Co się dzieje w Unii Europejskiej? Autorski przegląd najważniejszych spraw i wydarzeń z życia wspólnoty.
wtorek, 31 sierpnia 2010

Pewnie się to skrajnym liberałom, wszelkim korwinistom i osobistym wrogom Unii nie spodoba, ale wspólnota znów potwierdziła, że w obronie swoich interesów handlowych - tak jak wspólnota je rozumie - potrafi być całkiem skuteczna.
Od 1 września australijscy producenci wina (a jest to potężna gałęź tamtejszego agro-przemysłu) nie mogą wykorzystywać ”europejskich” nazw dla swoich produktów.
I tak ze sklepowych półek na całym świecie znikną australijskie ”champagne”, znikną kangurze ”porto” i ”sherry”. Uprzedzając pytanie - blogUE nie ma pojęcia, jak down-unders będą teraz nazywać swoje alkohole (może wystarczy im np. ”Australian fizzy” albo coś równie australijsko-skomplikowanego?).
Na pewno się postarają, bo przecież mówimy o eksporcie wartym 640 mln euro rocznie. I to licząc tylko państwa unijne. To dziesięć razy więcej niż jest wart eksport europejskich win do Australii.
Porozumienie działa w obie strony. Na jego mocy Unia Europejska zobowiązała się, że oficjalnie uzna (nieoficjalnie już to musi robić) australijskie, ”innowacyjne” technologie produkcji wina. Takie jak np. wrzucanie wiórków dębowych do kadzi z maturującym winem. Ciarki mi po plecach przechodzą, gdy o tym piszę, ale ponoć niektórzy lubią.

Po drugie, UE będzie chronić i respektować australijskie AOC i IGT. Bo przecież tłumy europejskich producentów mogłyby chcieć naklejać na swoje wina etykiety Tumbarumba, Geographe, Porongurup, Denmark albo Manjimup. (Nie, nie robię państwa w balona: wszystkie nazwy chronione wziąłem z oficjalnego australijskiego rejestru)

Cheers!

PS. A skoro już o rynku spożywczym i sporach o nazwę mówimy. Z naszego wewnątrz-unijnego podwórka nadeszła dobra wiadomość. Jak podaje Polska Agencja Prasowa, Komisja Europejska (choć nie podjęła jeszcze decyzji) skłania się na wniosek Polski zarejestrować w UE polskie kabanosy, przyznając im certyfikat "Gwarantowana Tradycyjna Specjalność”.

15:42, konrad.niklewicz
Link Komentarze (16) »

Wakacje skończone, pora wracać do pracy. Janusz Lewandowski (”nasz” komisarz od budżetu) pojechał we wtorek do Paryża, żeby wysondować francuskie podejście do unijnych pieniędzy. A tak konkretniej - do przyszłorocznego budżetu Unii, do ”budget review” i do planów finansowych na lata 2014-20.
Punkt pierwszy: Lewandowski chce sprawdzić, czy Francja też chce ograniczyć przyszłoroczny budżet UE ze 140 do 130 mld euro.
Punkt drugi: nasz komisarz chce wybadać, co Francja sądzi o sensowności obecnie realizowanych wydatków budżetowych. I co sądzi o wprowadzeniu ew. nowych źródeł finansowania unijnej skarbonki.
Punkt trzeci, najważniejszy: Lewandowski musi sprawdzić, jak Francuzi wyobrażają sobie konstrukcję budżetu Unii Europejskiej w przyszłości. Gdzie chcą ciąć, gdzie chcą wydać więcej i co sądzą np. o pomyśle rozkawałkowania unijnej polityki spójności, o podzieleniu jej na wiele różnych kopert, z których summa summarum najwięcej wyciągnęliby najbogatsi członkowie Unii (tak jak dziś najwięcej ciągną z VII Programu Ramowego).
Lista rozmówców komisarza Lewandowskiego w Paryżu jest bardzo adekwatna do celu wizyty: minister ds. europejskich Pierre Lellouche, minister budżetu François Baroin (bardzo ważna postać dziś we Francji!), ministrem finansów i gospodarki Christine Lagarde (tak, dobrze przeczytaliście - we Francji konstrukcja budżetu jest oddzielona od polityki finansowo-gospodarczej) oraz z Bruno Le Mairem, ministrem rolnictwa.
Ta ostatnia osoba na liście dość jasno wskazuje, jakie są francuskie priorytety dla budżetu Unii Europejskiej. Może i Polska mogłaby się pod nie podczepić?

Od 1928 r. był ozdobą niektórych prywatnych bibliotek i gabinetów. Dzielnie służył w bibliotekach uniwersyteckich, miejskich i narodowych. W sferze cywilizacji anglojęzycznej był pewnie lingwistycznym odpowiednikiem wzorca metra z Sevres. Jak ktoś był bogaty, mógł go kupować w prezencie (wykazując się złośliwością lub umiejętnością odczytania snobizmu osoby obdarowywanej).
Ale w przyszłości będzie to już utrudnione. Kupimy go już tylko w antykwariatach – jeśli w ogóle. Wydawnictwo Oxford University Press właśnie poinformowało, że najprawdopodobniej nie będzie kolejnej, papierowej edycji słynnego słownika Oxford English Dictionary (bo to o nim mowa). Powód? Nikt już nie chce kupować 20 tomowego kolosa ważącego ponad 60 kilogramów. Od 1989 r. - gdy wydrukowano go po raz ostatni - sprzedało się „zaledwie” 30 tysięcy kompletów. Na całym świecie. 
I nie chodzi tylko o cenę (papierowa wersja kosztuje ok. 3,7 tys. zł), ale o wygodę raczej. Świat przestawił się na wersję dostępną online – za którą zresztą też trzeba płacić. Wykupienie rocznego abonamentu (skrojonego na rynek amerykański) to wydatek rzędu 295 dolarów.
A kto nie chce płacić, może skorzystać z darmowego doktora Gugla albo Wikipedii. Można się naciąć, ale większości z nas to nie przeszkadza. Łatwiej jest przecież wstukać w okienku ajpada alb innego ajsrada (albo w smartfonie Nokii) szukane słowo, niż pofatygować się do najbliższej biblioteki uniwersyteckiej i żmudnie sprawdzać w słowniku-wzorcu języka angielskiego. - The print dictionary market is just disappearing. It is falling away by tens of percent a year – powiedział Nigel Portwood, prezes Oxford University Press, w wywiadzie dla “The Sunday Times”.
Zresztą prowadzenie słownika li-tylko online jest też ułatwieniem dla samych wydawców i redaktorów. Teraz mogą wpisywać poprawki i nowe słowa co trzy miesiące. Ostatnio – jak podaje agencja AP – Oxford English Dictionary wzbogacił się w ten sposób o słowa „techy” i „superbug”.

09:27, konrad.niklewicz
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 30 sierpnia 2010

C European Communities 2010W dzisiejszej ”Gazecie Wyborczej” piszę m.in. o tym, że rząd francuski chce zlikwidować ulgi podatkowe rzędu 10 miliardów euro (tekst jeszcze niedostępny w sieci - jak będzie, to wstawię linka). Rząd przekonuje, że likwidacja ulg podatkowych jest potrzebna, by skuteczniej ograniczać deficyt budżetowy i - w konsekwencji - nie dopuścić do utraty przez Francję cennego jak złoto statusu AAA (najwyższa możliwa ocena wiarygodności kredytowej, nadawana przez agencje ratingowe).
Jednak Ten sam rząd francuski we wrześniu chce ogłosić gigantyczny, prawdopodobnie największy w Europie kontrakt na budowę 600 przybrzeżnych siłowni wiatrowych, o łącznej mocy zainstalowanej 3000 MW.
Koszt tego przedsięwzięcia? Tak, zgadliście państwo. Kontrakt będzie opiewał na ok. 10 miliardów euro. Oczywiście, pieniądze będą wydawane stopniowo - pierwsze turbiny, zbudowane w ramach tego kontraktu rządowego, mają dostarczyć prąd dopiero w 2015 r. Po drugie, cała inwestycja będzie zbudowana przy pomocy inżynierii finansowej - i raczej nie bezpośrednio z budżetowych pieniędzy (a jedynie przy udziale budżetowych gwarancji i, ewentualnie, jakiejś formy dotacji dla inwestora, np., dla państwowego koncernu EDF).  Z kolei efekt fiskalny likwidacji ulg będzie błyskawiczny (już w 2011 r.) i wpłynie bezpośrednio na budżet.
Ale i tak można sobie zadać pytanie: czy to rozsądne posunięcie? Jedną ręką zwiększać obciążenia podatkowe, a drugą ręką wydawać publiczne pieniądze na inwestycje, które przyniosą efekty dopiero w dość odległej przyszłości? BlogUE nie ma w tej sprawie zdania, ale zestawienie wydało mu się ciekawe i warte podzielenia się z czytelnikami.

10:11, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link Komentarze (24) »
piątek, 27 sierpnia 2010

Przygotowując wcześniejszą blognotkę, sprawdziłem wyniki najnowszego Eurobarometru.

I znalazłem tam perełkę. Oto wśród wielu pytań zadanych w tym pan-europejskim sondażu, ankieterzy zadali także to: Czy jest Pan/Pani gotowy/a do obniżenia standardu życia po to, by zagwarantować przyszłość kolejnych generacji? Trudne pytanie, przy założeniu, że odpowiadamy na nie szczerze, zgodnie z tym, co naprawdę myślimy.

46 proc. wszystkich Europejczyków wybrało odpowiedź ”tak”. Dokładnie tyle samo - 46 proc. - że nie. Osiem procent (tylko!) nie miało zdania. A Polacy? Szlachetni w swej polskości, gotowi do martyrologii, poświęceń, ostatni kęs chleba oddający dla bliźniego, zgodnie z rzymskokatolicką etyką? Otóż 58 proc. Polaków zadeklarowało, że NIE obniży standardu swojego życia, żeby pomóc przyszłym generacjom. Na takie poświęcenie jest gotowych tylko 30 proc. naszych rodaków. 12 proc. nie ma zdania.

Wniosek nasuwa się blogUE jeden. Albo jesteśmy wyjątkowymi na skalę europejską kutwami, albo jako jedni z nielicznych odpowiadamy w sondażach szczerze. Już sam nie wiem co lepsze.

czwartek, 26 sierpnia 2010

W przyszłym tygodniu prezydent Bronisław Komorowski wyjeżdża w pierwszą, oficjalną podróż zagraniczną. 1 września będzie w Brukseli, 2 września - w Paryżu. Tournée po Europie zakończy 3 września w Berlinie.
Z perspektywy blogUE - wybór miejsc i kolejności nie mógłby być lepszy. Bruksela - pierwszy etap wizyty - jest oczywiście wyborem symbolicznym. Za unijną politykę w całości odpowiada rząd - i nie sądzę, by prezydent Komorowski próbował/chciał to podważać. Stawiam swoje pobory na to, że przez kolejne pięć lat nie będzie sporu o krzesła na unijnych szczytach ani wyścigu do samolotu, do Brukseli startującego.
Komorowski jednak do Brukseli pojechać musi, by zamanifestować, jak mocno Polska i Polacy są do Unii Europejskiej przywiązani. Głowa państwa nie ma nic do wynegocjowania z Komisją Europejską, Europarlamentem czy Radą - ale chce pokazać, że to właśnie w okolicy ronda Schumana, rue Loi, rue Belliard i rue Wiertz rozgrywają się najważniejsze dla polskiej gospodarki (i nie tylko) sprawy. Bronisław Komorowski jedzie do Brukseli także dlatego, że takiego gestu oczekiwaliby od niego wyborcy. BlogUE, dla przykładu.
Spoglądam właśnie w najnowszą edycję Eurobarometru*: 62 proc. Polaków (o 1 pkt. proc. więcej niż przed kwartałem i aż 13 proc. więcej niż unijna średnia!) jest przekonanych, że członkostwo Polski w Unii to „dobra rzecz” dla naszego kraju. (Nie sposób nie odnotować faktu, że w Polsce odsetek pozytywnych odpowiedzi wciąż rośnie, podczas gdy w Unii - spada. 49 proc. to rekordowo niski poziom).

Studiując Eurobarometr dalej: 77 proc. Polaków (aż o 23 proc. więcej niż unijna średnia) jest przekonanych, że skorzystaliśmy na członkostwie w Unii. 52 proc. Polaków ufa unijnym instytucjom. Dla porównania, tylko 28 proc. z nas ma zaufanie do rządu, a 24 proc. - do Sejmu i Senatu. 35 proc. Polaków (średnia europejska - 26 proc.) jest przekonanych, że to właśnie unijne instytucje są w stanie podjąć najlepsze działania, by przeciwdziałać kryzysowi gospodarczemu. Tylko 13 proc. Polaków wierzy, że do walki z kryzysem najlepszy byłby nasz narodowy rząd. I wreszcie tylko siedem procent wierzy, że z opresji wyciągną nas Stany Zjednoczone. 
Nie Waszyngton więc, a Bruksela, Paryż i Berlin. W budowaniu relacji z ostatnimi dwoma stolicami – Trójkąt Weimarski! - prezydent będzie pewnie chciał mieć już czynny udział. I znów, tak jak z symboliczną wizytą w Brukseli, ze wszech miar warto. Z gazyliona wspólnych interesów, blogUE wskaże dwa najbardziej mu bliskie: z Paryżem musimy współpracować, by wspólnie starać się o utrzymanie Wspólnej Polityki Rolnej, w kształcie dla nas najbardziej korzystnym. Berlin z kolei to główny rozmówca w sprawie kolejnego siedmioletniego budżetu Unii Europejskiej, na lata 2014-20.

Wyrzucanie Romów z Francji na pewno jest próbą odciągnięcia uwagi opinii publicznej od innych problemów, od nie najlepszego stanu gospodarki, od wprowadzanych ze strachem reform. Policja i buldożery nasłane na romskie osiedla mają być dowodem, że szef na obcasach wciąż jeszcze rządzi, że nadal jest twardym szeryfem. Pachnie trochę rasizmem, choć przyboczny prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego, minister spraw wewnętrznych Brice Hortefeux zapewniał, że "Il n'est pas question d'expulser des Roms parce qu'ils sont Roms” [Nie ma mowy o wyrzucaniu Romów dlatego że są Romami]. Ha, wszyscy tak mówią.
 
Z drugiej strony jednak, wyrzucając Romów siłą, państwo francuskie pokazało, że potrafi działać i próbuje nie tyle rozwiązać, co przynajmniej zlikwidować problem. Przestępstwa popełniane przez niektórych członków społeczności romskiej nie są wymysłem. Prostytucja małoletnich, kradzieże, wyłudzenia, zwykłe uliczne napaści, żebractwo, nielegalne obozowiska, znęcanie się nad dziećmi – to nie są wymyślone problemy. Oczywiście, że idealna byłaby sytuacja, w której takich przestępstw w ogóle nie ma, bo ludzie, którzy je popełniają (w tym wypadku: niektórzy Romowie) mają inne, ciekawsze zajęcia.
Ale takiej sytuacji nie udało się jeszcze nikomu stworzyć. Francja jest takim państwem, w którym socjal jest rozbudowany. Jednym z niewielu w Europie, w którym dziecko można zapisać do szkoły nawet jeśli oboje rodziców przebywają nad Sekwaną nielegalnie. A mimo tych sprzyjających wydawałoby się warunków - i tak niektórzy przedstawiciele społeczności Romów wolą dzieci posłać na ulice, by kradły, żebrały i prostytuowały się. Zamiast posłać je do rzeczonej szkoły.
Trudno się dziwić, że taka sytuacja doprowadza wielu Francuzów – niekoniecznie polityków – do szału. Tym bardziej, że Rumunia dostaje 4 mld euro rocznie unijnej pomocy także na „integrację społeczności wykluczonych”. Czytaj: integrację Romów z rumuńskim społeczeństwem.
- France doesn't have the judicial means to force the Romanian government to spend these funds in housing and educating its population. But Europe can – powiedział francuski minister ds. europejskich Francois Lellouche (cytowany przez agencję Reutersa).

Komisja Europejska mówi, że „z niepokojem” śledzi masowe deportacje Romów. To prawda. Ale blogUE nie zna żadnego unijnego przepisu, który by taką deportację uniemożliwiał (ba, są przepisy z których wynika, że obywatel innego państwa UE, nie należącego do strefy Schengen, może przebywać bezwizowo na terenie innego kraju UE tylko trzy miesiące. I jeśli przez ten czas nie znajdzie legalnej pracy - staje się "nielegałem"). 
Ale blogUE nie zna też żadnego przepisu, który by zabraniał deportowanym Romom… wrócić do Francji, przy pierwszej nadarzającej się okazji. Ba, może jeszcze nawet za te 300 euro (plus dodatkowe 100 na dziecko), co to Republika dała im na drogę, odprawiając od siebie.
Ot, kolejny przykład nieprzystosowania prawa europejskiego do realiów życia.

BlogUE zdaje sobie sprawę z kolosalnej różnicy  kontekstów, ale – toutes proportions gardées – ekspulsja Romów z Francji każe mu myśleć o naszej nadwiślańskiej „sprawie krzyża”.
Państwo polskie nie potrafi (albo świadomie nie chce) walnąć pięścią w stół i zaprowadzić ładu. Państwo francuskie rąbnęło tak, że cała Europa podskoczyła. I miało w d. głosy hierarchów kościelnych.

wtorek, 24 sierpnia 2010

Ciekawe słowa padły na dorocznej naradzie szwajcarskich ambasadorów z kierownictwem konfederalnego Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Interlaken. Gdyby czytać między wierszami wypowiedzi minister SZ Micheline Calmy-Rey (raportowała je agencja Reutersa), można by dojść do wniosku, że gdzieś w sercu szwajcarskiego rządu lęgnie się pomysł specjalnego partnerstwa z Unią Europejską.
- Accords struck over the past decade [z Unią Eureopejską - dop. blogUE] were a partial success, having fostered the country's properity and security – stwierdziła pani minister. Po czym dodała wielkie “ale”: - De facto, Switzerland's place in Europe is hardly satisfying from a functional point of view. Having remained outside the EU, Switzerland faces a greater risk of discrimination from its neighbours on economic and political matters, sometimes eroding its real sovereignty – dodała.
Minister Calmy-Rey zapowiedziała, że rząd Konfederacji spróbuje znaleźć taki sposób współpracy z państwami Unii Europejskiej, by Szwajcaria wreszcie mogła zacząć wpływać na powstające w UE nowe przepisy.

Ale państwo to wiecie, pani minister to wie, wie także blogUE, że tak naprawdę jest tylko jedna droga, by ten stan rzeczy osiągnąć. Nazywa się to „członkostwo w Unii Europejskiej”.

20:51, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (2) »

Prócz śledzenia wydarzeń w Unii Europejskiej, autor blogUE zawodowo zajmuje się także - na łamach „Gazety Wyborczej” - prywatyzacją. Ten drugi temat często współgra z pierwszym: Polska jest przecież jednym z niewielu państw Unii, które decyduje się (Bogu dzięki!) na dużą prywatyzację, służącą rynkowej konkurencji i wzmacnianiu gospodarki.
Niestety, sposób, w jaki Ministerstwo Skarbu Państwa informuje o swoich dokonaniach, woła obecnie o pomstę do nieba. Resort ma najwyraźniej dosyć złośliwych gryzipiórków, którzy np. nabijają się z pomysłu ”sprywatyzowania” Energi po przez sprzedaż jej innej państwowej firmie - koncernowi PGE.  
I dlatego teraz w trosce o ”dobro transakcji” resort nie przekazuje już nawet podstawowych informacji. Przykład? We wtorek resort miał ogłosić, z którymi inwestorami rozpoczyna ostateczne negocjacje w sprawie sprzedaży pakietu kontrolnego (51 proc.) Enei, działającego w zachodniej Polsce koncernu energetycznego.
No i ogłosił: ”Do kolejnego etapu prywatyzacji dopuszczonych zostało 5 potencjalnych inwestorów.” - czytamy w komunikacie. Jakich? Skąd? Na jakich warunkach? Nie dowiesz się. No bo po co zawracać obywatelom głowę takimi pier**łami.
Panie ministrze skarbu Aleksandrze Gradzie, blogUE niniejszym zgłasza oficjalny wniosek racjonalizatorski: żeby jeszcze bardziej ułatwić sobie życie, proponuję nie podawać też nazw prywatyzowanych spółek. O ileż łatwiej będzie pod koniec roku, np. przy okazji spotkania opłatkowego dla mediów, rzucić ot tak, mimochodem, między jednym kęsem śledzika a drugim: ”No i jeszcze dwa banki i trzy koncerny energetyczne udało się nam sprzedać w tym roku”. Mniam mniam chrum chrum.

Tagi: Polska rząd
17:17, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link
poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Niektórych polityków, gdy już zostaną europosłami, to jakaś wścieklica radykalizmu ogarnia. Pojęcia nie mam dlaczego: może to zły, deszczowy klimat Brukseli? A może konieczność komutowania do Strasburga prawie co miesiąc? Chyba nie. BlogUE też komutował, a radykałem nie został.
W każdym ugrupowaniu trafiają się przypadki takiej wścieklicy*. Nie piszę tu o europośle Jacku Kurskim – to przypadek szczególny, rzecz by można: innej, bardziej kosmicznej miary obciachu.
Mam raczej na myśli europosłów drugiego szeregu, którzy z dnia na dzień, znienacka, dostają napadu.
Dajmy na to taki Filip Kaczmarek, europoseł PO. Nie dalej jak parę tygodni temu zaistniał w mediach żądaniem, by Janusza Palikota z Platformy wypirzyć, za pomocą sądu partyjnego. Europoseł – jak się później okazało – złożył wniosek obarczony wadą formalną (no i zupełnie bezsensowny), ale co się w mediach swoją wścieklicą napuszył to jego, nikt mu nie odbierze.
Teraz mamy kolejny przypadek, ba, przypadków dwa.
Co zrobił europoseł Marek Migalski to już wszyscy czytelnika bloga wiedzą. Europoseł Migalski dokonał rzeczy wydawałoby się niemożliwej: oto klęcząc przed spiżowym posągiem swojego wodza, pokłony temu posągowi bijąc,  jednocześnie na ten posąg napluł. Ha, do tego trzeba jednak talentu politologa.
Ale na tym ciąg wścieklicy się nie zakończył. Oto bowiem gdy już inni partyjni funkcjonariusze PiS-u prawie skutecznie zdołali śmiechem zabić Migalskiego, miną surową acz krotochwilną go przykryć i całą sprawę trochę w żart obrócić (- Przegrzał się – komentował poseł Dera bodajże na antenie tvn24), wtedy na scenę wkroczył inny drugo-liniowiec. Też z Europarlamentu, a jakże - eurposeł Tomasz Poręba. Publicystyczną szablą w ręku ciął niemiłosiernie: – To kolejny pomysł na zaistnienie w świadomości publicznej, tym razem jako osoby, krytykującej coraz ostrzej Prawo i Sprawiedliwość. Tak jest teraz modnie, to jest trendy, tego oczekują elity medialne i intelektualne. PiSowi należy dołożyć. Nigdy więcej Kaczyńskiego i tej obciachowej partii. Marek to czuje, chce być po jaśniejszej stronie księżyca, chce być cool. Wie jednak, że jeszcze nie może krytykować wprost. Przyjmuje więc najprostszą z metod. Pod szyldem fałszywej troski o partię brutalnie atakuje jej lidera – napisał na swoim blogu (nota bene we wrażym Onecie prowadzonym, po sąsiedzku z Januszem Palikotem).
 - Migalskiego PiS kompletnie nie interesuje, Migalski Prawu i Sprawiedliwości szkodzi. Mniej lub bardziej świadomie wpisuje się w oczekiwania Niesiołowskich, Kutzów i Palikotów – dodaje Poręba (nie mogąc się oprzeć PRL-owska manierze używania liczby mnogiej w odniesieniu do jednego Niesiołowskiego, jednego Kutza i jednego Palikota). 
Nie daruje Migalskiem europoseł Poręba niczego, oj niczego: - Obserwuję Migalskiego w PE od początku i widzę, kolejne dramatyczne próby zwrócenia na siebie uwagi, jego miotanie się w nowej roli, czy być politykiem, czy nadal komentatorem. Zaczął od cywilizowania Palikota /…/.  Gdy to nie wypaliło zaczął pojawiać się tabloidach w których albo szukał kandydatki na żonę, albo kupował stringi.
BlogUE te stringi szczególnie zafascynowały. O co kaman? Co jest w tym brukselsko-strasburskim klimacie, czego blogUE nie zauważył? Widać cholera za dużo pracowałem, coś mnie ciekawego musiało ominąć. 
Ale wróćmy do europosła. Pisze bowiem Poręba o Migalskim: - Konsekwentnie marnował wielki kapitał oczekiwań wobec niego jaki wszyscy mieliśmy w partii, że otworzy nas na środowiska młodych naukowców.
I teraz konkluzja. W tle bęben, werbel i strzały armatnie, bo będzie solennie: - Z każdym miesiącem te nadzieje stawały się coraz mniejsze a po wczorajszym liście do Jarosława Kaczyńskiego równają się zeru. Dla mnie związek Migalskiego z PiS dobiegł końca.
Kurtyna.
Tomek, ja Ciebie bardzo proszę, na pamięć tych frytek cośmy je parę lat temu wspólnie jedli w kantynie Europarlamentu, pomiłuj! Zaraz tak się nadmiesz, że w powietrze ulecisz.

 

*uprasza się wszytskich o zwrócenie uwagi, że celowo piszę "wścieklica", nie "wścieklizna". To drugie byłoby jednak bardzo obraźliwe i przesadzone. To pierwsze to moja licencia poetica.  

 
1 , 2 , 3 , 4
wyborcza.pl
Konrad Niklewicz

Konrad Niklewicz, od ponad 10 lat dziennikarz i redaktor „Gazety Wyborczej”. Od ośmiu lat w dziale gospodarczym, w latach 2005 - 2007 był korespondentem „Gazety” w Brukseli.
dowiedz się więcej »

Follow konradniklewicz on Twitter
top | © Agora SA | design by kate_mac