Co się dzieje w Unii Europejskiej? Autorski przegląd najważniejszych spraw i wydarzeń z życia wspólnoty.
środa, 15 grudnia 2010

W pewnym sesnie, to jest historyczna notka. Ale zanim wyjaśnię dlaczego - króciutki wstęp poświęcony niektórym płodnym autorom blogosfery.
Otóż z prawicowymi blogerami (bo to o nich mowa) często jest tak, że potrafią opluć - zwłaszcza urzędującego premiera i jego ekipę - ale mają kłopot z przeprosinami, gdy się okaże, że jednak pobłądzili. I że to, co napisali, jest zwyczajnym łgarstwem.
Swego czasu (a mówiąc dokładnie: 19 października o godz. 0,53 w nocy) jeden z prawych i sprawiedliwych blogerów, towarzysz leniuch102, raczył był napisać, że publicznie przeprosi mnie osobiście i premiera Tuska, gdyby się miało okazać, że w 2010 r. rządowi Tuska uda się oddać do użytku choćby jeden kilometr autostrady.
Wrócimy do tematu 1 stycznia 2011. Jeżeli odda choć centymetr autostrady, włączając w to centymetr Autostradowej Obwodnicy Wrocławia uroczyście przeproszę i Tuska i Niklewicza” - to dokładny cytat z kolegi leniucha, pochodzące z dyskusji pod ta notką.
Była w tym jakaś logika. Od dawna przecież wiadomo, że rozpoczęte przez rząd Tuska wielkie budowy drogowe będą kończone głównie w 2011 r. i 2012 r. Bo przecież autostrady nie buduje się w rok. Ale żeby od razu twierdzić, że w bieżącym roku nie uda się oddać nawet centymetra autostrady? No, to już naprawdę trzeba mieć prawem i sprawiedliwością głowę zatrutą, żeby na na takie odważne tezy się decydować...
No i teraz trzeba przpraszać, bo jednak okazało się, że ekipie Tuska udało się jakieś maleństwa zrobić już teraz, w tym roku. BlogUE podkreśla: to są maleńkie fragmenty, nędzna zapowiedź tego, co będzie w 2011 i 2012 r. Ale skoro towarzysz leniuch pisał o ”choćby jednym centymetrze”... no to chyba wystarczy tych centymetrów 570 750 tysięcy?

Oto depesza PAP: 
15.12. Katowice (PAP) - W środę wieczorem zostanie otwarta dla ruchu trasa autostrady A1 od węzła Bełk do węzła Rowień (Śląskie) - podała Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. Oddawany do użytku odcinek drogi ma 7,5 kilometra długości.
To fragment kontraktu na budowę 14 km autostrady Bełk-Świerklany, realizowanego przez konsorcjum firm Strabag i Heilit+Woerner.
Prace na całym tym odcinku miały się zakończyć jeszcze w tym roku, ale potrwają do wiosny 2011. Spowolnienie robót GDDKiA tłumaczy wiosennymi powodziami i wczesną zimą.
"Mając na względzie stale zwiększającą się liczbę pojazdów na drogach i rosnące oczekiwania kierowców co do komfortu podróżowania, otwarto odcinek autostrady A1, dzięki któremu będzie można sprawnie i bezpiecznie dojechać do Żor i okolicznych miejscowości" - poinformowała w środę rzeczniczka katowickiego oddziału GDDKiA, Dorota Marzyńska.
Zaznaczyła, że do maja przyszłego roku w pobliżu oddanego do użytku fragmentu autostrady będą jeszcze prowadzone prace wykończeniowe.
Trasa do Świerklan zostanie udostępniona kierowcom wczesną wiosną 2011 roku, termin zakończenia wszystkich robót upływa w połowie maja. Roboty budowlane tego odcinka autostrady rozpoczęto 29 sierpnia 2008 roku. Inwestycja współfinansowana jest ze środków Unii Europejskiej z Funduszu Spójności. Wartość robót to 1,1 mld zł.

Uprzejmie proszę towarzysza leniucha102 o przeprosiny. Pod moim i premiera adresem. Jeszcze takich przeprosin na blogUE nie było. I dlatego to historyczna notka.  Przeprosiny umieszczę w odrębnej notce, co by im odpowiednią rangę nadać.

Tagi: Polska
16:44, konrad.niklewicz , Społeczeństwo
Link Komentarze (49) »

Posłowie wezwali we wtorek wieczorem do Sejmu ministra ds. europejskich Mikołaja Dowgielewicza. Powód? Chcieli po raz trzeci usłyszeć – i podyskutować - o przygotowaniach do polskiego przewodnictwa w Unii.
Minister Dowgielewicz do Sejmu oczywiście stawił się, choć oznaczało to, że musiał z językiem na wierzchu gnać na ul. Wiejską z lotniska (wyjaśnienie dla osób spoza Warszawy: to jest jazda przez pół miasta i przez sam środek najgorszych korków. A minister Dowgielewicz nie korzysta z auta z kogutem, bo nie praktykuje rosyjsko-bizantyjskich zwyczajów).
Dlaczego z lotniska? Polscy urzędnicy, z premierem na czele, od kilku dni montują koalicję państw popierających nasze stanowisko (budżet!) przed szczytem Unii w Brukseli. Dowgielewicz organizował to poparcie „w terenie”.

No i gdy już stawił się w Sejmie, czekało na niego… 14 posłów. Temperatura ich wystąpień była taka, że z trybuny dziennikarskiej wymiękli najbardziej wytrwali korespondenci. W sumie trudno mieć o to pretensje: rząd w Sejmie przestawiał swoje stanowisko już po raz trzeci – i nic nowego nie był w stanie powiedzieć. Nie teraz.

Dobrze, że przynajmniej na debacie budżetowej frekwencja była lepsza.

10:26, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (6) »
wtorek, 14 grudnia 2010

Polityczna wersja prawa wielkich liczb powoduje, że gdy politycy zaczynają mówić o miliardach euro - np. zarezerwowanych na pomoc dla chwiejących się państw strefy euro - to wówczas wszystkie powiązane tematy giną w cieniu.
A warto je z niego wydobyć, bo wśród nich zdarzają się perełki. Ot, choćby ta informacja: w Parlamencie Europejskim właśnie rozpoczęły się prace legislacyjne nad dwiema reformami, które potencjalnie mogą poobcinać spekulantom ręce. Brutalnie, bez litości.
Tak się stanie, jeśli w Europarlamencie wygra grupa jastrzębi, forsujących swoją wizję przepisów dotyczące tzw. nagiej krótkiej sprzedaży i handlu instrumentami finansowymi znanymi jako ”CDS”. Jako, że blogUE nie jest zawodowym tłumaczem - a język ekonomiczny kryje w sobie pułapki - posłużę się oryginałem informacji z PE, co by czytelnicy mogli sobie wyrobić własne zdanie.
Cóż bowiem stwierdza raport Pascala Canfina, francuskiego europoseł-sprawozdawcy? ”To make naked short selling more difficult, the report requires short sellers to have a loan guarantee for the securities they plan to sell-off by the time the sale occurs”. [Jakby kotoś miał wątpliwości: taki wymóg de facto zlikwidowałby ten typ operacji finansowych, bo żaden short-seller nie byłby w stanie takich gwarancji kredytowych zdobyć, jako że ich koszt prawdopodobnie przewyższyłby potencjalne zyski na krótkiej sprzedaży].
Dalej też jest ciekawie: ”The report pushes for banning the trading of sovereign CDS by entities not already owning the related bonds”.
Propozycje Canfina (Partia Zielonych) popiera frakcja socjaldemokratyczna. - CDS do not cover identifiable risks.  Insurance has mutated into gambling - mówił luksemburski europoseł Robert Goebbels (proszę się nie sugerować nazwiskiem, zbieżność jest całkowicie przypadkowa i bardzo przykra dla luksemburskiego polityka). - Most of speculation was gambling and brought no benefits to the economy - wtórował niemiecki poseł Thomas Handel (frakcja GUE).

Równolegle, Parlament Europejski chce się zabrać za agencje ratingowe (kilkakrotnie na tym blogu krytykowane). - The report imposes an obligation on CRAs to carry out annual reviews of their past credit ratings and suggests that ESMA controls these reviews. In the event of significant malpractice a CRA could be fined according to the Member State's law.  Errors are always possible and making mistakes is in itself not a sin.  But negligence must be sanctioned.

Czy właśnie tak będzie wyglądało oficjalne stanowisko Parlamentu Europejskiego? Przekonamy się w lutym 2011 r.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Popuśćmy wodze fantazji i spróbujmy sobie wyobrazić, jak mógłby wyglądać najgorszy dla Polski scenariusz na najbliższym szczycie Unii Europejskiej. Machina czasu rusza w przód i oto mamy czwartek 16 grudnia, późny wieczór.
27 szefów państw i rządów właśnie zasiada do kolacji (to zawsze jest najważniejsza część spotkania w Brukseli). Głos zabiera jeden z premierów, wybrany w swoim kraju ledwie pół roku temu. Nieskazitelną, oksfordzką angielszczyzną proponuje pozostałym politykom: - Panie i panowie, skoro już się tu zebraliśmy, to może ustalmy, jak będą wyglądać budżety Unii na kolejne lata? Proponuję, żebyśmy je ograniczyli do... powiedzmy... (w głosie premiera słychać wahanie) 0,85 proc. unijnego PKB. No bo w końcu trzeba oszczędzać, nie? - pyta retorycznie. (Obecnie budżet Unii przekracza 1 proc. unijnego dochodu brutto). 
Na sali zaczyna się rozgardiasz. Politycy przekrzykują się nawzajem, z jednego końca sali słychać głosy: „Dobrze mówi!”, z drugiego - głośne pomruki niezadowolenia. Przewodniczący spotkaniu Belg Herman Van Rompuy potrzebuje dłuższej chwili, by szanowne towarzystwo uciszyć.
- Pomysł wydaje się dobry, wrócimy do niego za pół roku - mówi, nie zwracając uwagi na głosy protestu wypowiadane w jakimś niezrozumiałym, słowiańskim języku. - A teraz zajmijmy się sprawami bieżącymi - mówi Van Rompuy, wyciągając z kieszeni marynarki starannie złożoną kartkę. - Czy możemy przejść do kolejnego punktu programu i przedyskutować stały mechanizm wsparcia dla państw strefy euro?
- Nie możemy. Nie zgadzamy się - nieoczekiwanie odpowiada jeden z polityków. Rzuca serwetkę na stół, wstaje i wychodzi. Za nim salę opuszcza kilka kolejnych osób.
Na sali zapada cisza. Tym razem nikt nie protestuje, wszyscy wpatrują się w Belga. Wniesione właśnie na stół waterzooi, stoemp i stoofvlees stygną, leżące obok belgijskie pralinki nagle przestają smakować.
Fikcja? Oby. Ale jedno pozostaje prawdziwe - z punktu widzenia Polski prawdziwym koszmarem byłoby, gdyby już najbliższy szczyt Unii Europejskiej miał podejmować decyzję w sprawie przyszłości budżetów Unii Europejskiej.
Polska chce, żeby debata budżetowa potoczyła się po Bożemu, tak jak dawniej. Czyli żeby zaczęła się dopiero w 2011 r., od wstępnej propozycji Komisji Europejskiej. To, co kilka rządów chce zaproponować już dzisiaj, to budżet bardziej niż skromny, dla Polski niekorzystny. Gdyby ich propozycję uznać za punkt wyjścia, dalsza debata budżetowa wpadałaby na tory, które biegną w złym kierunku. Bo mowa byłaby już o znacznie mniejszych kwotach niż dziś.
Dla nas lepiej będzie, jeśli punktem wyjścia do debaty będzie propozycja Komisji Europejskiej, która zawsze chciała (i nadal chce), żeby unijny budżet był ambitny, żeby odpowiadał wyzwaniom, jakie przed Unią stoją. A nie tylko bieżącym, narodowym rozterkom fiskalnym.
Komisja - tak jak Polska - jest przekonana, że nawet w czasach kryzysu budżet Wspólnoty powinien być wystarczająco duży, żeby starczył na finansowanie polityki spójności. Bo ta polityka nie jest korzystna tylko dla Polski (i innych, nowych krajów Unii). Spójność gospodarcza całej Unii jest ekonomicznym interesem wszystkich państw.
Zresztą jest jeszcze jeden powód, dla którego rozpoczęcie debaty budżetowej dopiero w przyszłym roku, a nie już teraz, jest dla Polski korzystne. W drugiej połowie 2011 r. to Polska będzie sprawowała półroczną prezydencję w Unii. Jednym słowem - dla Polski byłoby najkorzystniej, gdyby szczyt Unii 16-17 grudnia zajął się tym, czym pierwotnie miał się zająć, czyli mechanizmami pomocy dla tych państw strefy euro, które są w najgorszej sytuacji. To też ważny temat. Dla wszystkich, Polskę włączając.
Na wszelki wypadek rząd Donalda Tuska mnoży sygnały, które mają zniechęcić pozostałych partnerów unijnych przed wrzucaniem niechcianych tematów. Najostrzej wypowiedział się sam premier. Jasno dał do zrozumienia, że w najgorszym wariancie Polska nie zawaha się użyć unijnej broni atomowej, czyli weta.
- Trzeba czekać na projekty Komisji Europejskiej. Krok po kroku uzyskujemy coraz większe zrozumienie dla polskiego stanowiska - mówił w zeszły wtorek Tusk. - Ale jeśli nie będziemy mieli innego wyjścia, to będziemy używali wszystkich traktatowych narzędzi na Radzie Europejskiej, aby utrzymać główną rolę instytucji europejskich, w tym KE, przy stanowieniu budżetu.

* Tytuł autorstwa redakcyjnego kolegi Roberta Ogłodzińskiego. Merci beaucoup.

piątek, 10 grudnia 2010

Potwierdziły się wcześniejsze informacje (którymi m.in. blogUE dzielił się z czytelnikami w „Gazecie Wyborczej”): Polska przystąpi do grupy państw, które postanowiły nie oglądać się dłużej na ”hamulcowych” i u siebie wdrożyć jednolity, unijny patent. - Będziemy częścią tej wzmocnionej współpracy. To przykład naszego pragmatycznego podejścia. Unijny patent to rozwiązanie potrzebne dla biznesu - powiedział w czwartek pragnący zachować anonimowość polski dyplomata, cytowany przez PAP.
Zamiar wprowadzenia go w ramach tzw. procedury wzmocnionej współpracy - na którą zezwala Traktat Lizboński - ogłosiła przed paroma dniami Francja. Za nią poszło kilka innych krajów, w tym przede wszystkim Niemcy.
Paryż zdecydował się na to posunięcie po tym, gdy Włochy i Hiszpania storpedowały (przed mniej więcej miesiącem) kolejną próbę wprowadzenia jednolitego unijnego patentu w całej Unii. Rzecz rozbiła się o języki: Hiszpanom i Włochom nie podobało się to, że jednolity unijny patent ma być rejestrowany tylko w trzech językach: angielskim, francuskim i niemieckim.
Gdy Francja i dziewięć innych państw ogłosiły zamiar uruchomienia „wzmocnionej współpracy”, polski rząd znalazł się w kropce. Bo z jednej strony, jednolity patent to coś, na co Unia czekała od prawie ćwierćwiecza. Ale z drugiej strony wzmocniona współpraca to ryzykowna gra. Dziś tą drogą mają być wdrożone patenty, czyli coś, co dla polskich firm pewnie okaże się korzystne.
Ale kto wie, co się stanie jutro? Może jakaś grupa państw unijnych uchwali w ramach wzmocnionej współpracy coś, co dla nas będzie niekorzystne? M.in. dlatego przeciwnikiem wejścia Polski do klubu patentowego jest konfederacja pracodawców Lewiatan.
- Stworzy to jedynie rozwiązanie dla powstania ”Europy dwóch prędkości”, co narusza naszym zdaniem zasadę solidarności, a także zasadę równości - głosi list podpisany przez Henrykę Bochniarz.
BlogUE długo o tym myślał i doszedł do wniosku, że jednak warto podjąć ryzyko. Trzeba wreszcie zacząć walczyć ze zwyczajem, że kilka państw - w imię swoich trudnych do racjonalnego uzasadnienia interesów - blokuje całą Unię. Jednolity rynek, federacja muszą być wzmacniane, nie osłabiany. A że przy okazji trzeba komuś przejechać po stopach? Trudno. Ten ktoś sam te stopy w tym miejscy postawił, niech ma pretensje do siebie.

czwartek, 09 grudnia 2010

Jeśli ktoś myśli, że Jean-Claude Trichet, szef Europejskiego Banku Centralnego, to jakiś stary francuski pryk, który potrafi tylko monotonnym głosem mówić o ”stabilnych perspektywach” z możliwością ”zwiększonego ryzyka w kolejnych kwartałach” - no to się głęboko, bardzo głęboko myli.
Trichet właśnie wpadł na pomysł, jak młodszym od siebie (tak ze 40 lat młodszym) opowiedzieć o pracy Europejskiego Banku Centralnego. I o tym, jak cholernie trudno jest utrzymać inflację na poziomie ”stabilnym, w okolicach 2 proc.”
Kazał zrobić grę komputerową.
Teraz wszyscy możemy się stać jednoosbowym zarządem EBC. Samodzielnie podejmować decyzję o stopach procentowych. Czytać, co prasa sądzi o naszych decyzjach. I słuchać doradców. Zwłaszcza wtedy, gdy w strefie euro wybucha kryzys finansowy, a miesiąc później - kontynent zalewają powodzie, a wzrost gospodarczy leci na łeb, na szyję.
BlogUE spróbował, zagrał. I chyba dobrze, że nie jest szefem EBC, bo w 2018 roku strefa euro pod jego (blogUE) rządami miała 2,18-procentową deflację, której nawet 3-procentowy wzrost gospodarczy nie potrafił przełamać. Edukacyjna re-we-la-cja!
Żeby zacząć grać, wystarczy wejść na stronę interenetową EBC i  kliknąć na ”Ecomomię”. Amusez-vous bien. Polecam!

środa, 08 grudnia 2010

Tysiące razy na różnych ”łamach” toczona była dyskusja o tym, kto ponosi winę za koszmarną liczbę wypadków samochodowych w Polsce. Tysiące razy padał w tych dyskusjach argument, że wypadki są, bo nie ma dróg. I że nie są winni polscy kierowcy. Bo my przecież wszyscy gen Roberta Kubicy w sobie mamy.
Kilka godzin temu na S1 między Bielskiem-Białą a Cieszynem zderzyło się kilkadziesiąt pojazdów. Jedna osoba nie żyje, 40 jest rannych.

BlogUE zna ten odcinek drogi. W niczym nie ustępuje zachodnioeuropejskim standardom. Na tym kawałku S1 jest dobrze skonstruowaną, wyprofilowaną i poprowadzoną trasą. Z dobrej jakości nawierzchnią. Dwie jezdnie, pas oddzielający, miejsca do awaryjnego zatrzymania itepe itede. Jak informuje Straż Pożarna, w chwili zderzenia w okolicy była gęsta mgła. I niestety wszystko wskazuje na to, że kierowcy nie dostosowali prędkości do zmienionych warunków jazdy.
Takie wypadki zdarzają się na całym świecie. Ale chyba nikomu na świecie - za wyjątkiem Bolandy  - nie przychodzi do głowy twierdzić, że to wszystko przez drogi.

Tagi: Polska
16:31, konrad.niklewicz , Społeczeństwo
Link Komentarze (32) »

Irlandzki rząd wygrał pierwszą rundę głosowań nad budżetem na 2011 r. Historyczny to budżet, bo nigdy jeszcze w 4,5-milionowym państwie cięcia budżetowe nie osiągnęły 4,5 mld euro, a podwyżki podatków - 1,5 mld euro. Przyszłoroczny budżet to tylko wstęp do cięć: w kolejnych latach (do 2014 r.) skumulowana wartość podwyżek podatków i cięć w budżecie sięgnie 9 mld euro.
Efektem ma być 3 procentowy deficyt w 2015 r.
Irlandzki minister finansów Brian Lenihan, doszczętnie złomotany przez prasę, nie miał już żadnych oporów przed mówieniem politykom wprost, że długi, w jakie irlandczycy (i irlandzkie banki) sami się wpakowali, trzeba spłacić. I że Irlandia nie może ogłosić, że długów nie spłaca - bo dopiero wtedy by się wszystko ze..ło. - There's simply no way this country, whose banks are so dependent on international investors, can unilaterally reneg on senior bondholders against the wishes of our European partners and the European institutions. This course of action has never been an option during the course of this crisis.
Przez najbliższe kilka lat w Irlandii nie będzie się już praktycznie budowało nowych dróg, zasiłki zostaną ograniczone, emerytury obcięte o 4 proc., a minimalna płaca ograniczoina do 7,65 euro za godzinę. Wzrosną opłaty za studia (do 2 tys. euro). Obciążenie podatkowe (uwzględniając składkę emerytalną i zdrowotną) wzrośnie do 31 proc. (niski próg) i 52 proc. (wyższy próg).
Irlandzcy ekonomiści są umiarkowanie dobrej myśli. Wierzą, że po zaciśnięciu pasa irlandzka gospodarka w końcu zaskoczy i zacznie pracować. Już w tym (2010) roku spodziewana jest nadwyżka eksportu nad importem. Dzięki obniżce płac, obniżce kosztów działalności (wszyscy obniżają stawki, byle tylko utrzymać kontrakty) - konkurencyjność poprawi się, a wkrótce potem wzrosną dochody. Mówiąc zupełnie wprost: kto ciężej pracuje, mniej konsumuje, tym szybciej spłaci swoje długi i wyjdzie na prostą.
Polecam wszystkim rozmowę, jaką moja redakcyjna koleżanka Dominika Pszczółkowska przeprowadziła w Dublinie z prof. Johnem Fitz Geraldem, ekonomistą z Instytutu Badań Ekonomicznych i Społecznych. Lekcja, jaką Fitz Gerald każe wyciągnąć Polakom z irlandzkiego kryzysu, jest klarowna: ostrożnie z kredytami! Jak już wstąpimy do strefy euro (a kiedyś pewnie wstąpimy), trzeba zrobić wszystko, żeby zatrzymać szał życia na kredyt, wywołany obniżonym oprocentowaniem pożyczek. Niestety, podobnie jak w Irlandii, u nas też jest strukturalna zachęta do takiego szału: jesteśmy wciąż biedni, a już dziś chcielibyśmy mieszkać tak jak Niemcy i tak jak oni jeździć bmw i mercedesami.
Żaden to powód do dumy, ale blogUE podobne ”bezeceństwa” pisał już od dawna. Byłem, jestem i będę przekonany, że źródłem gospodarczego sukcesu może być tylko i wyłącznie ciężka praca, niekoniecznie za zachodnioeuropejskie stawki, w sektorze prywatnym i w sektorze publicznym. Pogódźmy się z tym.

wtorek, 07 grudnia 2010

demosEuropa (warszawski think-tank, wyrastający na główny, pozarządowy ośrodek myślenia o Unii) zorganizował konferencję… o Ameryce. No, niezupełnie tylko o Ameryce, bo tytuł spotkania brzmiał „Nowy Atlantycki Kapitalizm – konieczność czy iluzja?”
Hmmm. Tytuł jak tytuł. Whatever.

Dobór gości spowodował, że było głównie o Ameryce i jej sytuacji gospodarczej. I było, dodać powinienem, ciekawie. - W USA wzrost w 2011 r. będzie 2 – 3 proc., ale bliżej 2. Nie widzimy zagrożenia inflacją ani deflacją (choć tu ryzyko jest większe). Prawdziwym problemem jest bezrobocie 9,8 proc. Jeśli nie uwzględnimy pracowników zatrudnionych na cząstki etatu, na kontrakty czasowe - dojdziemy do 18 proc.! I teraz bezrobotni znacznie dłużej niż w przeszłości są na bezrobociu. A z Europy wiemy, że im dłużej ktoś jest poza pracą, tym trudniej znaleźć mu nową pracę – mówił Bruce Stokes z German Marshall Fund. - Amerykańska gospodarka zawsze byłą dumna z elastyczności swoich pracowników. I z tego, że po kryzysach, rynek pracy bardzo szybko się naprawiał. Dziś, po trzeciej recesji z rzędu, tego efektu już nie ma. Firmy nie angażują nowych pracowników. Okazuje się, że potrafią radzić sobie z mniejszą liczbą pracowników, po przez większą efektywność – dodał.
Witamy w europejskiej rzeczywistości, drodzy sojusznicy – pomyślał blogUE, słysząc te słowa.
Równie ciekawie mówił Barry Anderson, były szef departamentu ds. budżetów w OECD:
- Dług publiczny. W USA kończy się era zakłamywania długu (debt denial). Wydarzenia w Europie odbiły się echem w USA. Jest świadomość, że to co zdarzyło się w Grecji czy Irlandii może zdarzyć się w USA. Niekoniecznie jutro, ale w przyszłości – stwierdził. Ale najlepsze zostawił na koniec wystąpienia.
- Po raz pierwszy Amerykanie zaczęli dopuszczać do siebie myśl, że ich dzieci mogą być w gorszej sytuacji niż oni sami. To fundamentalna zmiana. Jeśli ludzie zrozumieją, że zmalały szanse, że w czasie ich własnego życia są w stanie stać się bogaci – to taka zmiana w myśleniu będzie miało dramatyczne konsekwencje polityczne. Bo póki co Amerykanie są tolerancyjni dla niskich podatków dla osób dobrze zarabiających, bo są przekonani, że oni też za jakiś czas będą bogaci – i w związku z tym nie chcą sobie robić kłopotów na tę lepszą przyszłość.
Tym razem to blogUE aż chciał krzyknąć: Amerykanie, witajcie w cudownej, europejskiej rzeczywistości! Definitywnie, godzina na konferencji demosEuropa była dobrze spędzoną godziną.

Tagi: Unia USA
19:35, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link Komentarze (10) »

BlogUE sam jest zaskoczony dynamiką wydarzeń. Ledwie dyskusja się zaczęła, a już polski rząd wspina się na wysokie tony i ostrzega unijnych partnerów, że próba ograniczenia unijnego budżetu i podkopania pozycji Komisji Europejskiej (w budżetowych negocjacjach) spotka się z polskim wetem.
Oczywiście na dzisiejszej (wtorkowej) konferencji prasowej premier Donald Tusk nie użył słowa ”weto”, bo to jest słowo-zakazane, straszne słowo, zaklęcie czaroksięskie niemalże, którego nikt w Unii nie wypowiada, niczym imienia Voldemorta w Harrym Poterze. Ale Donald Tusk wyraźnie dał do zrozumienia, że właśnie o wecie myśli. Bo jak inaczej interpretować słowa: ”jeśli nie będziemy mieli innego wyjścia, użyjemy wszystkich środków przewidzianych w traktacie, żeby utrzymać pozycję unijnych instytucji, w tym Komisji Europejskiej, w ustanawianiu wspólnego budżetu”?
BlogUE nie potrafi tego inaczej zinterpretować.
Premier otwartym tekstem powiedział też, że to nasi kochani brytyjscy sojusznicy całe to zamieszanie sprowokowali. - Po wstępnych uwagach czy sugestiach ze strony Wielkiej Brytanii rozpoczęła się dość nerwowa dyskusja na temat tego, czy redukować europejski budżet, czy też nie. A dla Polski oznacza to dyskusję o miliardach euro w perspektywie najbliższych kilku lat - powiedział Tusk.
Jednym słowem zapowiada się ciekawy szczyt Unii.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 81
wyborcza.pl
Konrad Niklewicz

Konrad Niklewicz, od ponad 10 lat dziennikarz i redaktor „Gazety Wyborczej”. Od ośmiu lat w dziale gospodarczym, w latach 2005 - 2007 był korespondentem „Gazety” w Brukseli.
dowiedz się więcej »

Follow konradniklewicz on Twitter
top | © Agora SA | design by kate_mac