to, że przez lata rządy zbyt koncentrowały się na tworzeniu ”klimatu dla przedsiębiorczości i konsumpcji”. Podatki CIT cięto z trawą, PIT też (o ile mi wiadomo) nie jest wysoki. VAT - też niższy niż np. w Polsce. To może i nawet działało w czasach prosperity, ale w czasach kryzysu - budżet państwa nie miał skąd brać dochodów, a wydatki momentalnie zaczęły narastać. Doszło do tego, że roczne wydatki budżetu są szacowane na 50 miliardów euro, a dochody - na 31 mld euro... Dziś trzeba radykalnie podwyższać podatki (i ciąć wydatki), żeby uzbierać 15 mld euro rocznie. Choć - i tu błąd w błędzie - rząd premiera Briana Cowena upiera się, że nie podwyższy 12,5 procentowego CIT-u.
Błędem drugim było oczywiście brak jakiejkolwiek polityki ”chłodzenia gospodarki”. Ale czy tak naprawdę, to był błąd? Ani ekipy w Dublinie, ani irlandzki bank centralny nie miały narzędzi, by studzić szaleństwo kredytowe Irlandczyków.
Tak czy siak, błędy rządu to pikuś w porównaniu ze zbiorowym szaleństwem, które sami Irlandczycy popełnili. Jednak to oni są suwerenem i teraz winę za ich błędy będą musieli zapłacić politycy rządzącej Fianna Fail. - Slaughter them after Christmas! - zaapelował dziennik Sunday Independent.

Jak już wyborcy zniszczą rządzącą partię w wyborach, na pewno przez chwilę poczują się lepiej. Ale potem szybko odkryją, że nowa ekipa też nie potrafi cudu sprawić. I że nadchodzi kilka chudych lat mega-kaca po balandze.

Update 14.25 Właśnie wyczytałem na agencjach, że może jednak Irlandczycy będ musieli rozważyć podwyższenie CIT-u. Jeden z głównych pożyczkodawców, czyli rząd niemiecki, uważ bowiem, że temat podatku będzie ''jednym z punktów do dyskusji”. Choć oczywiście, Niemcy niczego Irlandczykom narzucać nie zamierzają, es versteht sich von selbst.

piątek, 19 listopada 2010

Nie wiem na czym to polega, czym zostało spowodowane - ale jakaś wyjątkowa niechęć do Ukrainy naszła ostatnio niemieckich chadeków. BlogUE też ma sporo zastrzeżeń do tego, co nasi sąsiedzi wyprawiają, ale w porównania do np. europosła Elmara Broka, to ja jestem ukraiński agent lobbingu.
Brok - znacząca postać Europejskiej Partii Ludowej - polecił rozesłać w piątek do dziennikarzy pres rilis, w którym równo obsmarowywuje Ukraińców. Krytykuje ich m.in. za to, że ośmielają się sprzeciwić niekorzystnym konkluzjom europarlamentarnego raportu ws. wyborów samorządowych na Ukrainie. (Notabene, ten krytyczny raport o Ukraińskich wyborach został napisany przez Pawła Kowala, europosła PiS).
 
Oto fragmenty komunikatu, który dostałem:

The European Parliament's Report on the local elections in Ukraine, presented today, criticises in particular the electoral law which deprived several party blocs from presenting candidates. "The most disturbing fact is that the opposition parties like, for example, Batkivshchyna could not effectively take part in the elections in three oblasts", the Report's author, the Chairman of the European Parliament's Delegation to Ukraine, Pawel Kował, wrote.

The Report also notes other "shortcomings which had a direct impact on the conduct and the result of the elections and which raised concerns in the voting process", such as the short time-span for the preparation of election campaigns and the fact that the opposition BYuT party and the coalition Lytvyn Bloc were forced to register under their party title rather than the parliamentary names under which they are known. In addition, due to deliberate delays by local electoral commissions, the ruling Party of the Regions was printed first on the election lists in 85 percent of constituencies.

BlogUE nie jest zwolennikiem mamienia Ukrainy obietnicą członkostwa (bo to dziś jest niemożliwe - powiedzmy sobie szczerze). Ale jest zwolennikiem jak najdalej idącej współpracy i uruchomienia jak największych środków pomocowych dla Ukrainy, może na wzór funduszu PHARE. Jeśli jednak atmosfera ma wyglądać właśnie tak - to czarno widzę. I liczę już tylko na węgierską i polską prezydencję. Może wtedy uda się coś naprawić, po obu stronach granicy.

czwartek, 18 listopada 2010

Z przyjemnością informuję, że pan poseł Konrad Szymański (imiennik blogUE) wysłuchał apelu i odpowiedział na jedną z poprzednich notek. No, częściowo odpowiedział - bo nie na wszystkie pytania. I bardziej jest to odpowiedź po przez publicystyczny kontratak (jak najbardziej mile widziany). Napisał bowiem tak:

Przypominam, że budżet został utopiony przede wszystkim przez Wielką Brytanię, Danię, Szwecję i Holandię. A zatem jeśli pytamy o złowrogą, dywersyjną i antyeuropejską działalność sojuszników PiS (brytyjskich konserwatystów), to w tym samym płomiennym uniesieniu powinniśmy zapytać o zachowanie koalicji liberalno-konserwatywnej w Danii (sojusznicy PO), o zachowanie Moderaterny, czyli głównej partii koalicji rządzącej w Szwecji (sojusznicy PO) oraz o Apel Chrześcijańsko-Demokratyczny (CDA), czyli wiodącą partię koalicji rządzącej w Holandii (kolejny sojusznik PO). Odpowiedź będzie jasna. Budżet UE nie może rosnąć w sytuacji, kiedy Państwa członkowskie są zmuszone ciąć własne budżety narodowe o miliardy euro. Kiedy Polska szczęśliwie stanie się kiedyś płatnikiem netto, to też zaczniemy liczyć wysokość własnej składki i unijnego budżetu trochę uważniej. Może też powinniśmy zapytać, dlaczego to Parlament Europejski, który w oczach red. Niklewicza jest naszym oparciem i największym przyjacielem w sprawach budżetowych, przy pierwszym starciu z Radą odpuścił postulaty dotyczące wysokości budżetu, na rzecz swoich własnych interesów instytucjonalnych (udział deputowanych w negocjowaniu perspektywy budżetowej) oraz swoich federalnych mrzonek (środki własne). To, że propagandowe pogadanki serwuje nam jeden z ministrów, rozumiem doskonale. Taką mamy politykę, że na froncie ideologicznym każdym musi wyrobić wyśrubowane normy. Ale dlaczego tak łatwo przychodzi to dziennikarzom?

Już odpowiadam, panie pośle, dlaczego. Otóż blogUE przyłączył się do ''propagandowych pogadanek", bo mam już dość tego, jak Państwo odwracacie kota ogonem i nie potraficie przyznać się, że jest Wam z brytyjskim sojusznikiem niekomfortowo. I jeszcze przy okazji ukrywacie fakty.

A te są takie: oficjalne stanowisko pańskiej frakcji w PE (Europejscy Konserwtyści i Reformatorzy) jest sprzeczne ze stanowiskiem większości europosłów. Jest to takie samo stanowisko, jak rządu brytyjskiego - a więc niekorzystne dla Polski. Wasz spokesman w sprawie budżetu, prof. Bokros, każe tańczyć tak, jak Londyn gra. Cytuję: MEPs should understand why EU governments are unwilling to make long-term commitments on EU budget.

Tymczasem oficjalne stanowisko Europejskiej Partii Ludowej - frakcji, w której jest Platforma Obywatelska - jest odwrotne, zgodne z wolą większości eurodeputowanych. Zopstało ono dość czytelnie zaprezentowane przez aż trzech przedstawicieli EPL: przewodniczącego PE Jerzego Buzka, posłankę-sprawozdawczynię Sidonię Jędrzejewską oraz przez francuskiego europosła UMP Alaina Lamassoure'a (UMP, partia prezydenta Sarkozy'ego).   
Tak więc, panie pośle, nie obchodzi mnie, co sobie holenderscy, szwedzcy albo duńscy chadecy (przez pana przywołani) myślą. Dla mnie ważne jest to, że frakcja, w której zasiada PO, przyjęła stanowisko, które dla Polski jest korzystne. Najwyraźniej zdanie PO w ramach EPL liczy się bardziej, niż zdanie PiS w ramach EKR. Bo chyba mi Pan nie wmówi, że wy chcielibyście głosować PRZECIWKO udziałowi Europarlamentu w negocjacjach budżetowych na zasadzie equal partner. Bo jeśli tego chcieliście, to znaczy, że Wasi wyborcy zostali oszukani - oto ich posłowie dobrowolnie zrzekają się możliwości reprezentacji! To byłby skandal.

Co do pozostałych Pańskich uwag: różnimy się fundamentalnie w interpretacji. Dla mnie zgodna PE na małą podwyżkę budżetu Unii była objawem realizmu. Sam Pan, panie pośle, wspomina, że nastały czasy oszczędnośći. I Europarlament to rozumie - co chyba świadczy na jego korzyść, nieprawdaż? Natomiast jego wola udziału w debacie budżetowej to nie jest jakaś fanaberia, jak Pan to ujął - instytucjonalny interes. To jest nasz wspólny interes, a Polaków w szczególności. Pragnąłby przypomnieć, że we wszystkich dotychczasowych debatach budżetowych, PE zajmował stanowisko korzystne dla Polski i innych nowych państw członkowskich. I dlatego blogUE chciałby, żeby PE uczestniczył od samego początku w debacie nad perspektywą finansową 2014-20. Dla Pana kwestia środków własnych to "federacyjna mrzonka". Dla mnie - szansa na uratowanie ambitnego (czytaj: raczej większego niż mniejszego) budżetu Unii, adekwatnego do nowych zadań, jakie jej stawiamy (wsparcie innowacyjnośći, dyplomacja unijna). Politycy, którzy w jednym wystąpieniu domagają się, by Unia prowadziła bardziej aktywną politykę zagraniczną, a w drugim - sprzeciwiają się, by unijna służba dyplomatyczna wogóle dostała jakieś pieniądze z budżetu UE - tacy politycy są hipokrytami. Mam nadzieję, że Państwo w EKR do tej grupy nie należycie.

Cieszę się, że mamy możliwość na ten temat dyskutować. "Łamy" blogUE zawsze będą otwarte dla Państwa. Jeżeli mogę o jedno prosić - to o wykorzystanie opcji komenatrzy pod postem, tak bym nie musiał każdorazowo przeklejać.  

18:00, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (21) »

Wchodząc do Unii Europejskiej i decydując się na uproszony system dopłat rolnych, Polska mimowolnie stała się polem eksperymentalnym dla całej Unii. Eksperyment dotyczył dość istotnej sprawy: tego, czy da się odciąć dopłaty bezpośrednie od wielkości produkcji rolnej - i zastąpić je dopłatami związanymi z obszarem upraw.
W ”starej” Unii taki związek z produkcją był bardzo silny, co doprowadzało do aberracji - maksymalizacji produkcji (bez względu na rynkowe zapotrzebowanie), byle tylko wycisnąć maksymalne kwoty dopłat. A potem niech się rządy i Komisja martwią górami zboża. Co więcej, system był niesprawiedliwy i trudny do zrozumienia: wielkość dopłat był uzależniony od historycznych danych o produkcji oraz i jednocześnie od lokalizacji geograficznej.
Efekt był taki, że po doliczeniu wszystkich dodatków (w tym wsparcia z II filiara WPR, czyli dotacji na rozwój i modernizację gospodarstw), na każdy hektar upraw w Grecji przypadało 540 euro (!), we Francji - 350  euro, w Nieczech - 421 euro, a w Polsce - 320 euro (i tak nieźle, jeśli pomyślimy, że kwota bazowa dla bodajże Łotyszy oscylowała wokół 80 euro). 
Komisja chce te nierówności złagodzić. Komisarz Ciolos chce odejść od kryteriów obliczania dopłaty związanych z historyczną produkcją. Zamiast nich, chce wprowadzić model zależnych od obszaru, warunków klimatycznych i rodzaju produkcji (ale nie jej wielkości!). Czyli - blogUE taki stąd wniosek wyciąga - polski eksperyment się udał.
Ale Komisja nie pójdzie tak daleko, jak by chciała np. Polska. Nie będzie jednej, takiej samej kwoty dopłat dla wszystkich państw Unii. Bo - upraszczając myśl komisarza Ciolosa - taka dopłata wystarczyłaby rolnikom w Luksemburgu na waciki. Koszty życia i koszty prowadzenia działalności rolnej muszą być jednak uwzględnione. 
Najwięcej kłopoty Komisja Europejska będzie pewnie miała z przekonaniem państw do akceptacji innej zmiany: ustanowieniem górnej poprzeczki dopłat, jaką beneficjent (niekoniecznie rolnik) może dostać. No bo co zrobić z wielkimi koncernami spożywczymi, które gospodarują na setkach tysięcy hektarów? Wiadomo, że ich zysk nie jest oparty o dopłaty (a przynajmniej nie jedynie) - ale z drugiej strony, nikt dobrowolnie nie zrezygnuje z kilku milionów euro rocznie.
I właśnie dlatego w 2008 r. unijne rządy taką korektę odrzuciły.

środa, 17 listopada 2010

Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, występując w "Kropce nad i" Moniki Olejnik (TVN 24), przypomniał mi właśnie - i chwała mu za to! - o bardzo ważnej rzeczy, której zapomniałem tu na blogu napisać. Otóż w Parlamencie Europejskim sojusznikiem brytyjskich konserwatystów, którzy właśnie postanowili zrobić kuku całej Unii i całej Polsce (patrz moja poprzednia notka) jest przecież Prawo i Sprawiedliwość.
Panie pośle Konradzie Szymański, panie pośle Pawle Kowalu. Ja Panów* bardzo proszę: niech Panowie wyjaśnią - u mnie na blogu, albo gdziekolwiek indziej - co zamierzacie z tym fantem zrobić?
Czy nadal będziecie tolerować dezintegrację Unii, ktorą premier Cameron konsekwentnie chce wdrażać w życie? A może nawet będziecie takim działaniom przyklaskiwać?
Ewentualnie odpowiedzieć może młody wilk ekipy Prawych i Sprawiedliwych w Europarlamencie, pan poseł Tomasz Poręba. Jak trzeba było ornitologa Migalskiego z klubu wyrzucać, to nie brakowało mu płomienia w mowie i piśmie. Więc niech teraz się wypowie, zapraszam.

Bo tak po prawdzie, to ja na Panów miejscu wstydziłbym się takiego koalicjanta, który dla własnych, krajowych politytcznych interesów postanowił nam, Polakom (i innym obywatelom Unii) zaszkodzić. Na razie niezbyt dotkliwie - ale jeśli Brytyjczycy ten ton utrzymają, to szkody mogą się okazać dra-ma-tycz-ne.

*Ja wiem, że nie bardzo wiadomo, czy Panowie są jeszcze związani z Prawymi i Sprawiedliwymi, czy nie, ale skoro oficjalnie nie zostaliście jeszcze wykluczeni z tego grona, to de facto nadal firmujecie ten obóz.

20:19, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (38) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 81
wyborcza.pl
Konrad Niklewicz

Konrad Niklewicz, od ponad 10 lat dziennikarz i redaktor „Gazety Wyborczej”. Od ośmiu lat w dziale gospodarczym, w latach 2005 - 2007 był korespondentem „Gazety” w Brukseli.
dowiedz się więcej »

Follow konradniklewicz on Twitter
top | © Agora SA | design by kate_mac