Co się dzieje w Unii Europejskiej? Autorski przegląd najważniejszych spraw i wydarzeń z życia wspólnoty.
czwartek, 30 września 2010

Raz na jakiś czas blogUE lubi sprawdzić, czym zajmują się przedstawiciele polskich wyborców w Parlamencie Europejskim. Jest to o tyle ułatwione zadanie, że sami europosłowie lubią o tym opowiadać, rozsyłając dziennikarzom komunikaty prasowe.
Właśnie dostałem kolejny pakiet. Cóż w nim wyczytałem? ”Tomasz Poręba i Michał Kamiński (PiS/EKR) wystosowali do Komisji Europejskiej zapytanie pisemne, w którym dociekają czy podjęta została decyzja w sprawie ustanowienia dnia 25 maja Europejskim Dniem Bohaterów Walki z Totalitaryzmami. Inicjatywa Tomasza Poręby stanowi kolejny etap akcji społecznej Przypomnijmy o Rotmistrzu [Witoldzie Pileckim - blogUE], zapoczątkowanej w styczniu 2008 roku przez Fundację Paradis Judeorum i prowadzonej w poprzedniej kadencji PE przez ówczesną europosłankę PiS Hannę Foltyn Kubicką.”
Tyle jeśli chodzi o pierwszy presrilis.
Teraz drugi, o aktywności europosła Konrada Szymańskiego, który, cytuję, „przekazał dziś do Komisji Europejskiej interpelację w sprawie uprawnień Kościoła, a także innych organizacji publicznych i prywatnych, których etyka opiera się na religii do "wymagania od osób pracujących dla nich działania w dobrej wierze i lojalności wobec etyki organizacji."
Pytanie europosła Szymańskiego jest dość rozbudowane: Czy szkoła katolicka w Państwie Członkowskim UE odmawiając zatrudnienia osoby, która publicznie deklaruje swój homoseksualizm łamie prawo Unii Europejskiej w zakresie niedyskryminacji? W szczególności, czy taka odmowa jest naruszeniem zasad wyżej wymienionej dyrektywy Rady 2000/78/WE? Na czym polega w świetle prawa UE prawo Kościoła, a także innych organizacji publicznych i prywatnych, których etyka opiera się na religii do "wymagania od osób pracujących dla nich działania w dobrej wierze i lojalności wobec etyki organizacji."? Czy Komisja Europejska planuje zmiany w statusie prawnym Kościoła, a także innych organizacji publicznych i prywatnych, których etyka opiera się na religii w zakresie wyżej wymienionych rozwiązań prawnych dotyczących dyskryminacji ze względu na orientację seksualną?
Europoseł tłumaczy, dlaczego o to pyta: «W czasie kampanii na rzecz odwołania Minister Elżbiety Radziszewskiej wielokrotnie stawiano zarzut, że prawo szkoły katolickiej do odmowy zatrudnienia osoby homoseksualnej stoi w sprzeczności z prawem Unii Europejskiej. Wbrew tym obiegowym opiniom, dyrektywy UE dostrzegają potrzebę specjalnych wyłączeń zasad niedyskryminacji wobec instytucji religijnych. Są one zapisane w kluczowej dyrektywie o niedyskryminacji w miejscu pracy. Są też zapisane w uzasadnieniach aktów prawnych, które KE wysyła do Parlamentu. Zadałem to pytanie, by uzyskać od Komisji oficjalną interpretację», mówi Szymański.
Interpelacja ma charakter priorytetowy. Komisja Europejska ma 3 tygodnie na odpowiedź.
A czym zajmują się europosłowie PO? Oj, strach mówić. Na pewno nie tak istotnymi rzeczami, jak w przypadku kolegów - europosłów z frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Taki np. europoseł PO Bogusław Sonik odebrał właśnie tytuł „Europosła Roku” - przyznawany przez brukselski miesięcznik "The Parliament Magazine". Nagroda od lat jest wręczana szczególnie pracowitym (i skutecznym!) europosłom. Sonik dostał tytuł w katagorii ”Energia”. Dlaczego akurat w tej? Jest wiceprzewodniczącym komisji ochrony środowiska PE, w której zasiada od 2004 roku. Jest opiniodawcą do sprawozdania ws. bezpieczeństwa dostaw gazu, członkiem delegacji PE na szczyty klimatyczne.

Jednym słowem:  jakimiś duperelami się zajmuje.

Komisja Europejska wszczęła postępowanie dyscyplinujące (infringement procedure) przeciwko Francji, wyrzucającej Romów.
Zanim jednak obrońcy praw mniejszości (piszę to bez żadnej złośliwości!) odtrąbią zwycięstwo, warto, żeby zerknęli do szczegółów decyzji Komisji.
Otóż de facto Francja nie została przywołana do porządku za dyskryminowanie i wyrzucenie 8 tys. Romów. Nie, Komisja zarzuca jej wyłącznie to, że… nie wdrożyła wszystkich unijnych przepisów dotyczących swobody przepływu osób do swojego prawa. Teraz Paryż ma 2 tygodnie na wyjaśnienia. Jeśli przekona Brukselę, że owszem, wdrożył (albo za chwilę wdroży) – to wówczas całej sprawie zostanie ukręcony łeb.
- The Commission would act unless draft transposition measures and a detailed transposition schedule are provided by 15 October 2010 – stwierdza komunikat służb prasowych KE.

W piątek blogUE ma się spotkać z odpowiedzialną za sprawy Romów komisarz Viviane Reding. Dopytam, o co chodzi z tym niby-postawieniem Francji pod tablicą.
A póki co przypomnę: zgodnie z obowiązującymi w UE przepisami, państwo ma prawo wydalić ze swojego terytorium innego obywatela Unii jeśli stwarza on zagrożenie publiczne lub jest obciążeniem dla systemu opieki społecznej (bo nie ma stałej pracy lub innego, legalnego źródła utrzymania). Działania wobec osób – obywateli UE muszą być jednak proporcjonalne do skali problemu i w żaden sposób nie mogą dotyczyć wybranych grup etnicznych, religijnych itp.

07:09, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (13) »
środa, 29 września 2010

Szanownych czytelników bloga serdecznie przepraszam za chwilę prywaty, ale rzecz jest tego warta.
Przez ostatnie kilka miesięcy w ”Gazecie Wyborczej” - w tym także na kolumnach lokalnych - publikowaliśmy cykl tekstów informacyjnych o funduszach europejskich. Ten cykl właśnie powolutku się kończy, w środę ukazał się jego ostatni ”lokalny” odcinek (a w następnych dniach ukażą się ostatnie teksty na stronach głównych „GW”).
To było bardzo niecodzienne przedsięwzięcie. Nie udałoby się go zrealizować, gdyby nie świetna współpraca i wysiłek kilkudziesięciu dziennikarzy i redaktorów z Warszawy i wszystkich redakcji regionalnych.
W tej notce chciałby bardzo, bardzo serdecznie podziękować wszystkim uczestnikom tego projektu (wymienię w kolejności przypadkowej, bo wszystkim chcę dziękować tak samo): Agacie Żelazowskiej-Cieśli, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Wojtkowi Bartkowiakowi, Beacie Widłok-Żurek, Jerzemu Połowniakowi, Wojciechowi Jachimowi, Grażynie Gugała-Gubernat, Dorocie Przerwie, Marcinowi Sztanderze, Wojtkowi Pelowskiemu, Ani Kwiatkowskiej, Irkowi Domańskiemu, Sandrze Federowicz, Hubertowi Woźniakowi, Dominice Olszewskiej, Magdalenie Spiczak-Brzezińskiej, Piotrowi Wołkowskiemu, Lucynie Róg, Jackowi Hołubowi, Robertowi Ogłodzińskiemu, Andrzejowi Kraśnickiemu, Małgorzacie Bujarze, Magdalenie Ciepielak, Lechowi Bojarskiemu, Arkadiuszowi  Kuglarzowi, Kubie Wojtczakowi, Danucie Majce, Bartłomiejowi Kurasiowi, Ziemkowi Nowakowi, Wojtkowi Tymowskiemu, Przemkowi Jedleckiemu, Michałowi  Jamrożowi, Wojtkowi Karpieszukowi, Małgosi Zubik, Lidii Kilińskiej, Elizie Kwiatkowskiej, Tomkowi Haładyjowi, Jackowi Gałęzewskiemu i Kubie Medkowi.
Jeśli kogoś zapomniałem wymienić (co nie daj Bóg!), to wybaczcie. I dajcie znać, tak bym natychmiast dopisał do listy zasłużonych.

Trawestując słowa byłego premiera Wielkiej Brytanii: ”nigdy jeszcze tak wielu nie zrobiło tak wiele dla tak wielu”.

Dziękuję!

16:10, konrad.niklewicz
Link

Pamiętacie holenderskiego eks-komisarza ds. rynku wewnętrznego Fritsa Bolkesteina?
Pewnie nie pamiętacie, To ten polityk, który wpadł na gienialny w swej prostocie plan uwolnienia rynku usług w Europie - zaproponował wprowadzenie zasady kraju pochodzenia, działającej analogicznie jak w przypadku dóbr materialnych (tak jak każda rzecz, dopuszczona do obrotu w jedynym państwie UE musi być automatycznie dopuszczona w innych krajach wspólnoty, tak samo dopuszczane powinni być usługodawcy). Niestety, liberalny i sensowny pomysł Bolkesteina został zniszczony przez innych europejskich polityków. Ostatecznie przyjęta wersja dyrektywy usługowej to nędzne popłuczyny.
tyle tytułem przydługiego wstępu.
Przypominam o Bolkesteinie, bo on znów powiedział coś bardzo sensownego. Komentując zbliżającą się środę paneuropejskich protestów związkowych, Bolkestein powiedział: -  The party is over. We shall all have to work longer and harder, more hours in the week, more weeks in the year, and no state pension before the age of 67. (Cytat za agencją AP).
Ano właśnie, Panie i Panowie związkowcy. Zabawa się skończyła, ale wy najwyraźniej uważacie, że dodatkowe bogactwo można sobie wydeptać na ulicy. Bo jak wiadomo, od głośnych krzyków, gwizdów i buczenia pieniądze same na drzewie wyrosną. A europejskie krowy zaczną srać grudkami złota.

wtorek, 28 września 2010

Z nieukrywaną satysfakcją odnotowuję, że Polska umacnia się na pozycji ”pierwszego biorcy” pieniędzy unijnych w całej wspólnocie.
Z sprawozdania finansowego (za rok 2009), przedstawionego we wtorek w Brukseli wynika, że cały zeszłym roku byliśmy na plusie 6,5 mld euro. To kwota to różnica między sumą wypłaconych nam funduszy europejskich (strukturalnych, spójnościowych i rolnych) a wielkością składki, wpłaconej do budżetu.
Dotychczasowi liderzy tego zestawienia: Grecja, Hiszpania. Hiszpanie, przykładowo, zainkasowali 1,8 mld euro netto. Grecy bodajże coś około 6 mld.
Ale wyzwólmy się na chwilę z tego narodowego patrzenia na budżet, popatrzmy raczej na wydatki z perspektywy poszczególnych sektorów gospodarki.
W komunikacie Komisji czytamy: ”Z funduszy UE w ramach programu na rzecz konkurencyjności i innowacji skorzystało ponad 34 000 małych i średnich przedsiębiorstw. /.../ Szacuje się, że w latach 2007–2008 dzięki funduszom UE udało się stworzyć lub zachować ponad 200 000 miejsc pracy. Ponadto z programu Erasmus sfinansowano ponad 300 000 stypendiów wspierających mobilność, które objęły 4000 uniwersytetów”.
Magia wielkich liczb działa, nieprawdaż? - Ponad 30% budżetu na 2009 r. zostało przeznaczonego na odnowę gospodarczą i wzrost. Każde euro, które inwestujemy w nasze regiony, może dzięki „efektowi dźwigni” pozwolić uzyskać środki dwu- lub trzykrotnie większe. To właśnie w ten sposób dzięki budżetowi UE dokonujemy rzeczywistych zmian - podkreśla komisarz ds. budżetu Janusz Lewandowski.
Dając w 2009 r. blisko 12 mld euro pomocy humanitarnej, dla ok. 140 krajów, Unia stała się drugim największym na świecie ofiarodawcą pomocy rozwojowej. (Zagadka: kto jest pierwszym?). - ”W 2009 r. ponad 150 mln ludzi w 70 krajach otrzymało pomoc humanitarną i wsparcie żywnościowe UE. /.../ Jednym z największych odbiorców pomocy zewnętrznej jest Sudan (115 mln EUR). Wsparcie żywnościowe otrzymało 3,6 mln ludzi w Darfurze i 436 000 osób w południowym Sudanie. Oprócz tego ponad 5 mln ludzi skorzystało z opieki zdrowotnej, a 1,3 mln beneficjentów uzyskało możliwość dostępu do wody, usług sanitarnych i promocji higieny” - to znów komunikat Komisji.
Koszty związane z administracją wszystkich instytucji wyniosły 7,4 mld EUR, co stanowi 6,5 % wydatków ogółem.

A kto na te wszystkie wspaniałości płaci? Wróćmy na chwilę do narodowego spojrzenia. Jak co roku, głównym płatnikiem Unii w 2009 r. były Niemcy (wpłaciły do budżetu o 8,1 mld euro więcej niż z niego wyciągnęły). Francja zakończyła rok z wynikiem -4,8 mld euro, Wielka Brytania (I want my money back!) - 1,4 mld euro. BlogUE zaczyna już rozumieć wk..wienie Paryża na rabat brytyjski. 
Kto ma niedosyt informacji o wykonaniu budżetu Unii Europejskiej w 2009 r., tego zapraszam tutaj, do oficjalnego sprawozdania Komisji.

PS. Lewandowski dawał we wtorek do zrozumienia, że w środ Polska usyszy jeszcze jedną, dobrą wiadomość z Brukseli. Komisja Europejska ma się przychyli do polskiego postulatu uwzględnienia specyfiki OFE przy obliczaniu wielkości długu publicznego. Co ciekawe, podobne deklaracje - korzystne dla rządu Tuska - padły we wtorek z ust Jean-Claude Tricheta, szefa Europejskiego Banku Centralnego: - Paradoksem jest obecna, unijna metoda wyliczania zobowiązań finansowych związanych z funduszami emerytalnymi. Te państwa członkowskie, które w średnim i długim okresie mają najlepszą widoczność są karane w procedurach księgowych. Zgadzam się, że mamy poważny problem. Obecny sposób, w jaki liczymy deficyt jest niesprawiedliwy - powiedział Prezes Europejskiego Banku Centralnego Jean-Claude Trichet w odpowiedzi na pytanie posła Sławomira Nitrasa (PO) ws. zasad naliczania długu publicznego. Kroi się kolejny, unijny sukces? ***

 

*** od razu pragnę wszystkich uspokoić: blogUE zdaje sobie sprawę, że zmiana sposobu liczenia długu nie czyni nas od razu bogatszymi - bo problemu nie rozwiążemy w księgowych szachu-machu. Ale ta sprawa pokazuje, że jak się czegoś bardzo chce, i ma się w ręku jakieś argumenty, to można w Brukseli sporo ugrać.

Nieco ponad rok temu blogUE rozmawiał z prof. Norbertem Walterem, głównym ekonomistą Deutsche Banku. Wywiad utkwił mi w pamięci, bo Walter powiedział kilka ważnych słów, która akurat dziś mi się przypominały: - Na pewno nie będzie powrotu do business as usual. Nasza siła nabywcza spadnie. Zmienią się regulacje finansowe. I zmienią się zyski, jakie będzie można osiągnąć na rynkach finansowych. W najlepszym scenariuszu zyski z inwestycji rynkowych (w akcje, obligacje itp.) spadną - w porównaniu z okresem przed kryzysem - o jedną trzecią. Ale równie dobrze mogą spaść o połowę. Zamiast zarabiać rocznie np. 7 proc., będziemy mówili o zyskach na poziomie 3,5-4 proc. I to będzie miało bardzo konkretne konsekwencje dla naszego życia, bo jeśli będę chciał zgromadzić odpowiednio dużo środków na emeryturę, będę musiał albo pracować dłużej, niżbym pracował przed kryzysem, albo będę musiał więcej oszczędzać - ograniczając konsumpcję - powiedział.

Dodał też: - Sytuacja mogłaby się zmienić, ale to by wymagało całkowitej zmiany nastawienia społeczeństw europejskich. Europejczycy (zwłaszcza młodzież, studenci) musieliby zacząć pracować w czasie wakacji letnich. Musielibyśmy w dużo większym stopniu niż dziś wykorzystać na rynku pracy umiejętności kobiet, dać im dokładnie takie możliwości zatrudnienia jak mężczyznom, bo dziś tego nie robimy. Musielibyśmy skłonić naszych dziadków, żeby zajęli się opieką i wychowaniem naszych dzieci. Jest jeszcze jeden sposób, bardzo potężny, by przyspieszyć wzrost gospodarczy w Europie: musielibyśmy przekonać Europejczyków, żeby zgodzili się pracować do 70. roku życia, a nie do np. 50. jak np. kolejarze we Włoszech czy Francji. Jeśli Europejczycy wolą wypoczywać, zamiast pracować, to niech się pogodzą ze wzrostem PKB 1 proc. rocznie.

Dlaczego akurat dziś mi się to przypomina? Ano dlatego, że środa (29 września) ma być ”europejskim dniem strajków”. Ulicami wielu stolic mają przejść demonstracje, a w Brukseli ma się odbyć ”matka-wszystkich-demonstracji” - stutysięczny protest ”Przeciwko zaciskaniu pasa” (”Non a l'austérité” - głosi hasło na środę wymyślone przez europejską konfederację związków zawodowych ETUC-CES). Więcej informacji - tutaj

Jak widać, do związkowców jeszcze nie dotarło, że słodkie czasy skończyły się raz na zawsze. I że teraz będzie po prostu trzeba znacznie ciężej pracować, żeby swój dobrobyt (zazwyczaj zasłużony) utrzymać. Szkoda, że cały czas wolą uciekać w bełkot. - Les responsables de la crise, les banques, les marchés financiers et les agences de notation financere, prompts a en appeler au secours des Etats et des budgets publics, veulent aujourd'hui faire payer aux travailleurs le coűt de la dette qu'ils ont provoquée - raczył stwierdzić Jean-Claude Mailly, sekretarz generalny komunistycznej centrali związkowej Force ouvriere (FO). [W wolnym tłumaczeniu: - Prawdziwi odpowiedzialni za kryzys, banki, rynki finansowe i agencje ratingowe, które łatwo potrafią prosić o pomoc finansową rządów, dziś chcą żeby to pracownicy zapłacili za dług, który oni stworzyli]. Czy naprawdę nikt nie może wytłumaczyć panu Mailly, że katastrofalne zadłużenie państw europejskich (czyli ”the przyczyna” obecnych problemów gospodarczych) bierze się nie z chciwości ”bankierów”, ale z faktu, że rządy próbują przypodobać się wyborcom, takim jak pan Mailly, chcącym coraz mniej pracować, a coraz więcej konsumować? Ciemność widzę, ciemność.

PS. Tylko trochę pociesza mnie fakt, że unijne rządy są już bliskie kompromisu w sprawie nowych sankcji dla państw łamiących unijne zasady dyscypliny budżetowej. Jak rozumiem z najnowszych informacji, Paryż i Berlin spierają się już ”tylko” o to, jak bardzo sankcje mają być automatyczne. W środę - gdy na zewnątrz będą szły demonstracje - Komisja Europejska ma przedstawić dokładny plan, jak nowe mechanizmy dyscyplinujące będą wyglądać. Druga dobra wiadomość jest taka, że rządy unijne w grudniu powinny dogadać się w sprawie pan-europejskiego ”podatku bankowego” oraz w sprawie kar dla agencji ratingowych (gdyby miało im się zdarzyć, że popełniają poważne, merytoryczne błędy w swojej praktyce - tak jak ostatnio, gdy oceniły wiarygodność Grecji zanim jej rząd przedstawił szczegóły planu naprawczego).

poniedziałek, 27 września 2010

Liczyliście na to, że dzięki „inicjatywie obywatelskiej” będzie można zlikwidować strasburską siedzibę Parlamentu Europejskiego? Wprowadzić legalizację miękkich narkotyków w całej Unii Europejskiej? Albo w całej Unii umożliwić handel w niedzielę?
No to liczcie dalej.
Europejska Inicjatywa Obywatelska - która zacznie działać prawdopodobnie w pierwszej połowie 2011 r. - nie załatwi żadnej z tych rzeczy. Choćby pod odpowiednim wnioskiem zebrało się i 10 milionów podpisów. Wszystko wskazuje na to, że ten mechanizm prawny będzie tak skonstruowany, by przypadkiem obywatele nie mieli zbyt dużo do powiedzenia.
Koncepcja oddania im głosu narodziła się jeszcze w trakcie prac nad traktatem konstytucyjnym (dziś znanym pod nazwą Traktat Lizboński). Politycy europejscy wymyślili, że dając obywatelom możliwość bezpośredniego wpływu na unijne prawo – dodadzą Unii „demokratyczności” i zarazem atrakcyjności.
Idea była bardzo ogólna, więc teraz Komisja i Parlament Europejski próbują oblec je w ciało. Co w praktyce oznacza ograniczanie możliwości, jakie EIO miałaby mieć.
W tej chwili pomysł (w wersji opracowanej przez KE) wygląda tak: grupa obywateli, przekonana, że coś w Unii trzeba zmienić, tworzy „komitet organizacyjny”. Po zebraniu 100 tys. podpisów inicjatywa obywatelska może zostać zarejestrowana – w Komisji Europejskiej. Komisja sprawdza pomysł i orzeka, czy taka propozycja jest prawnie dopuszczalna. Jeśli jest – organizatorzy mają rok, żeby zebrać milion podpisów w różnych krajach UE. Jeśli zbiorą, Komisja Europejska uruchomi procedurę legislacyjną – oczywiście bez żadnych gwarancji sukcesu.
Pies jest pogrzebany w słowach „Komisja orzeka”. - Prawdopodobnie większość inicjatyw zostanie odrzucona – przyznaje Rafał Trzaskowski, europoseł PO z komisji konstytucyjnej Europarlamentu (to ona pracuje nad formą prawną EIO). Powodów odrzucenia jest legion.
Inicjatywa ws. Siedziby PE w Strasburgu zostanie odrzucona, bo EIO nie może zmieniać traktatów (a Strasburg jest w traktat wpisany). Inicjatywa w sprawie miękkich narkotyków polegnie, bo polityka karna (wymiar sprawiedliwości) nie jest „kompetencją Unii Europejskiej” (to królestwo rządów). Zaś handel w niedzielę zostanie odrzucony, bo przecież działa zasada subsydiarności – UE interweniuje tylko wówczas, gdy na szczebli bardziej lokalnym sprawy się nie da załatwić (a akurat handel się da uregulować). I tak dalej i tak dalej. – No i mamy problem. Bo zostały rozbudzone zbyt duże oczekiwania – mówi Trzaskowski.

Także proponowane procedury dla EIO mogą być dość żmudne. Przykładowo, Komisja Europejska zaproponowała jakiś wielostronicowy formularz do podpisywania; europosłanka Różna Thun proponuje, żeby to uprościć – ale zarazem postuluje, by komitet organizacyjny składał się z co najmniej dziewięciu osób fizycznych – każda z innego państwa Unii (Thun proponuje też, by w komitecie organizacyjnym nie mogli zasiadać wybrani i kandydujący politycy). Nadal nie rozstrzygnięte jest też to, w jaki sposób będzie można wykorzystać Internet do zbierania podpisów (problem z weryfikacją) ani to, w jakim wieku mają być sygnatariusze (np. Thun proponuje, żeby to było 16 lat).
Na koniec, jeszcze jedno: Thun i Trzaskowski już teraz ostrzegają, że EIO zapewne będą nadużywane przez lobbystów – wielkie koncerny. Bo to one mają pieniądze na prawników, organizację żmudnych akcji zbierania podpisów i na reklamę w mediach.

Ostateczne stanowisko Europarlamentu w sprawie EIO poznamy w grudniu. (Uwaga! Jego stanowisko nie jest dla rządów UE wiążące).*** Węgrzy mają nadzieję, że Rada podejmie decyzję w czasie ich prezydencji. Może w lutym, może w marcu 2011 r.

 

***Ważny Update 28.09 10.30 Skontaktował się ze mną Rafał Trzaskowski, jeden z europosłów zajmujących się inicjatywą obywatelską - i wyprowadził mnie z błędu. Otóż opinia PE w sprawie EIO - gdy już zostanie oficjalnie przyjęta na posiedzeniu plenarnym PE - to będzie dla Rady wiążąca. To akurat dobra wiadomość: posłowie próbują 1. uprościć procedury EIO 2. dać im więcej ''kopa''

piątek, 24 września 2010

Za mało wolności gospodarczej? Za mało Unii w Unii? Podziękujemy rządom. Po raz dwatysiącepięćsetsześćdziesiątytrzeci okazało się, że rządy krajów Unii Europejskiej nie potrafią respektować nawet tych przepisów o wspólnym rynku, które - teoretycznie - od dawna obowiązują.
Komisja Europejska sprawdziła ostatnio, czy poszczególne państwa wzajemnie respektują kwalifikacje zawodowe. No i wyszła kicha. "Z badań wynika, iż obywatele podejmujący pracę w innym państwie członkowskim nie spodziewają się trudności przy uznawaniu ich kwalifikacji zawodowych. Rzeczywistość jednak często koryguje te wyobrażenia. W 30 proc. przypadków zgłoszonych Komisji wnioski obywateli o uznanie ich kwalifikacji zostały pierwotnie odrzucone. Osoby te zmuszone były przejść dodatkowe testy lub też oficjalnie odwoływać się od tej decyzji" - czytamy w komunikacie Komisji.
A przecież dyrektywa o uznawaniu kwalifikacji zawodowych (2005/36/WE) powstała pół dekady temu!
- Jeśli chcemy w pełni wykorzystać potencjał rynku wewnętrznego, europejskie przepisy poprawiające jego funkcjonowanie muszą być wdrażane w państwach członkowskich prawidłowo i z zachowaniem stosownych terminów - przypomniał w czwartek unijny komisarz ds. rynku wewnętrznego Michel Barnier.
Wołanie na puszczy. Rządy jak zwykle wiedzą lepiej.

czwartek, 23 września 2010

Nie wytrzymam. Wiem, że to nie jest tematyka tego bloga, ale po prostu nie wytrzymam: rzadko się zdarza, żeby w trakcie jednego procesu, aż na trzy różne sposoby wyszła cała mizeria intelektualna - i skłonność do rozpowszechniania nieprawdziwych informacji - szefa największej partii opozycyjnej w Polsce.
Rzecz jest o tyle aktualna, że powiązana z kampanią samorządową, która blogUE bardzo leży na sercu. I dotyczy wizerunku Warszawy jako jednego z europejskich miast - co też blogUE leży na sercu (choć ma piękne Puławy w dowodzie).
Otóż wiosną 2009 r. Jarosław Kaczyński był łaskaw powiedzieć mediom: ”Zdumiewająca rzecz, że pan Donald Tusk nie skłania pani prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz, żeby odebrała te pół miliarda złotych, które ITI otrzymuje na stadion. Poza tym te dwa stadiony (Narodowy i Legii) są od siebie oddalone o 3,8 tys. metrów i ten drugi nie jest specjalnie potrzebny” (cytat przytaczam za Polską Agencją Prasową, podobnie jak większość informacji w tej notce).

Gdy te słowa dotarły do zarządu ITI, reakcja była błyskawiczna: spółka wytoczyła Kaczyńskiemu proces cywilny "w związku z jego działaniami dyskredytującymi grupę ITI". - "Skala i częstotliwość powtarzanych kłamstw oburza i dowodzi, że jest to efekt zamierzonych działań, prowadzonych przez polityków PiS" - uznał koncern.
Fakty bowiem są takie: stadion Legii nie został darowany ITI. Jest i po wsze czasy będzie własnością miasta. Nieprawdą jest też jakoby ITI dostało jakąkolwiek pieniądze na budowę stadionu. Na odwrót: to ITI płaci miastu za użytkowanie. Płaci sowicie: zawarta do 2029 r. umowa dzierżawy przewiduje 3,7 mln złotych czynszu rocznie plus wszystkie (podkreślam: wszystkie) koszty funkcjonowania stadionu i utrzymania go w idealnym stanie technicznym. Dodatkowo, w ramach umowy z miastem, ITI przekazał miastu wart 10 mln zł projekt architektoniczny przebudowy stadionu. - "Standardem jest, że stadiony budują samorządy, a dzierżawione są one przez kluby" - zaznaczył zeznający w czwartek świadek, Janusz Kopaniak (dyrektor stołecznego ośrodka sportu i rekreacji - to on zarządza w imieniu miasta stadionem).

Stadion już teraz służy miastu. Czytelnikom bloga spoza Warszawy powiem, że to właśnie na nowym stadionie Legii rozpoczęły się (i tam, obok stadionu, się zakończą) Igrzyska Olimpiad Specjalnych, impreza ze wszechmiar zacna, bardzo międzynarodowa i służąca budowie wizerunku Warszawy jako ”miasta przyjaznego”.

Co więcej, kłamstwem jest jakoby budowa stadionu kosztowała 460 mln złotych (to o tym ”półmiliardzie” raczył mówić prezes). Otóż jak zeznał w czwartek świadek, gmina Warszawa może odzyskać VAT. A więc koszt netto rozbudowy stadionu zamknie się kwotą 374 mln łotych. To mniej niż kosztuje budowa porównywalnych obiektów w innych miastach Polski!

I po trzecie wreszcie. ITI, chcąc ostatecznie pognębić prezesa Kaczyńskiego, zapytała w trakcie dzisiejszej rozprawy, kto faktycznie wydał decyzję o budowie nowego stadionu Legii.
Słysząc to pytanie, pełnomocnik prawny Kaczyńskiego (który do sądu oczywiście się nie pofatygował) poderwał się i próbował protestować, mówiąc, że to nie jest ważne dla sprawy.
Bo wiedział, co za chwilę się stanie.
Świadek Kopaniak zeznał: "To było za kadencji Lecha Kaczyńskiego”.

 

PS. A komu jeszcze mało, niech koniecznie zajrzy na bloga Wojtka Orlińskiego, który wytyka jeszcze jeden grzech Prawych i Sprawiedliwych.

Tagi: Polska
12:02, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (21) »
środa, 22 września 2010

Parlament Europejski przyjął w środę raport nt. własności intelektualnej w świecie online. Na długo przed głosowaniem, dokumnet przygotowany przez Marielle Gallo (francuską eurodeputowaną z partii UMP) wywoływał kontrowersje, zwłaszcza w środowisku, które portal EUobserver trafnie określił mianem „civil liberties activists”.
BlogUE nie bardzo rozumie dlaczego. To już kolejny raz, gdy szukają dziury w całym – ja w tym raporcie naprawdę nie widzę nic groźnego, na odwrót: jest raczej zbiorem ogólników i oczywistości.

Protesty wydają mi się tym bardziej kuriozalne, że raport Gallo zawiera kilka propozycji, które nam, konsumentom produktów (usług) branych z sieci bardzo się przysłużą. Przykładowo, raport stwierdza, że Komisja Europejska powinna jak najszybciej zająć się sprawą harmonizacji przepisów o prawie autorskim i licencji multiterytorialnej, która znacznie ułatwiłaby sprzedaż np. muzyki w Internecie. I jeszcze taka propozycja z raportu Gallo: "the 'private copy' should be seen as an exception to intellectual property rights.  They want individuals who copy originals for private use not to have to prove that their copies are legitimate". Czego chcieć więcej? Kto chce, niech sam poczyta tutaj 

Gallo domaga się (i pewnie to wzburzyło aktywistów) przykręcenia śruby internetowym piratom. "Online piracy is an infringement of copyright and causes serious economic damage to artists, to creative industries and to all those whose jobs depend on these industries" – napisała Francuzka. Jej zdanie poparło 328 eurodeputowanych (w tym cała PO, zasiadająca w tejsamej grupie politycznej co Gallo). Przeciw było 245 europosłów.
Gallo nie napisała w swoim raporcie, jak unijne władze mają walczyć z piratami. Nie sugeruje,  żeby np. w całej Unii powielić przepisy obowiązujące we Francji (słynne prawo “Hadopi”). Ale aktywiści wiedzą swoje. - The Gallo report is an illustration of the will of the entertainment industry to try to impose private copyright police and justice of the Net – mówi Jérémie Zimmermann, rzecznik pozarządowej organizacji Quadrature du Net, cytowany przez EUobservera.
A skoro już o piractwie wspominamy. Trzeba coś będzie wkrótce napisać o międzynarodowych negocjacjach ACTA, które potencjalnie mogą się okazać dla internetowych voyous groźniejsze niż jakakolwiek rezolucja Europarlamentu.   „The latest version of the agreement, which was leaked after the Washington negotiations at the beginning of September leaves out an earlier reference to a three-strikes ban” – pisze mój ulubiony portal.
Skala złożoności i skomplikowania negocjacji ACTA trochę mnie jednak przerasta. I przeraża.

21:25, konrad.niklewicz , Społeczeństwo
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2 , 3 , 4
wyborcza.pl
Konrad Niklewicz

Konrad Niklewicz, od ponad 10 lat dziennikarz i redaktor „Gazety Wyborczej”. Od ośmiu lat w dziale gospodarczym, w latach 2005 - 2007 był korespondentem „Gazety” w Brukseli.
dowiedz się więcej »

Follow konradniklewicz on Twitter
top | © Agora SA | design by kate_mac