Co się dzieje w Unii Europejskiej? Autorski przegląd najważniejszych spraw i wydarzeń z życia wspólnoty.
piątek, 29 października 2010

Europejski Fundusz dostosowania do Globalizacji - istniejący od 2007 r. - był jednym z najbardziej kontrowersyjnych pomysłów poprzedniej Komisji Europejskiej. Wymyślił go (ponoć) sam szef KE Jose Manuel Barroso "aby pomóc osobom, które straciły pracę w związku ze skutkami globalizacji".
WTF?! BlogUE nigdy nie potrafił zrozumieć, po co był potrzebny odrębny fundusz (i całą związana z nim filozofia) skoro i tak chodziło o to, żeby dać trochę pieniędzy z kasy unijnej także "starym" i bogatym państwom Unii Europejskiej. I żeby rządy tych państw mogły sprzedać propagandowy shit, że Unia daje kasę pokrzywdzonym przez Chiny robotnikom...
No ale nic. Skoro fundusz jest, to wstydem byłoby z niego nie skorzystać.
Komisja Europejska właśnie ogłosiła, że akceptuje polski wniosek o wsparcie z EFG. 590 pracowników z dwóch wielkopolskich przedsiębiorstw produkujących przewody i systemy okablowania dla przemysłu motoryzacyjnego (zniszczonych przez kryzys w branży motoryzacyjnej) dostanie 630 tys. euro na szkolenia w miejscu pracy, przekwalifikowanie dostosowane do indywidualnych potrzeb, pomoc w samozatrudnieniu, sprzęt i doposażenie miejsca pracy oraz inne dodatki.
Polska nie jest pierwszym krajem UE, które ciągnie kasę z EFG. Od 2007 r. złożono 65 wniosków na łączną kwotę rzędu 373,6 miliona euro, co pozwoliło udzielić pomocy ponad 70 000 pracowników.

Szefowie państw i rządów niewiele uzgodnili na szczycie w Brukseli. Sprawa zmiany Traktatu Lizbońskiego – do przemyślenia, przez kolejne dwa miesiące. Sprawa zasad uwzględniania kosztów OFE (na co naciskał premier Donald Tusk) – też odłożona na dwa miesiące.
Owszem, politycy uzgodnili, że strefa euro potrzebuje większej dyscypliny budżetowej (no po prostu Amerykę odkryli). Ta dyscyplina ma być gwarantowana nie tylko większymi (i bardziej automatycznymi) sankcjami – z odbieraniem głosu na forum Rady włącznie - ale także dzięki nowym mechanizmom oceny budżetów narodowych (peer review). Zgodzili się też, że w Unii Europejskiej musi powstać trwały „fundusz pomocowy” dla krajów zagrożonych kryzysem. Ale obok takiego funduszu pojawi się coś nowego: możliwość restrukturyzacji długu, czyli „kontrolowanego bankructwa” tych państw, które przesadzą (przesadziły) z zapożyczaniem się.
Ale nie wiadomo, na jakiej podstawie ten fundusz ma działać – dopiero teraz ma nad tym się zastanawiać task force przewodniczącego RE Hermana Van Rompuya. Czyli – patrz punkt pierwszy. Spotykamy się za dwa miesiące i może wtedy ostatecznie zadecydujemy.
No i politycy uzgodnili jeszcze, że kolejny roczny budżet Unii (ten na 2011) nie może wzrosnąć tak bardzo, jakby sobie tego życzył np. Europarlament (czyli prawie o 6 proc.). Rządy zgadzają się na 3 proc. podwyżkę.
Jakby nie patrzeć, tym razem premier Donald Tusk nie może powiedzieć, że po raz kolejny veni, vidi, Polonia vincit. Ale też nikt mu nie może zarzucić, że wyjeżdża z Brukseli pokonany. Sprawa OFE od początku napotykała opór. Zaś w sprawie zmian Traktatu – Polska już od dawna się na takie poprawki zgadza, bo akurat to nie my mamy największy problem z długiem i deficytem.

czwartek, 28 października 2010

BlogUE wciąż myśli o słowach prezesa PiS, przekonującego wyborców, że nie istnieje coś takiego jak „dyfuzja bogactwa”. A skoro nie istnieje, to należy głosować przeciwko rządowej koncepcji wspierania „lokomotyw wzrostu gospodarczego”.
Prezes raczył był stwierdzić: - Warszawa jest bogatsza od jakiegokolwiek państwa UE pomijając Luksemburg, ale czy w związku z tym Mazowsze się bogaci. Nie bogaci się, żadna dyfuzja nie następuje - powiedział we wtorek w Białymstoku.
- Ależ następuje! – twierdzi MRR. I pokazuje dane GUS-owskie (niezbyt świeże, ale ponoć niewiele się zmieniło), których wynika, że miliony osób (w skali całego kraju) pracuje w dużych miastach, ale mieszka i płaci podatki lokalnie. W samym tylko Mazowszu, z ponad 100 gmin okalających Warszawę (w promieniu kilkudziesięciu km), ponad 251 osób pracuje w Warszawie, choć podatki płaci u siebie w domu. W kolejnych 60 gminach okalających, takich osób jest od 101 do 250.
Wszystko jest na niżej umieszczonej mapce.

I jeszcze jedno. PiS wpisał sobie na sztandary kampanii wyborczej (samorządowej) hasło „wydzielmy Warszawę z Mazowsza”. Także tu na tym blogu, przed kilkoma dniami, dostałem pytanie o to, czy wydzielenie Warszawy z Mazowsza jest sensowne.
Teraz już wiem, że nie jest (trochę ku mojemu zaskoczeniu, bo sam kiedyś ten pomysł omawiałem). Przeprowadziłem serię rozmów z niezależnymi ekspertami, przedstawicielami Ministerstwa Rozwoju Regionalnego, ludźmi z miejskiego biura funduszy europejskich itp. itd. Na podstawie informacji od nich uzyskanych już wiem, że takie wydzielenie miasta z regionu zakończyłoby się dla Mazowsza (dla Radomia, dla Płocka, dla Ostrołęki itp.) finansową ka-ta-stro-fą.
Mazowsze razem z Warszawą może być spokojne o dostęp do pieniędzy unijnych także w przyszłości (nawet jeśli lekko unijną średnią PKB per capita przebije), bo w Unii obowiązuje zasada phasing-out (okresów przejściowych). Zresztą Warszawa bardzo mało korzysta z pieniędzy z wojewódzkiego programu – bo finansowanie czerpie głównie z programów centralnych. Więc gros kasy zostaje dla obwarzanka.
Natomiast Mazowsze BEZ Warszawy straci setki milionów euro, bo kryterium ludnościowe pozostanie decydujące przy ustalaniu wielkości funduszy. Więcej szczegółów plus smaczne wypowiedzi – w jednym z najbliższych wydań „Gazety Wyborczej”, w moim tekście. A co mi tam, trochę podpromuję nakład „GW”.   

PS. W uzupełnieniu do poprzedniej blognotki: wg. najnowszych danych GUS, warszawskie PKB per capita wynosi 98,8 tys. złotych.

Dyfuzja bogactwa w praktyce

16:01, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link Komentarze (41) »
wtorek, 26 października 2010

Po tragedii łódzkiej debata polityczna miała się stać lepsza, wyprana z nienawiści, bardziej merytoryczna. Ale czy pozbawiona półprawd lub wprost nieprawdziwych twierdzeń?
Prezes PiS najwyraźniej uważa, że nie. Tego elementu z debaty publicznej usuwać nie trzeba, bo przecież Prezesowi zdarza się popłynąć i nieco oddalić się od faktów. Tak jak dziś w Białymstoku (pozdrawiam miasto, moja siostra tam się urodziła), gdzie szanowny pan prezes raczył był odnieść się do proponowanych przez rząd zmian w polityce regionalnej.

Ba, żeby tylko raczył się odnieść… On uczynił z tego tematu pałkę, którą postanowił rąbnąć Platformę wyborczą w głowę. Drugi raz w ciągu półrocza.

Ale po kolei. Kaczyński stwierdził (cytat za PAP): Polacy mają do wyboru proponowaną przez obecny rząd strategię polaryzacyjno-dyfuzyjną, która zakłada "koncentrację środków, tempa rozwoju, bogactwa w metropoliach".
Bum, bum, bum, nieprawda! Jakich „metropoliach”? To Białystok, Kielce, Lublin i Olsztyn to już metropolie? No gratuluję. Ale tak bardziej serio - sugeruję lekturę oryginałów dokumentów, a nie jakieś pseudo streszczeń, wypichconych przez pp. Błaszczaków,  Kuchcińskich et consortes. Otóż podstawą rządowej Krajowej Strategii Rozwoju Regionalnego jest założenie, że wsparcie trafia do wszystkich centrów rozwoju. Tak, do miast, ale nie tylko do metropolii – jak raczył był stwierdzić Kaczyński – lecz do wszystkich większych ośrodków: 18 miast wojewódzkich (bo dwa województwa mają dzielone stolice) PLUS do lokalnych centrów. Np. do Przemyśla w województwie Podkarpackim.
Link do strategii jest tutaj, zresztą zarówno blogUE jak i redakcyjny kolega Mirosław Czech bardzo obszernie o tym pisał ostatnio na łamach „Gazety”.

W ocenie prezesa PiS (cytat znów za PAP) doświadczenia Polski oraz innych krajów pokazują, że strategia proponowana przez rząd "po prostu nie wychodzi", bo - zaznaczył - "nie ma tej dyfuzji".- Warszawa jest bogatsza od jakiegokolwiek państwa UE pomijając Luksemburg, ale czy w związku z tym Mazowsze się bogaci. Nie bogaci się, żadna dyfuzja nie następuje – powiedział były premier (!).
Bum, bum, bum, znów płyniemy! Owszem, nominalnie tak może to wyglądać, że PKB per capita (ważone PPP) w Warszawie (i to liczonej bez przedmieść, a jedynie intra muros) jest większe niż PKP per capita w całej Francji. Ale jest statystyczną i metodologiczną zbrodnią porównywać miasta z całymi państwami! Warszawa jest bogatsza od Francji, ale czy od Paryża, czy od zapyziałej wioski w Massif Central? Warszawski PKB per capita to ok. 45 tys.** euro (160 proc. unijnej średniej). Dla porównania: ten sam wskaźnik dla Londynu to 89,3 tys. euro (336 proc. średniego PKB per capita w Unii), dla Brukseli 59,4 tys. euro (233 proc. normy), a dla Hamburga – 48,6 tys. euro (200 proc. normy)!  Panie prezesie, ładnie to tak porównywać gruszki z jabłkami? To tak ma wyglądać debata po tragedii łódzkiej?

Poza tym, jak można mówić, że „nie ma żadnej dyfuzji”? Miejsca pracy w Warszawie, objęcie okolicznych obszarów miejską siecią transportową, zamówienia na usługi i towary (konsumowane w mieście) dla poza warszawskich firm – to jest właśnie dyfuzja bogactwa.
Zdaniem prezesa Kaczyńskiego, koncepcja rządu "prowadzi do wielkiego podziału
Polaków na gorszych i lepszych obywateli". - Ona jeśli czemuś służy, to służy celowi politycznemu. Po prostu niektórzy chcą sobie stworzyć takie stałe zaplecze, tych, którzy będą na nich zawsze głosowali -
ocenił.

Ręce opadają. To dlaczego KSRR (odsyłam do podanego wcześniej linku) przewiduje kontynuację Programu Operacyjnego Rozwój Polski Wschodniej? Oddajmy głos minister rozwoju regionalnego Elżbiecie Bieńkowskiej, która przed kilkoma miesiącami rozmawiała z blogUE: - Proponujemy model, który stawia na własną inicjatywę, na zdolność do samodzielnego rozwoju. Chcemy wspierać we wszystkich regionach te miejscowości - wszystkie osiemnaście stolic regionów oraz miasta nieco mniejsze, ale stanowiące lokalne centra. W żadnym wypadku nie zapomnimy o obszarach najbiedniejszych - w nowej edycji funduszy europejskich dla Polski chcemy zachować specjalne programy operacyjne, specjalnie dla nich przeznaczone. Nie zapomnimy także o tym, że nawet w regionach uznawanych za bogate można znaleźć obszary biedy. Np. niektóre dzielnice wielkich miast. Wsparcie - tak jak to opisaliśmy w KSRR - ma być uszyte na miarę potrzeb poszczególnych regionów. Bo potrzeby Mazowsza - poza obszarem metropolii warszawskiej - są inne niż potrzeby np. Małopolski. Nie zgadzamy się na takie rozwiązania, które obowiązują dzisiaj. Przykładowo, nie może być tak, że na wsparcie unijne nie ma szans ktoś, kto ma dobry pomysł, tylko dlatego, że mieszka w niewłaściwym miejscu, zbyt bogatym mieście. Np. przedsiębiorca z Warszawy nie ma do dyspozycji tylu dotacji co konkurent z Polski wschodniej. Nie akceptuję też sytuacji odwrotnej: że pieniądze są pompowane do jakiegoś regionu i muszą - bo tak każe plan - być wydawane na coś, co nikomu nie jest tam do szczęścia potrzebne.

Z którą częścią tej wypowiedzi pan prezes Kaczyński się nie zgadza?

 

* za podpowiedzenie tematu chciałbym niniejszym podziękować niezawodnemu MacDacowi.

** ta informacja pochodzi z ang. Wiki. I jak słusznie zauważył Lagaffe, może być błędna. Faktyczny PKB na główę mieszkańca Warszawy może wynosić sporo mniej niż 45 tys. euro. Ze starszych danych GUS-u wynikałoby, że pomiędzy 20 a 30 tys. euro - co tezę Jarosława Kaczyńskiego czyni jeszcze bardziej groteskową. 

Unijni ministrowie spraw zagranicznych zgodzili się w poniedziałek, by Serbia mogła oficjalnie poprosić o status kandydata do członkostwa w Unii Europejskiej.
To symboliczny początek dłuuugiej drogi.
Teraz prośbę Serbii ocenić będzie musiała Komisja Europejska. Jeśli zgodzi się na przyznanie Serbom statusu kandydata*, Serbów (i nas) czeka ciężki proces negocjacji. Nie spodziewałbym się ich zakończenia przed 2014 r.
Ale cieszyć się możemy już teraz, z kilku powodów.
Po pierwsze dlatego, że mimo wszystkich "kryzysów", wewnętrznych sporów i kwasów, Unia Europejska pozostaje jedynym atrakcyjnym klubem w okolicy.
Po drugie, wciągając Serbię do siebie, Unia definitywnie wygasza (blogUE chciałby powiedzieć: "raz na zawsze") najważniejszy konflikt na Bałkanach, ten między Serbami a Chorwatami. Toutes proportions gardées, Chorwacja i Serbia w Unii to jak Niemcy i Francja we wspólnocie. Za kilka lat Serbowie i Chorwaci będą mogli co najwyżej teczkami po głowach się okładać, w kilometrowych korytarzach Komisji, Rady i Parlamentu, "walcząc" o to, kto wyrwie dodatkowe setki milionów euro z polityki spójności. Raz umościwszy się w Unii, Serbowie będą musieli też ostatecznie pogodzić się z niezależnością Kosowa - pierwszego w historii (i jak na razie jednego) unijnego protektoratu.
I jest jeszcze jeden powód do zadowolenia.
BlogUE nie wie w jakiej dziurze, w jakim klopie ukrywa się "generał" Ratko Mladić - serbski dowódca współodpowiedzialny za największe zbrodnie z czasów wojny w Bośni (m.in. ludobójstwo w Srebrenicy). Ale blogUe wie, że teraz, gdy Serbia na dobre zaczęła rozmawiać z Unią, Mladicia trzeba będzie z tej dziury wyciągnąć, choćby i za nogi. I Serbowie to zrobią. Podejrzewam, że serbski wywiad już dziś wie, gdzie ten bandyta siedzi. I czeka tylko, aż politycy powiedzą: "Teraz!".
BlogUE nie ma pojęcia, czego generał Mladić powinien się spodziewać: naturalnej śmierci w holenderskim więzieniu (tak jak umarł Slobodan Miloszević), śmierci od kul "podczas próby ucieczki" czy też może „czterech samobójczych strzałów w głowę”...  Zasłużył na najgorszy los, choć najchętniej widziałbym go poniżonego w trybunale.


* a skoro już o tym mówimy: wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że decyzja w sprawie nadania Serbom statusu kandydata może nastąpić w czasie polskiej prezydencji w Unii. Ot, kolejna ważna sprawa do załatwienia.

poniedziałek, 25 października 2010

Od 200 do 400 mln euro dziennie. Tyle - zdaniem - francuskiej minister finansów i gospodarki Christine Lagarde - kosztuje francuską gospodarkę przedłużająca się fala strajków przeciwko reformie emerytalnej.
Fala strajków, dodajmy, zupełnie bezskuteczna, bo francuski Senat przegłosował nowelizację prawa, wprowadzającą zmiany. W środę Zgromadzenie Narodowe (izba niższa parlamentu) ma klepnąć poprawki, być może tego samego dnia papier podpisze prezydent Nicolas Sarkozy, a w połowie listopada całość ukaże się w dzienniku ustaw.
I będzie po ptakach.
Rząd gra ostro, bo wie, że może. Owszem, gospodarka ponosi straty, ale mało kto wie, że potwornie po kieszeni dostają też protestujący. W latach 90., gdy Francuzi tez masowo protestowali (wówczas skutecznie) przeciwko reformie emerytalnej, pracownicy uczestniczący w protestach dostawali (!) wypłatę. Teraz jest już inaczej. Strajkujesz - dniówki nie ma. Postrajkujesz sobie miesiąc - jesteś w plecy całą wypłatę. A gwiazdka za pasem. W kasie związków zawodowych też już prześwituje dno i za chwilę różnego rodzaju komunistyczne Force Ouvriere nie będą miały za co baloników kupować i czerwonych szturmówek szyć.
Nie wiem jak państwu, ale blogUE natychmiast przypomniał się ”Germinal” Emila Zoli*. Nie chcą dobrowolnie, to głodem ich, panowie, głodem...

* pewnie mało kto pamięta książkę, ale film, film był świetny! Jedna z największych superprodukcji francuskiego kina.

10:00, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link Komentarze (47) »
niedziela, 24 października 2010

C Konrad NiklewiczW ramach jesiennych porządków, blogUE sprawdził, co ma w torbie-nierozłączce. Jeździ ze mną wszędzie, więc trzeba ciągle pilnować, żeby nie stała się śmietnikiem. Wiadomo: lata lecą, trzeba dbać o ramiona. Clockwise od 12: ładowarka do kompa (na wszelki wypadek, choć bateria jeszcze sześć godzin trzyma), ładowarka do nokii (niewidocznej, bo robi zdjęcie), pendrive, słownik pwn (też na pendrive), legitymacja sejmowa, czarny cienkopis, żółty mazak (do podkreślania szczególnie cennych myśli), komputer (netbooki są dla mnie odkryciem na miarę koła), kalendarz (ale często używam go w charakterze notesu), notes właściwy (dla bardziej gadatliwych rozmówców), ośmioletni dyktafon (i wciąż działa!). Tak na oko – 2,5 kilograma. No i żywa reklama firmy sony (bo i komp, i dyktafon).
Myślę właśnie o tym, jak jeszcze bardziej zestaw odchudzić.

11:18, konrad.niklewicz , O autorze
Link Komentarze (15) »
piątek, 22 października 2010

Nie ustaje krytyka wobec kanclerz Angeli Merkel po tym, gdy zdecydowała się ustąpić Francji i zrezygnować z forsowania ”automatycznych” sankcji za łamanie deficytów budżetowych. Przypomnijmy: przed kilkoma dniami Merkel spotkała się z francuskim prezydentem Nicolasem Sarkozy’m w normandzkim miasteczku Deauville. Po krótkiej dyskusji, oboje polityków ogłosiło światu, że odtąd Francja i Niemcy mają wspólny plan reformy dyscypliny budżetowej. W ramach tego kompromisu, Niemcy rezygnują z dotychczasowych żądań pełnego automatyzmu (przekroczysz deficyt, dostajesz karę) i zgadzają się, by ostateczna decyzja o nałożeniu kary podlegała kontroli ze strony rządów: 2/3 państw mogłoby w głosowaniu w Radzie UE sankcje zablokować.
W zamian za to ustępstwo, Francja zgodziła się, żeby nowe zasady dyscypliny (te złagodzone, ma się rozumieć) zostały zapisane bezpośrednio w trakcie.

No i się zaczęło. Na Merkel posypały się gromy za to, że ”wyprzedała” strategicznie, niemieckie interesy. Że dała się kupić Sarkozy’emu. Kanclerz krytykowały nie tylko liberalne media (np. niemiecki dziennik ekonomiczny „Financial Times Deutschalnd”) ale - nieoficjalnie - również politycy koalicyjnej FDP. Ich rozżalenie wyraził (już oficjalnie) szef liberałów, minister spraw zagranicznych Guido Westerwelle: - It's crucial that sanctions are not subjected to politics - powiedział w czwartek wieczorem.
Krytyka - zdaniem blogUE - niesłuszna. Jest przecież cos takiego, jak „mądrość etapu” (albo pochwała pragmatyzmu). Dla Merkel ważniejsze jest wprowadzenie reformy - choćby połowicznej - niż tkwienie przy najbardziej szczytnych pomysłach, bez szansy na ich wdrożenie. Gdyby Merkel upierała się przy automatyzmie, Paryż po prostu powiedziałby ”non” i byłoby po zawodach.
Zgoda Francji na zmianę traktatową wielokrotnie zwiększa szanse na to, że w strefie euro będzie więcej dyscypliny budżetowej.

17:03, konrad.niklewicz , Polityka
Link
czwartek, 21 października 2010

Biorąc pod uwagę to, co politycy wyprawiają w Sejmie - a już zwłaszcza co raz gorsze bezeceństwa, które wygaduje Jarosław Kaczyński - to co wydarzyło się w środę i w czwartek w Strasburgu wydaje się być tak realne, jak Shrek wchodzący w bliską współpracę z Białą i Strzałą. A jednak!
Wspólnym wysiłkiem, europosłowie PO, PSL, SLD i PiS przekonali setki innych europosłów i doprowadzili do odsunięcia w czasie głosowania nad kontrowersyjną rezolucją Parlamentu Europejskiego, bardzo, ale bardzo krytyczną wobec Ukrainy. (BlogUE doda jeszcze: przygotowaną przez niemieckiego chadeka Michaela Gahlera).
Ta rezolucja miała przyładować Ukrainie: że się obsuwa w demokracji, że wolność słowa łamana, że swobody obywatelskie nieprzestrzegane, że torpeduje utworzenie wspólnej strefy handlowej itp. itd.
Ale zjednoczeni europosłowie z Polski (tu wymienię szczególnie europosłów PiS Michała Kamińskiego, Pawła Kowala oraz europosła PO Pawła Zalewskiego) jednak zdołali wytłumaczyć kolegom z innych frakcji i krajów, że takie łomotanie Ukrainy niekoniecznie jest uzasadnione. - Skoro ukraińskie władze zaczęły realizować nasze postulaty, to nie możemy zbywać tego faktu milczeniem - mówił Zalewski, zasiadający w największej frakcji - Europejskiej Partii Ludowej.
- Musimy pamiętać o tym, by Parlament Europejski nie był elementem wewnętrznej rozgrywki na Ukrainie, ale aby był strażnikiem dwóch bardzo ważnych rzeczy jednocześnie: by był strażnikiem i pomocnikiem europejskich aspiracji ukraińskiego narodu; z drugiej strony - by był strażnikiem demokracji, praw człowieka i wszystkiego tego, co uznajemy za europejskie wartości, na Ukrainie - mówił z kolei Michał Kamiński (PiS, Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy).

BlogUE tym razem nie chce wnikać w to, czy Ukraina na taką wspólną, polską  obronę zasłużyła. Zdaniem blogUE nie zasłużyła - ale to jest insza inszość. To, co jest tym razem ważne, to dowód na to, że współpraca między politykami tak bardzo zwaśnionych frakcji jest możliwa. Tylko trzeba chcieć i (jak widać na załączonym obrazku) przebywać w europejskim środowisku. Ono ma najwyraźniej kojący wpływ na rozemocjonowaną polską duszę.
- Bez Polaków nie można dyskutować o Ukrainie - cieszył się Zalewski, podsumowując wspólne przedsięwzięcie.
Ukraińska rezolucja ma ponownie stanąć w PE 10 i 11 listopada, na kolejnej sesji. Do tego czasu powinno się udać ją przerobić, tj. złagodzić. 
 
Panowie europosłowie i europosłanki (zwłaszcza PiS): nie dałoby się Waszych doświadczeń ze Strasburga i z Brukseli przenieść na Wiejską? 

17:37, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (5) »

BlogUE bardzo podoba się pomysł, żeby bardziej uniezależnić budżet unijny od rządowych ”kontrybucji”. Gdy 75 proc. wszystkich wpływów do unijnej kasy pochodzi ze składek wpłacanych przez państwa, wspólny budżet staje się zakładnikiem bieżącej polityki. Teraz mamy kryzys, więc politycy w wielu państwach będą starali się radykalnie zmniejszyć wpłacane składki. Bo to - w ich mniemaniu - spodoba się wyborcom (którym oczywiście nie wytłumaczą, że w dłuższej perspektywie obcięcie budżetu unijnego będzie niekorzystne nawet dla najbogatszych krajów UE).
Komisja Europejska położyła na stół pięć propozycji. Bardziej szczegółowo piszę o nich w dzisiejszej „Gazecie Wyborczej”.
Najciekawsza - i najbardziej sensowna wydaje się (w opinii blogUE) idea połączenia unijnego VAT-u z dochodami ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2. Mało kto o tym pamięta, ale dochody z VAT-u już teraz są jedną z podstaw do wyliczania składki, jaką państwo przekazują do unijnej kasy. A gdyby ten system uprościć? Otwarcie powiedzieć, że część (np. 1 pkt. proc.) JUŻ płaconego VAT-u to podatek europejski? I pokazać to na każdym paragonie, każdej fakturze? Tak samo, jak w niektórych państwach pokazuje się na paragonach opłatę recyklingową, też obowiązkowo płaconą?
BlogUE podkreśli to jeszcze raz: tu nie chodzi o to, żeby do obecnych stawek VAT-u - ustalanych przez rządy i parlamenty - dodać dodatkowe parę punktów procentowych VAT-u unijnego. Tu chodzi o podzielenie. Że 21 proc. jest narodowe, a pozostały 1 pkt. proc. - unijny. ”Cząstka unijna” byłaby nadal zbierana przez urzędy skarbowe, ale od razu transferowana do kasy unijnej, już bez żadnych dodatkowych przeliczeń, odliczeń, mnożników i odejmowania.
Z obliczeń Komisji wynika, że przy stawce 1 proc., ten podatek przyniósłby ok. 41 mld euro rocznie. Gdyby do tego dodać dochody z aukcjonowania uprawnień do emisji CO2 (pamiętajmy, że te aukcje są już przesądzone, i będą działać w ramach unijnego systemu handlu emisjami ETS) - budżet unijny miałby zagwarantowane dochody roczne na poziomie 80 mld euro. Byłoby od czego zacząć.    
Ale się rozpisałem. A prawda jest taka, że wszystkie te propozycje najprawdopodobniej zostaną wyrzucone do kosza. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że rządy ostatecznie zdecydują się na utrzymanie status quo. No bo po co im Unia z budżetem niezależnym od ich widzimisię?

 
1 , 2 , 3 , 4
wyborcza.pl
Konrad Niklewicz

Konrad Niklewicz, od ponad 10 lat dziennikarz i redaktor „Gazety Wyborczej”. Od ośmiu lat w dziale gospodarczym, w latach 2005 - 2007 był korespondentem „Gazety” w Brukseli.
dowiedz się więcej »

Follow konradniklewicz on Twitter
top | © Agora SA | design by kate_mac