Co się dzieje w Unii Europejskiej? Autorski przegląd najważniejszych spraw i wydarzeń z życia wspólnoty.
wtorek, 29 września 2009

BlogUE jest namiętnym czytelnikiem biuletynów znanego londyńskiego think-tanku Centre for European Reform (CER). W dość eurosceptycznej Wielkiej Brytanii, CER wygląda jak samotny bastion wielbicieli Unii, o ciętym języku i zdecydowanie liberalnych poglądach, tak w kwestiach gospodarczych, jak i ”światopoglądowych”. Lektura komentarzy i analiz  CER zawsze była przyjemnością także dlatego, że Panie i Panowie z think-tanku bardzo szybko reagowali na wydarzenia dziejące się w Unii i mające - potencjalnie lub na pewno - wpływ na życie wspólnoty.

I nie inaczej jest w przypadku najnowszego komentarza Katinki Barysch (wiceszefowej CER), piszącej o nowym rządzie Niemiec. Barysch przedstawia ciekawą propozycję: niech lider zwycięskiej FDP Guido Westerwelle weźmie tekę ministra finansów, zamiast ministra spraw zagranicznych - jak każe tradycja. Dlaczego? BlogUE pozwoli sobie zacytować najważniejsze tezy Barysch:
 
”Since taking over as FDP leader eight years ago, Westerwelle has worked hard to make his party appeal more to young voters and those fed up with the two big Volksparteien, the SDP and the CDU. Sunday’s result shows that he has been successful. But party political manoeuvring and a relentless quest for media attention have not left him much time to travel the world. Westerwelle does not have a lot of experience with foreign policy and his public statements on international issues so far do not add up to a coherent Weltanschauung.

Since the foreign minister and the chancellor always come from different parties, all vital foreign policy dossiers (relations with the US, Russia, China and so on) land directly on the chancellor’s desk. /.../ Therefore, the foreign minister should come from Merkel’s own party.

Westerwelle should move into the finance ministry instead. While the foreign policy part of the FDP’s manifesto is weak, it has strong positions on economic policy: it advocates open markets, less stringent hiring and firing rules, an effective competition policy, help for small enterprises and, most importantly, lower and simpler taxes. Westerwelle insists that he will not sign a coalition agreement that does not contain tax reform. But he also knows that with €1.6 trillion in public debt and a new law mandating a zero deficit by 2016, there is not much room for fiscal manoeuvre. The temptation to leave this balancing act to someone else and instead enjoy the international limelight will be strong. But if Westerwelle is serious about tax reform, he should install himself in the finance ministry and see it through as best he can.

Nic dodać, nic ująć. Pytanie, czy zachęcona wyborczym zwycięstwem kanclerz Angela Merkel będzie w stanie przeciwstawić się politycznej tradycji. To silna rzecz u naszych sąsiadów...

12:51, konrad.niklewicz
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 28 września 2009

iShuffleW styczniu wasz autor donosił, że Komisja Europejska bez zbędnego rozgłosu zaczęła konsultacje z ekspertami w sprawie... głośności przenośnych odtwarzaczy muzycznych, takich jak np. popularny iPod. Jak się okazało w poniedziałek, wspomniane konsultacje przyniosły owoc. Bruksela ogłosiła, że wprowadzi nowy unijny przepis, ograniczający maksymalne dopuszczalne natężenie dźwięku. Żaden odtwarzacz, sprzedawany na europejskim rynku, nie będzie mógł być fabrycznie zaprogramowany na słuchanie muzyki głośniejszej niż 80 decybeli.
Dla porównania, zwykła rozmowa w gronie kilku osób to dźwięk o natężeniu 60 dB (przy czym należy pamiętać, że natężenie dźwięku NIE rośnie liniowo, bo np.  wybuch petardy to ok. 160 dB, podczas gdy wybuch bomby atomowej - 220 dB -
dane podaję za wiki). Dlaczego Komisja w ogóle się tą sprawą zajęła? Bo to zaczyna być poważny problem zdrowotny. Ludzie, zwłaszcza młodzi, masowo psują sobie słuch, słuchając zbyt głośnej muzyki na przenośnych odtwarzaczach. - It can take years for the hearing damage to show, and then it is simply too late. These standards make small technical changes to players so that by default, normal use is safe - przekonuje unijna komisarz ds. konsumenckich Meglena Kuneva.
KE podkreśla, że posiadacze odtwarzaczy będą mogli je przeprogramować, tak, żeby zdjąć blokadę głośności. Ale nie będą potem mogli mieć do nikogo pretensji. - If consumers chose to over-ride the default settings they can, but there will be clear warnings so they know the risks they are taking - mówi Kuneva.

15:05, konrad.niklewicz
Link Komentarze (1) »

To już ostatnia prosta przed drugim referendum w Irlandii. Głosowanie w piątek. W sobotę sondaże wieszczyły zwycięstwo zwolennikom Traktatu Lizbońskiego. Z badania opublikowanego przez Sunday Business Post wynikało, że za przyjęciem Traktatu (wprowadzającego głębokie reformy w Unii Europejskiej) jest 55 proc. obywateli. Przeciw - 27 proc. A 18 proc. jeszcze nie wyrobiło sobie zdania.
Nieco mniej optymistyczny jest sondaż opublikowany w piątek przez dziennik „Irish Times”: na tak było „tylko” 48 proc. badanych. To jednak wciąż dużo, dużo więcej niż liczba przeciwników (oscylująca wokół 30 proc.).
Czyżby tym razem Irlandia - która uzyskała wiele ustępstw i specjalnych wyjątków w „poprawionej” wersji Lizbony - tym razem miała pójść po rozum do głowy?
Oby. BlogUE przypomina, że ten trik (ponowne referendum, po wyszarpaniu dodatkowych bonusów) już raz Irlandczykom się udało.
W 2001 r. kochani wyspiarze odrzucli obecnie obowiązujący Traktat Nicejski (choć wiedzieli, że to zablokuje rozszerzenie Unii) niewielką większością głosów. W 2002 r. zagłosowali ponownie i tym razem w 63-procentach powiedzieli „tak”.
Tak jak już wiele razy blogUE pisał, kryzys gospodarczy, który ciężko byłoby Irlandczykom jako-tako przeżyć bez pomocy ze strony reszty Unii, może się okazać czynnikiem decydującym. - Nous ne pouvons plus nous permettre le luxe de voter non - mówi Michael Marsh, politolog z Trinity College w Dublinie, cytowany przez AFP. (- Nie możemy już sobie pozwolić na luksus głosowania na „nie”.).
-  La crise a rendu la population plus consciente de l'importance de l'Europe - powiedział AFP Alan Barrett, ekonomista z Economic and Social Research Institute (ESRI) w Dublinie. (- Kryzys spowodował, że ludność stała się bardziej świadoma wagi Europy). Irlandczycy pamiętają, że to właśnie Europejski Bank Centralny uratował banki irlandzkie przed ogłoszeniem plajty, w najgorszym momencie kryzysu pożyczając im, bagatela, 120 mld euro. W chwili, gdy nikt inny na świecie nie chciał chwiejącym się irlandzkim bankom pożyczyć złamanego centa.

Niestety, wciąż może się jednak okazać, że ewentualne, irlandzkie „tak” dla Traktatu nie zakończy zabawy. Co prawda ratyfikacja w Niemczech jest już przesądzona * dokonana, zaś prezydent Lech Kaczyński publicznie zapowiedział, że traktat podpisze, gdy Irlandczycy go przyjmą... ale pozostaje jeszcze problem niejakiego Vaclava Klausa.
Chory z ambicji, wypięty na Unię Klaus już teraz jest namawiany przez chorego z ambicji, wypiętego na Unię Davida Camerona (przypomnę: lider opozycyjnych konserwatystów w Zjednoczony Królestwie), by traktatu nie podpisywać.
Cameron sufluje Klausowi, że jeśli traktat wciąż nie będzie ratyfikowany przez wszystkie kraje Unii, w momencie, gdy partia Camerona przejmie władzę - to wówczas da mu się (traktatowi, niestety) ukręcić łeb, bo Konserwatyści poddadzą dokument referendum w Wielkiej Brytanii.
No a ponieważ Wielka Brytania stała się ostatnio chorym człowiekiem Europy - to wynik takiego może być różny.
Oczywiście, jeśli po ewentualnym wygranym referendum w Irlandii Klaus zdecyduje się nie podpisywać traktatu, poddany zostanie gigantycznej presji. I wewnątrz (obie główne partie, ODS i socjaldemokraci, są za ratyfikacją), i z zewnątrz. Ale Klaus tak bardzo chce wejść do historii, że nawet gotów jest dom podpalić, żeby swój cel osiągnąć. Taki Czesi mają fart, że pożal-się-Boże Herostrates trafił się im na urzędzie prezydenckim...

* Pisząc ''przesądzona'', wasz autor mia oczywiście na myśli to, że już jest zrobiona. Prezydent Horst Koehler podpisał Traktat. Przepraszam za nieprecyzyjne sformułowanie.  

13:11, konrad.niklewicz
Link Komentarze (5) »
środa, 23 września 2009

C European Communities 2009Korzystny dla Polski wyrok w sprawie rozdziału uprawnień do emisji CO2 jest dla blogUE całkowitym, gigantycznym zaskoczniem. Wasz autor musi przyznać, że gdy w 2007 r. ówczesny minister środowiska Jan Szyszko decydował się na zaskarżenie decyzji do sądu unijnego - nie dawałem mu żadnych szans powodzenia.
Podobnie szans nie dawali eksperci. W korespondencji z Brukseli cytowałem np. taką wypowiedź Barbary Helfferich, rzeczniczki unijnego komisarza ds. środowiska Stavrosa Dimasa (to on był spiritus movens obcięcia Polsce limitów emisji CO2):
- Oczekujemy, że Polska zachowa się odpowiedzialnie. Skarga miałaby szanse powodzenia, gdyby Polska mogła udowodnić, że decyzja w jej przypadku jest dyskryminująca. A nie jest! - mówi Helfferich. Komisja podkreśla, że są państwa Unii, które same przedstawiły takie plany rozdziału pozwoleń, których nie trzeba było redukować, np. Francja (tylko 132,8 mln ton CO2 rocznie!) i Wielka Brytania (246,2 mln ton rocznie).
I kto teraz może się śmiać ostatni? Ano Jan Szyszko. PiS-owski minister środowiska, z którym niżej podpisany nie raz toczył publicystyczne boje - zwłaszcza o Dolinę Rospudy (choć akurat w tej sprawie wyszło, że Szyszko się mylił).
Unijny Sąd pierwszej Instancji nie zostawił suchej nitki na decyzji Komisji z 2007 r. Uzasadnienie wyroku - wzięte z komunikatu SPI - jest po prostu miażdżące:
Sąd stwierdził w istocie, że Komisja naruszyła prawo, odrzucając KPRU z uzasadnieniem, które sprowadza się do wskazania, iż istnieją wątpliwości co do wiarygodności danych wykorzystanych przez Estonię i Polskę.
Ponadto w przypadku, gdy Komisja decyduje się odrzucić zgłoszony KPRU, nie może ona domagać się pominięcia danych zawartych w  KPRU i zastąpienia ich już na wstępie danymi uzyskanymi na podstawie własnej metody oceny. Utrzymując, że na podstawie zasady równego traktowania w celu osiągnięcia zamierzonego przez dyrektywę celu powinna przyjąć i stosować tę samą metodę oceny KPRU dla wszystkich państw członkowskich, Komisja naruszyła margines swobody przyznany państwom członkowskim przez tę dyrektywę. Sąd zauważył, że zezwolenie Komisji na przyjęcie tej samej metody oceny KPRU dla wszystkich państw członkowskich oznaczałoby przyznanie jej nie tylko rzeczywistego uprawnienia unifikacyjnego w ramach wdrażania systemu handlu uprawnieniami, ale również centralnej roli w opracowaniu KPRU. Tymczasem ani takie uprawnienie unifikacyjne, ani tego rodzaju centralna rola nie zostały przyznane Komisji przez prawodawcę w dyrektywie w ramach przysługującego jej prawa do przeprowadzenia kontroli KPRU
”.

Po polskiej stronie pierś do orderów może jednak wystawić nie tylko Szyszko, ale także obecnie rządząca ekipa - z ministrem środowiska Maciejem Nowickim na czele. On też był przekonany, że decyzja Komisji z 2007 r., nakazująca nam odchudzenie KPRU, była niezgodna z prawem. Rząd PO-PSL konsekwentnie uczestniczył w procesie i nie przejął się, że na naszą (Polski) niekorzyść zdecydował się zeznawać nasz wspaniały, odwieczny i zawsze wierny sojusznik (ironia zmaierzona) - Wielka Brytania.

Teraz pozostaje tylko zastanowić się, co ten niespodziewany wyrok faktycznie oznacza dla Polski, dla polskich firm.

Czy Polska może teraz powrócić do starej, pierwotnej wersji planu rozdziału uprawnień do emisji CO2 na lata 2008 - 2012? Czyli rozdzielać uprawnienia do emisji 284 mln ton dwutlenku węgla rocznie, a nie tylko 208,5 mln ton? W międzyczasie okazało się, że wersja zredukowana KPRU (208,5 mln ton CO2) jakoś starcza. Głównie ze względu na kryzys - emisje znacząco spadły. To zaś oznacza, że jeśli firmy zaczną teraz dostawać uprawnienia do emisji 284 mln ton CO2 rocznie, to tak jakby dostały do ręki nadwyżkę, którą mogą sprzedać na wolnym rynku, bo same jej nie potrzebują. Słowo ''jeśli'' jest kluczowe.

W chwili, gdy piszę te słowa, cena uprawnienia do emisji 1 tony CO2 na unijnym rynku wynosi 13,75 eurocentów. (Dane za portalem pointcarbon.com). Jeśli firmy dostaną 76 mln ton ”dodatkowych” uprawnień - to mówimy o 1045000000 euro! Oczywiście, rynek natychmiast zareaguje na wyrok Sądu Pierwszej Instancji. BlogUE spodziewa się, że wolnorynkowa cena uprawnień drastycznie spadnie - bo wszyscy będą antycypować, że zaraz na rynek spłynie lawina nowych papierów z Polski (i Estonii, która też wygrała swój proces z Komisją).
Tak czy siak, w ręce polskich firm za chwilę może (podkreślam: brakuje jeszcze pewności) wpaść wcześniejszy prezent gwiazdkowy - papiery warte wiele setek milionów euro.
Update 12.50. Rozmawiałem przed chwilą z Mikołajem Jaroszem, jednym z pięciu polskich prawników, którzy byli bezpośrednio zaangażowani w proces (p.Mikołaj osobiście reprezentował polski rząd na rozprawach). Mój rozmówca zaleca daleko idącą ostrożność. Owszem, przyznaje: - To pierwsza taka wygrana z Komisją przed unijnym sądem. Ale zaraz zastrzega: - Wyrok ETS wcale nie musi oznaczać, że Polska automatycznie będzie teraz mogła rozdawać firmom uprawnienia na emisję 284 mln ton CO2 rocznie (tak jak proponowaliśmy w 2006 r.). - Dziś, po tym wyroku, wracamy do punktu wyjścia. Komisja musi teraz ponownie rozpatrzyć polski KPRU. I wydać decyzję. Nie jest wykluczone, że Komisja Europejska znó spróbuje odrzucić nasz plan - posługując się inną, niż tą którą zakwestionował sąd, argumentacją prawną. Sąd powiedział Komisji: << nie możecie narzucać państwom własnej metodologii liczenia emisji>>. Ale może Komisja jest w stanie wykazać, że polski KPRU w inny sposób jest niezgodny z dyrektywą? - mówi rozmówca blogUE. - Prawda jest więc taka, że nie znamy faktycznych, gospodarczych konsekwencji tego wyroku. Musimy jeszcze poczekać. Jarosz sugeruje, że teraz najlepszym sposobem byłoby rozpoczęcie negocjacji z Komisją Europejską nad praktycznymi konsekwencjami wyroku ETS.

 Updade 13.30. Głos z siebie wydało też Ministerstwo Środowiska:  To orzeczenie pokazuje, że Trybunał dba o jednolite i prawidłowe stosowanie prawa wspólnotowego przez wszystkie podmioty, nie tylko państwa członkowskie. Ministerstwo Środowiska czeka na pełne uzasadnienie i wtedy podejmowane będą decyzje o tym, jakie dalsze kroki należy podjąć i jakie będzie to miało konsekwencje dla całego systemu, którego celem jest zredukowanie emisji CO2, a nie maksymalizacja kosztów tej redukcji. O tym jakie mogą zapaść decyzje w sprawie wyroku Sądu Pierwszej Instancji Wspólnot Europejskich zadecydują m.in. szczegółowe analizy zarówno ekspertów prawnych Komisji Europejskiej jak i Polski - czytamy w komunikacie.

Komisja Europejska ma dwa miesiące na odwołanie od wyroku.

 

 

 

 

11:44, konrad.niklewicz
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 21 września 2009

Farmer z krowąPolska dołącza do Francji, Niemiec (oraz szesnastu innych krajów UE) i żąda, by Komisja Europejska jak najszybciej interweniowała na rynku mleka.
Przyłączenie się do mlecznego obozu ogłosił w poniedziałek minister rolnictwa Marek Sawicki. Data bynajmniej nie była przypadkowa: tego dnia w Warszawie gościł francuski minister rolnictwa Bruno Le Maire.
To właśnie Francja - i sam Le Maire - najgłośniej domagają się, żeby Bruksela ”coś” zrobiła. Bo w ostatnich miesiącach na unijnym rynku dzieje się źle.
O ile w latach 2007 - 2008 na ”białym” rynku panowała hossa, Chiny kupowały każdą ilośc mleka i serów, a kraje Unii zaczynały narzekać na zbyt niskie limity produkcji mleka w ramach Wspólnej Polityki Rolnej, tak w ostatnich miesiącach sytuacja odwróciła się o 180 stopni. Chiny przestały kupować mleko, a jego cena runęła w dół - nawet o połowę, porównując do szczytu hossy. Dziś średnie cena litra mleka na rynku światowym to tylko 14,7 eurocenta. W 2007 r. wynosiła 32 eurocent. Analogicznie spadły ceny prodktów mlecznych (mleko w proszku: -49 proc., ser - 18 proc., masło - 39 proc. itp. itd.). W obliczu tak drastycznego spadku cen, nieprzygotowani farmerzy (którzy najwyraźniej oczekiwali, że ceny mleka nigdy nie spadną) stanęli przed widmem bankructwa. 
Żeby powstrzymać spadek cen mleka i jego przetworów na unijnym rynku, 19. europejskich rządów  domaga się zwiększonej interwencji rynkowej, wyższych dopłat eksportowych itp.
O ironio, to, czego teraz domagają się unijne rządy, nijak się ma do tego, co same uzgodniły - we współpracy z Komisją Europejską - niespełna przed rokiem. Wtedy (w listopadzie 2008 r.) ustalono, że najlepszą receptą na uzdrowienie rynku mleczarskiego będzie stopniowa liberalizacja rynku mleka - usunięcie limitów produkcyjnych i pozostawienie li tylko mechanizmów wolnorynkowych (począwszy od 2015 r.). Rządy najwyraźniej zmieniły zdanie, gdy wściekli rolnicy zaczęli im rozlewać hektolitry mleka przed drzwiami. Tak jak wczoraj w Belgii, Francji i Szwajcarii.
W Polsce - według danych GUS - spadek cen mleka w w ostatnich miesiącach nie był duży (tylko 0,2 proc. między lipcem i sierpniem). Ale już w skali całego roku - rolnicy na pewno poczuli go w kieszeni: rok temu mleko było prawie 10 proc. droższe. Prawdopodobnie więc propozycje rządowe polskim rolnikom się spodobają.
Za to na pewno nie spodobają się partnerom handlowym Unii. Na przykład Nowej Zelandii, która mleka produkuje mnóstwo, ale radzi sobie bez subwencji, bo jej producenci biorą na siebie ryzyko związane z wahaniem cen.
I, last but not least, ewentualna interwencja na rynku mleka na pewno nie spodoba się nam, konsumentom. Bo prędzej czy później doprowadzi do podwyżek cen.
Jak to w socjalizmie bywa.

18:21, konrad.niklewicz
Link Komentarze (2) »
piątek, 18 września 2009

Marianne To już oficjalna informacja: w 2008 r. Francja okazała się być dużo bardziej atrakcyjnym miejscem dla inwestorów niż Wielka Brytania. Ba, jest najatrakcyjniejszym miejscem do inwestycji w całej Europie: w ubiegłym roku  nad Sekwanę spłynęło aż 117 mld dolarów prywatnych inwestycji zagranicznych, podczas gdy do Wielkiej Brytanii - tylko 97 mld dolarów - wynika z najnowszego raportu U.N. Conference on Trade and Development (UNCTAD). Co ciekawe, Francja nie tylko bierze, ale także daje na zewnątrz. W 2008 r. Francja była także największym w Europie źródłem inwestycji „wypływających”. Wyeksportowała bowiem 220 mld dolarów, podczas gdy Niemcy - tylko 156 mld, zaś Wielka Brytania (z wynikiem 111,4 mld) spadła na trzecie miejsce.
Frankofilski BlogUE chętnie teraz podyskutuje z czytelnikami o przewagach francuskiej gospodarki. Zwłaszcza w czasach kryzysu, pokazującego, kto naprawdę jest mocny, a kto tylko udaje...

 

14:32, konrad.niklewicz
Link Komentarze (2) »
środa, 16 września 2009

...bonusy finansowe. Tak, żeby nie kusiło ich pakować banki w ryzykowne sytuacje.
Taką kontrowersyjną propozycję Unia Europejska może oficjalnie przedstawić na najbliższym szczycie G20 w amerykańskim Pittsburgu (24-25 wrześnień).
Unia chce, żeby na całym świecie została wprowadzona zasada, że wynagrodzenie kadry zarządzającej w bankach było uzależnione od wyników spółek - i żeby mogło być odbierane, jeśli bankierzy wpakują swoje spółki w tarapaty. UE chce też zakazać wynagradzania dyrektorów ”opcjami na akcje”, nieuzależnionymi od wyniku finansowego spółki i pozbawionych ograniczeń czasowych (co do sprzedaży). 
Wpisanie takiego postulatu do unijnego stanowiska na szczyt G20 w Waszyngtonie ma zostać oficjalnie zaklepane w czwartek, na nadzwyczajnym, jednodniowym szczycie Unii. Jednak już dziś informacja ”przeciekła” do mediów.

Z takiego obrotu sprawy najbardziej może być zadowolony prezydent Francji Nicolas Sarkozy. To on namawiał pozostałę unijne rządy, by ”dobrać się bankierom do skóry”.
Tania to trochę demagogogia, ale słupki sondażowe rosną (bo wściekły za kryzys lud domaga się krwii i ofiar). No i super-Sarko postawił na swoim.

To powiedziawszy, trzeba przyznać, że bankierzy sobie sytuacji nie ułatwili. Dość przypomnieć 738 dyrektorów i kierowników banku Citigroup Inc., którzy wypłacili sobie średnio po milionie dolarów bonus chwilę po tym, gdy bank został uratowany od bankructwa przez rząd (po zanotowaniu 18,7 mld USD straty).

14:09, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link Komentarze (1) »

Parlament Europejski zaakceptował właśnie kandydaturę Jose Manulea Barroso na szefa nowej Komisji Europejskiej. To będzie druga kadencja 53-letniego Portugalczyka w Komisji Europejskiej. Zgodnie z przewidywaniami, Barroso nie potrafił zdobyć nawet 400 głosów poparcia. Dostał ”tylko” 382. To wystarczy (bo ”przeciw” było 219 eurodeputowanych) - ale wynik jest po prostu słaby. Pokazuje, jak mocno europejska scena polityczna jest w sprawie Barrosy podzielona. Co z kolei wróży, że nowa Komisja - pod przewodnictwem Portugalczyka - nie będzie miała lekkiego życia w PE. *
256 głosów poparcia Barroso dostał z Europejskiej Partii Ludowej, czyli tej grupy, która oficjalnie jego kandydaturę wystawiła. Ponad 50 głosów Portugalczyk dostał od liberałów, a resztę - z partii socjalistycznej (choć większość socjaldemokratów głosowała ”przeciw”) oraz brytyjsko-polsko-czeskiej frakcji konserwatywnej.
Żeby uciułać te głosy, Barroso musiał pójść na olbrzymie, polityczne ustępstwa wobec euroliberałów i eurosocjalistów. Przykładowo, by zdobyć sobie ”warunkowe” poparcie Guy Verhofstadt'a  (lidera liberałów) Barroso musiał obiecać, że w nowej komisji utworzy stanowisko komisarza ds. sprawiedliwości i praw człowieka. A żeby przekonać choć garstkę socjalistów, musiał zapewnić, że Komisja Europejska dokręci śrubę w sprawie pracy transgranicznej dla pracowników delegowanych. BlogUE nie musi chyba pisać, że to będzie niekorzystne dla Polski.
Komentując wybór Barrosy (który po prawdzie przypominał przepychanie na siłę), szef frakcji chadeckiej w PE Joseph Daul próbował robić dobrą minę do złej gry. - This result makes sense as José Manuel Barroso was the candidate of the political family which won the European elections - the EPP. This election is good for Europe as José Manuel Barroso is a man of extensive experience and has the full trust of 27 European Heads of State and Government of all political persuasions - powiedział. I zarzucił opozycji, że potrafiła tylko Barrosę krytykować, ale wystawić swojego własnego kandydata na szefa Komisji - już nie. - This is not the kind of attitude that Europeans expect from politicians - stwierdził Daul.

Niestety, blogUE musi ze smutkiem przyznać, że szef EPL jest w tej sprawie hipokrytą. Bo jakoś nie wziął pod uwagę, że że już wcześniej - jeszcze przed wakacjami - unijne rządy zadecydowały, że to właśnie Barroso ma kierować ponownie Komisją. Nie pytając o zdanie europarlamenatrzystów! Trudno więc było oczekiwać od np. Zielonych albo eurosocjalistów, że wystawią kontr-kandydata, skoro od początku wiedzieli, że zostanie ”odstrzelony” przez rządy. Dzisiejsze głosowanie przeciwko Barroso było dla nich demonstracją sprzeciwu. Li tylko.
Choć blogUE nie podziela politycznych poglądów ani Daniela Cohn-Bendita, ani Martina Schultza, to na ich miejscu zachowałby się chyba dokładnie tak samo.

* Dla przypomnienia: 22 lipca 2004 r., gdy Barroso był wybierany po raz pierwszy na szefa Komisji przez PE, dostał 413 głosów, przy 251 sprzeciwiających się i tylko 44 wstrzymujących.

12:44, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (1) »
wtorek, 15 września 2009

BlogUE musi się przyznać, że jeszcze się do tego nie przyzwyczaił: Szef Parlamentu Europejskiego, na swojej uroczystej, inauguracyjnej sesji w Strasburgu, mówi po polsku. Wasz autor żyje na tyle długo, by pamiętać czasy, kiedy taka wizja wydawała się kosmicznie nieprawdopodobna. A tu proszę: we wtorek Jerzy Buzek, przyjęty owacją na stojąco, przedstawił europejskim partiom politycznym swoje plany na następne 2,5 roku. Plany ciekawe - choć nierewolucyjne.

Dwa główne priorytety nowego szefa PE, które będzie promował przy każdej możliwej okazji, mają gospodarczy charakter. I jak można się było spodziewać, byłoby korzystne dla Polski, gdyby udało się je zrealizować. W tym sensie przewodniczący Buzek nas Polaków nie zawiódł.

Otóż chce on, żeby działania Unii Europejskiej skoncentrowały się na współpracy gospodarczej w czasie kryzysu (rozumianej także jako solidarność w dzieleniu się pieniędzmi) oraz na tworzeniu prawdziwej, wspólnej polityki energetycznej (dziś mamy tylko jej ersatz). Unijna polityka energetyczna miałaby przypominać Europejską Wspólnotę Węgla i Stali (z 1951 r., od której przygoda europejska się zaczęła). Buzek zaproponował, żeby kraje Unii wreszcie zaczęły razem kupować gaz - bo to błyskawicznie zwiększy ich pozycję handlową. I jeszcze dodatkowo wspólnie budowały sieci gazowe, które je łączą między sobą.

W kwestii polityki zagranicznej, Buzek nie miał wielu propozycji. BlogUE do kajetu zapisał jedną ważną deklarację Buzka (ciekawym, jak będzie próbował ją realizować w praktyce): - W stosunkach z Chinami i Rosją względy gospodarcze nie mogą być ważniejsze niż prawa człowieka i demokracja - powiedział. Szkoda, że do tej pory były zdecydowanie ważniejsze.

Na polu instytucjonalnym, Buzek zapowiada, że Parlament Europejski w pełni wykorzysta nowe uprawnienia, jakie mu daje Traktat Lizboński (którego rychłego wejścia w życie polski szef PE się spodziewa). Będzie więcej patrzenia Komisji Europejskiej na ręce, więcej przesłuchań komisarzy. Już w trakcie ich nominacji (na jesieni), Buzek chce poddać ich dodatkowym sprawdzianom, wypytać nie tylko o biografie, ale także o plany legislacyjne (pamiętajmy, że Komisja Europejska, a więc komisarze, mają w UE monopol inicjatywy ustawodwaczej).

Przemówieniu Jerzego Buzka uważnie przysłuchiwał się Jose Manuel Barroso, obecny szef Komisji Europejskiej i najprawdopodobniej także przyszły. Choć głosowanie nad jego kandydaturą odbędzie się dopiero w środę, już we wtorek wszystkie znaki na niebie i zmieni wskazywały, że Barroso jednak zbierze odpowiednią liczbę głosów wśród chadeków, socjalistów i liberałów. I przez kolejne pięć lat będzie kierował unijną egzekutywą.

Słowa Buzka o większej kontroli Parlamentu nad Komisją mogły Portugalczyka zaniepokoić. I bez tego nowa Komisja będzie jedną z najsłabszych w historii. Zależna od woli największych państw, zwłaszcza Francji i Niemiec, teraz będzie jeszcze szarpana przez europosłów. Ba, regularnie raz na miesiąc będzie wzywana na dywanik, by spowiadać się nawet przed Europarlamentarnymi szaraczkami - posłami z tylnej ławki. Barroso już to pewnie widzi oczami wyobraźni. I chyba dlatego nie było widać w jego oczach entuzjazmu, gdy Jerzy Buzek przemawiał. 

12:52, konrad.niklewicz , Polityka
Link
poniedziałek, 14 września 2009

W całym 2009 r. polski PKB wzrośnie o 1 proc. - przewiduje Komisja Europejska, która przed chwilą opublikowała swoje najnowsze prognozy ekonomiczne dla wybranych, najważniejszych krajów Unii (”EU interim forecast”). Tym samym Komisja zrewidowała swoją własną, wiosenną prognozę dla Polski - w której mówiła o -1,4 proc. spadku PKB.
Ku zaskoczeniu unijnych urzędników okazało się, że polska gospodarka znosi kryzys znacznie lepiej niż pozostałe kraje Unii, a polityka polskiego rządu - przynajmniej nie powoduje negatywnych efektów (a może nawet trochę pomaga). ”Polska jest prawdopodobnie jedynym krajem UE odnotowującym pozytywny wzrost gospodarczy” - przyznaje Komisja w swoim raporcie. Choc ostrzega, że pod koniec roku boleśnie odczujemy skutki zwolnień i restrukturyzacji w firmach. I że konsumpcja gospodarstw domowych nie będzie rosła w nieskończoność. Dodatkowo, niepokoić zaczyna Polska inflacja - wyniesie ok. 3,8 proc., najwięcej spośród siedmiu największych gospodarek Unii.
Zrobiwszy to zastrzeżenie, trzeba przyznać, że na tle reszty Europy po prostu brylujemy. W całej UE PKB spadnie aż o 4 proc. W Niemczech PKB skurczy się o 5,1 proc., we Włoszech - o 5 proc.
Druga (po polskiej) niespodzianka jest taka, że Komisja Europejska wycofuje się z negatywnych prognoz dla Francji i teraz przewiduje, że trójkolorowi zamkną rok na plusie (co blogUE, znanemu z nieuleczalnego frankofilstwa, bardzo, ale to bardzo się podoba. 
- Chwilo trwaj ! - chciałoby się rzec za poetą.

11:56, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link
 
1 , 2
wyborcza.pl
Konrad Niklewicz

Konrad Niklewicz, od ponad 10 lat dziennikarz i redaktor „Gazety Wyborczej”. Od ośmiu lat w dziale gospodarczym, w latach 2005 - 2007 był korespondentem „Gazety” w Brukseli.
dowiedz się więcej »

Follow konradniklewicz on Twitter
top | © Agora SA | design by kate_mac