Co się dzieje w Unii Europejskiej? Autorski przegląd najważniejszych spraw i wydarzeń z życia wspólnoty.
poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Szwajcaria definitywnie przestaje być azylem dla tych możnych, którzy chcieli uciec przed łapczywością swoich narodowych fiskusów. Kilka tygodni temu szwajcarskie banki (i poniekąd rząd w Bernie) ugięły się przed żądaniami władz amerykańskich. Teraz okazuje się, że także Francja wycisnęła ze Szwajcarów dane o swoich obywatelach, którzy właśnie tam próbowali uciec przed francuskim fiskusem. - Nous avons récupéré les noms de 3000 contribuables détenteurs de comptes dans les banques suisses dont une partie correspond tres probablement a l'évasion fiscale - ujawnił minister ds. budżetu Eric Woerth ( - Mamy listę 3 tys. podatników, posiadających konta w bankach szwajcarskich, z których część ma prawdopodobnie związek z unikaniem opodatkowania).
Rząd w Paryżu ogłosił, że daje czas do 31 grudnia wszystkim ”fiskalnym uciekinerom” na ujawnienie się (i zapłacenie zaległego podatku). Potem rozpoczną się postępowania karno-skarbowe. Tę decyzję już krytykuje opozycyjna Partia Socjalistyczna, która domaga się, żeby publiczna egzekucja bogaczy odbyła się już teraz, bez trzymiesięcznej amnestii.
Tymczasem międzynarodowa organizacja ekonomiczna OECD chwali decyzję Szwajcarów, by zacząć ujawniać nazwiska klientów banków, ukrywających swoje fortuny przed oczami państwa. - What has happened is nothing less than a revolution. For decades it has been possible for taxpayers to hide income and assets from the taxman by abusing bank secrecy and other impediments to information exchange. What these developments show is that this will no longer be possible - komentował sekretarz genralny OECD Angel Gurria.
(Oficjalny komunikat OECD jest do znalezienia tutaj).

W sumie Szwajcaria podpisała lub ma podpisać umowy o ujawnieniu nazwisk z 13 państwami. Wazna informacja dla czytelników blogUE: z Polską także.

14:57, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link
niedziela, 30 sierpnia 2009

Komisja Europejska z dumą ogłosiła, że w "jej" bibliotece cyfrowej (finansowanej za unijne pieniądze) jest już 4,6 mln dzieł, w tym wiele cennych białych kruków, które dzięki digitalizacji - są teraz na wyciągnięcie ręki dla każdego, na całym świecie.

Trochę więcej informacji o zasobach Europeany - na portalu "Gazety Wyborczej", w moim tekście.  

Pracując nad cyfrową biblioteką Komisja Europejska napotkała jednak na dwa problemy.

Po pierwsze, po raz kolejny zderzyła się ze ścianą praw autorskich. Osoby pracujące nad projektem przekonały się, że wielu książek nie mogą umieścić w Europeanie - bo przepisy na to nie zezwalają. Sytuację dobrze opisuje oficjalny komunikat Komisji Europejskiej: "Na dzień dzisiejszy Europeana obejmuje głównie zdigitalizowane książki, które należą do domeny publicznej w związku z wygaśnięciem praw autorskich (które następuje nawet po 70 latach od śmierci autora dzieła). Ze względów prawnych Europeana nie obejmuje obecnie ani książek, których nakład został już wyczerpany - czyli ok. 90 proc. pozycji w europejskich bibliotekach narodowych, ani dzieł „osieroconych”, które znajdują się wprawdzie nadal pod ochroną praw autorskich, ale niemożliwe jest zidentyfikowanie lub zlokalizowanie właścicieli tych praw (a dzieła te stanowią 10-20 proc. zbiorów objętych prawami autorskimi). Europeana uwidacznia również, że licencjonowanie materiałów chronionych prawami autorskimi nadal odbywa się w Europie na podstawie bardzo zróżnicowanych ram prawnych. Pewna francuska agencja musiała nawet w tym roku wycofać fotografie z Europeany, gdyż miała jedynie prawa do rozpowszechniania ich na terytorium Francji". Tyle komunikat. Nic dodać, nic ująć.

Europeana jest już drugim pomysłem Komisji Europejskiej, który napotka na przeszkody z powodu skomplikowanych reguł praw autorskich w państwa UE. Przed kilkoma miesiącami KE też narzekała na ten gąszcz narodowych przepisów, nijak nie przystających do realiów internetu i XXI w., gdy zaczęła debatę o liebralizacji rynku handlu online, w tym zwłaszcza sprzedaży muzyki.

Na te same problemy (prawa autorskie versus digitalizacja dzieł) natrafił Google, który równolegle pracuje nad swoją bibliotekę cyfrową. I dlatego amerykański koncern cieszy sie, że Komisja chce rozpocząć debatę nad reformą praw autorskich.

Na oficjalnym blogu Google, Antoine Aubert, European Copyright Policy Manager, tak napisał: "Google has already forged partnerships to scan public domain works with 30 libraries all around the world. A key challenge for such projects is how to revive access to books that are in copyright, but are out of print. Until now, it is very difficult for projects like Europeana or Google Books to enable readers to access these books, even though they represent the bulk of library collections. In Ghent, for example, we only scan work published before the mid 19th-century. The Commission is holding an information hearing on this agreement in Brussels on September 7. We welcome this as an opportunity to talk about the agreement and on how to develop solutions contributing to spread knowledge and culture through projects like Google Books and Europeana".

I druga sprawa. To, czy Europeana uda się, zależy w dużej mierze od państw członkowskich Unii. To one przekazują Komisji Europejskiej zdigitalizowane wersje książek ze swoich bibliotek narodowych. Póki co, tylko jedno państwo - Francja - traktuje to zadanie poważnie i regularnie przesyła do Europeany zdigitalizowane dzieła. Dziś aż 47 proc. wszystkich książek w Europeanie pochodzi właśnie z Francji. - Niepokoi mnie fakt, iż jedynie pięć proc. wszystkich zdigitalizowanych książek w UE jest dostępnych w Europeanie. Nie da się też ukryć, że niemal połowa dostępnych tam w wersji cyfrowej dzieł pochodzi z jednego tylko kraju, podczas gdy pozostałe państwa członkowskie ciągle pozostają poniżej swoich możliwości - komentuje Viviane Reding, unijna komisarz ds. społeczeństwa informacyjnego, odpowiedzialna za Europeanę. Drugie w kolejności Niemcy dostarczyły tylko 15,4 proc. dzieł. Holandia 8 proc., tyle samo Wielka Brytania, Szwecja - 5,2 proc. Polska - tylko 0,3 proc. Ale i i tak jesteśmy lepsi od np. Czech, Danii, Irlandii i Litwy, które przekazały do Europeany mniej niż 0,1 proc. dzieł.

11:16, konrad.niklewicz , Społeczeństwo
Link
czwartek, 27 sierpnia 2009

BlogUE nie jeden raz dworował sobie z linii lotniczych Ryanair i ich szefa, charyzmatycznego Michaela O'Leary'ego. Tym razem jednak wasz autor będzie krnąbrnemu Irlandczykowi bił brawo. I to długo. Bowiem O'Leary z impetem (i charakterystyczną bezpośredniością) włączył się do kampanii przed referendum w sprawie Trakatu Lizbońskiego. 
Na specjalnej konferencji prasowej zapowiedział, że jego firma wyda w sumie 500 tys. funtów na promocję TL, a przeciwników traktatu określił mianem radykalnych idiotów, nie nadających się do żadnej pracy. - If Ireland did not vote Yes, our economic future will be destroyed by Government and Civil Service mismanagement and the narrow vested interests of the public sector trade unions - powiedział. - Ireland’s future success depends on being at the heart of Europe and our membership of the euro - dodał.
Zdaniem O'Learego, politycy przeciwni Lizbonie to „ragbag amalgam of the No campaign, led by economic illiterates like Sinn Féin, the UK Independence Party and the Socialist Party”.
O'Leary przyznał, że jego firma nie uczestniczyła w kampanii przed pierwszym referendum (gdy Irlandia powiedziała traktatowi ”nie”). I że to był błąd. - This time, we cannot afford that kind of complacency.
O'Leary jest przekonany, że rząd źle prowadzi kampanię przedreferendalną, nie umie zachęcić Irlandczyków do głosowania na tak.
Ryanair jest jednym z większych pracodawców w Irlandii - zatrudnia 2,5 tys. osób plus setki w firmach kooperujących.

Jedną z relacji z konferencji O'Leary'ego znajdziecie tutaj

 

16:18, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (1) »
środa, 26 sierpnia 2009

Polska przystępuje do pozwu, jaki Komisja Europejska skierowała przeciw Portugalii do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości - dowiedział się blogUE. Razem z Komisją chcemy zmusić Portugalię, podobnie jak inne kraje Unii, do zniesienia wszelkich barier w transgranicznym świadczeniu usług 
Portugalia, podobnie jak większość krajów „starej” Unii, teoretycznie otworzyła swój rynek pracy dla pracowników z „nowych” krajów UE. Ale swojego rynku usług, zwłaszcza w sektorze budowlanym - aż tak bardzo już otworzyć nie chciała. I w 2004 r. wprowadziła przepis, na podstawie którego każda firma spoza Portugalii - chcąca świadczyć usługi budowlane (budowy, przebudowy, naprawy itp.) - musi uzyskać specjalne zezwolenie. Niełatwe do zdobycia. W praktyce, próbując zdobyć takie zezwolenie, usługodawca musi w Portugalii założyć... stałą siedzibę. 
Po namyśle, w 2008 r. Komisja Europejska uznała, że w ten sposób Portugalia de facto blokuje dostęp do swojego rynku firmom budowlanym z innych krajów UE - co stanowi naruszenie art. 49 unijnego traktatu. W październiku ubiegłego roku KE skierowała oficjalną skargę przeciwko Portugalii do unijnego trybunału. A Polska do tej skargi, za zgodą ETS, dołączyła. W środę do Luksemburga (gdzie trybunał ma swoją siedzibę) zostały przesłane oficjalne dokumenty w tej sprawie.
- Polski rząd argumentuje, iż nie jest dopuszczalne stosowanie wobec usługodawców z innych państw członkowskich wszystkich wymogów, które obowiązują przedsiębiorców krajowych. W ten sposób państwo członkowskie pozbawia efektywności art. 49 traktatu, na mocy którego świadczone są usługi transgraniczne - wyjaśnia nam Dorota Lutostańska z departamentu prawa UE w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej. Zdaniem polskiego rządu, Portugalia po prostu nie ma prawa nakładać na polskie firmy (ale równie dobrze na czeskie, rumuńskie, słowackie itp.) dodatkowych obowiązków. I musi uznać, że te firmy podlegają już rejestracji (i kontroli) w krajach macierzystych.
Teraz, już w trakcie postępowania przed sędziami ETS, polscy eksperci będą pomagali znaleźć argumenty prawne przeciwko portugalskim praktykom.
Jednak to nie ewentualna przegrana portugalskiego rządu przed ETS jest w tym procesie najważniejsza. Wydając wyrok korzystny dla polskich firm i pracowników, ETS stworzy kolejny precedens prawny - na który będzie się można powoływać w ewentualnych sporach z innymi państwami Unii, ważniejszymi  (patrząc z perspektywy zatrudnienia i świadczenia usług) niż Portugalia. Np. w Niemczech, Holandii albo Francji.
Jest to już kolejna sprawa dotycząca ograniczeń w swobodzie świadczenia usług, do której Polska przystąpiła. Wcześniej Polska przyłączyła się - z dość dobrym skutkiem - do pozwów Komisji przeciwko Niemcom i Szwecji.

16:28, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link

Z kronikarskiego obowiązku: Sąd Najwyższy orzekł przed chwilą, że wynik czerwcowych wyborów do Europarlamentu jest ważny. SN odrzucił wszystkie protesty, jakie do niego spłynęły. W 21 przypadkach te protesty nie były wogóle ''valid'' (bo wniesiono je w złym terminie), zaś w pozostałych sprawach (22) sędziowie nie doszukali się żadnych uchybień wobec ordynacji.

No i pozamiatane. Teraz chyba już oficjalnie blogUE może skreślić ze swoich ustawień rubrykę ''wybory do Europarlamentu''.  

12:38, konrad.niklewicz , Wybory do Europarlamentu
Link

Szefowie rządów i państw UE zjadą się 17 września do Brukseli, żeby ustalić wspólne stanowisko Unii Europejskiej w międzynarodowych negocjacjach ws. reformy rynków finansowych - podał portal EUobserver, powołujący się na niemiecką agencję informacyjną DPA.

Unijne rządy muszą ustalić, jakie jest ich wspólne stanowisko, bo już tydzień później, w amerykańskim Pitsburghu, odbędzie się szczyt największych gospodarek świata G20.
Łatwo nie będzie. Gołym okiem widać, że poszczególne państwa UE w różny sposób wyobrażają sobie reformę reguł rządzących światowymi finansami. Taki na przykład prezydent Francji Nicolas Sarkozy bawi się w mikro-zarządzanie francuską gospodarką i właśnie wymusił na francuskich bankierach, prośbą, groźbą i medialną nagonką, żeby obniżyli sobie pensje. Sarkozy nie ukrywa, że podobne rozwiązanie chciałby wprowadzić na całym świecie, bo, jak stwierdził, „it is possible to change the rules of financial capitalism. The problem is global and has to be treated globally” (cytat za EUobserver -  Bloomberg). Na drugim biegunie jest brytyjski rząd, który niechętnie wypowiada się o jakimkolwiek zwiększeniu uprawnień regulatorów rynkowych.

12:13, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link
wtorek, 25 sierpnia 2009

Gdzie? W Wielkiej Brytanii. Rząd właśnie przyznał, że z powodu biurokratycznego błędu sprzed 25 lat, przez kilka najbliższych miesięcy sprzedaż filmów pornograficznych dzieciom (wszelkich, bez ograniczeń, w każdej postaci) nie będzie podlegać żadnym szykanom. Okazuje się bowiem, że specjalna ustawa, która penalizuje sprzedaż pornografii (Video Recordings Act z 1984, znana jako „VRA”) jest nielegalna. Bo przed ćwierćwieczem jakiś urzędnik rządowy... zapomniał przekazać tejże ustawy do obowiązkowej notyfikacji w Komisji Europejskiej. (Tak, tak - ta sprawa była już wówczas regulowana także na poziomie unijnym i stąd konieczność notyfikacji). Dlaczego popełniono pomyłkę? Dziś nie dojdziesz. Może to miało jakiś związek z faktem, że urzędnicza wpadka przydarzyła się za rządów administracji Żelaznej Margareth Thatcher, niezbyt chętnej unijnym instytucjom (najoględniej mówiąc)?
- Unfortunately, the discovery of this omission means that, a quarter of a century later, the VRA is no longer enforceable against individuals in United Kingdom courts - przyznała Barbara Follett, brytyjska minister kultury i turystyki, cytowana przez agencję Reuters.
Władze brytyjskie kończą już prace nad nowym aktem prawnym, który zastąpi VRA. Ale póki co, każdy może wciskać najbardziej obsceniczne filmiki sześciolatkom. Ba, może to robić na oczach bobbies. I g. będą mu mogli zrobić.
Brytyjskie stowarzyszenie producentów filmowych zapowiedziało, że mimo wszystko nadal będzie stosować się do przepisów ustawy (tj. będzie przesyłać filmy do cenzorskiej oceny w British Board of Film Classification) - tyle, że na zasadzie dobrowolności. Co jednak zrobią producenci ”prawdziwego” porno - tego nie wie nikt.
BlogUE pozostaje mieć nadzieję, że brytyjskie dzieciaki będą bardziej zainteresowane np. tym:

Tintin z wikipedii

13:23, konrad.niklewicz , Społeczeństwo
Link

Unia nie wróciła jeszcze do business as usual, ale podskórne prace nad nowymi, unijnymi „dilami” już trwają. Z polskiej perspektywy, jednym z najważniejszych tematów do załatwienia jest sprawa specjalnego unijnego funduszu, który ma finansować inwestycje pro-ekologiczne w państwach rozwijających się.
BlogUE wiele razy już o tym pisał, między innymi tutaj, ale podejrzewam, że nie wszyscy Czytelnicy mają czas wracać do starych blognotek. W telegraficznym więc skrócie: powstanie takiego funduszu jest konieczne, jeśli chcemy skłonić inne państwa (zwłaszcza azjatyckie i afrykańskie) do zgodny na podpisanie, w grudniu br. w Kopenhadze, nowej międzynarodowej umowy o redukcji emisji CO2. To nowe porozumienia zastąpiłoby protokół z Kioto - wkrótce wygasający. UE proponuje, żeby redukcje emisji CO2 sięgały 20 - 30 proc. To dużo. Żeby skłonić Azję i Afrykę do takiego wysiłku, marchewka (fundusz pomocowy) musi być pokaźny. Ale jak go sfinansować? Tu zaczęły się schody. Bo pierwsza propozycja zasad finanwowania tego nowego unijnego funduszu przewidywała, że wpłaty do niego zależałyby w dużym stopniu od emisji CO2. Co oznaczało, że nieproporcjonalnie duży wysiłek finansowy spadłby na barki nowych (biedniejszych) państw Unii. Zwłaszcza Polski, która ma 12-proc. udział w emisji gazów cieplarnianych w całej Unii.
Na szczęście, jak dowiaduje się blogUE, w ostatnich miesiącach sprawy poszły w dobrym kierunku. Kilka krajów UE udało się przekonać do modyfikacji mechanizmu. Co najważniejsze, chyba udało się przekonać Szwecję, która teraz sprawuje przewodnictwo w UE. - Nie ma jeszcze politycznego porozumienia, ale sprawy związane z zasadami podziału obciążeń finansowych idą w dobrym kierunku. Jest już projekt nowego algorytmu, który dzieliłby składki. Wiele zależy od spotkania premierów Donalda Tuska i Frederika Reinfeldta - powiedział dziś blogUE jeden z wysokich rangą urzędników rządowych.
W czasie, gdy my dogadujemy się ze Szwedami w sprawie zasad finansowania unijnego eko-funduszu dla państw rozwijających się, Francja zdecydowała się na odważne posunięcie: najprawdopodobniej od 2010 r. w tym kraju emisja CO2 zostanie... opodatkowana!
Jak ujawnił francuski minister ds. budżetu Eric Woerth, podatek wniesie mniej niż 32 euro od każdej wyemitowanej tony CO2. W jaki sposób podatek będzie ściągany? Przede wszystkim na stacji benzynowej: za każdy litr benzyny lub ON trzeba będzie zapłacić 7 - 8 eurocentów dodatkowego podatku (oprócz akcyzy i VAT-u). Z czasem podatek będzie rósł - nawet do 100 euro za tonę CO2 w 2030 r.

12:01, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link
poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Komisja Europejska opublikowała listę czterech tysięcy linii lotniczych, firm transportowych i... wojskowych flot powietrznych, które będą musiały włączyć się do europejskiego systemu ograniczania emisji CO2 (oraz do systemu handlu uprawnieniami do emisji - ETS), począwszy od 2012 r. Na liście znalazły się największe nazwy: Lufthansa, Alitalia, Air France-KLM, US Airways, United, Airbus, Dasault, mniejsze prywatne firmy wypożyczające samoloty itp.
Co ciekawe, Komisja Europejska chce, żeby (już na zasadzie dobrowolności i specjalnych umów) do ETS-u włączyły się siły powietrzne takich państw jak Rosja lub Izrael, które, a jakże, sporo latają nad i w okolicach unijnej przestrzeni powietrznej. Oczywiście, nie muszą się przyłączać, ale wówczas UE będzie domagała się od zainteresowanych rządów stosowanej zapłaty... Jak to w praktyce wyjdzie, czas pokaże. BlogUE jakoś nie za bardzo jest w stanie uwierzyć w udział rosyjskiej armii w tym przedsięwzięciu (bo z Izraelem UE na pewno się dogada).
O tym, że transport lotniczy zostanie włączony do ETS-u (po elektroenergetyce, przemyśle hutniczym, chemicznym itp.) Unia Europejska zadecydowała w 2008 r.

11:06, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link
piątek, 21 sierpnia 2009

I znów wiadomość, która ucieszy zarówno twardych przeciwników Unii Europejskiej, jak i jej wielbicieli (do których blogUE na pewno się zalicza).

Ci pierwsi będą mogli z triumfem mówić o kolejnym przykładzie „legislacyjnego szaleństwa” eurokratów z Brukseli. Ci drudzy będą mieli dowód na to, że ktoś w Brukseli chce zadbać o nasze (obywateli) bezpieczeństwo.

Otóż Komisja Europejska zagroziła w piątek, ustami komisarz Viviane Reding, że jeśli do końca roku państwa i producenci samochodów w UE dobrowolnie nie wprowadzą do produkcji (albo przynajmniej w fazę prób) automatycznego systemu powiadamiania o wypadkach - to wówczas KE przygotuje dyrektywę, która wprowadzenie takiego systemu im nakaże.

Chodzi o specjalny układ elektroniczny, montowany w samochodach, który - w razie ciężkiego wypadku - sam dzwoniłby na telefon alarmowy i przekazywał zakodowaną informację o zdarzeniu. Wbrew pozorom, ten system nie jest aż tak skomplikowany. Do połączenia byłby wykorzystywany system GSM (praktycznie cała Unia jest pokryta sygnałem telefonii komórkowej). W całej UE już teraz działa jeden i ten sam numer alarmowy 112 - i to właśnie tam wydzwaniałby automaty. A skąd komputer miałby wiedzieć, że samochodowi przydarzył się wypadek? Też proste: rejestrowałby sygnał innego obwodu elektronicznego o odpaleniu poduszek powietrznych. Ci co jeżdżą, wiedzą: poduszki nie włączają się przy byle stłuczce. (A pamiętajmy, że już od dawna wszystkie nowe samochodu w UE sa obowiązkowo wyposażone w przynajmniej 1. poduszkę powietrzną). Zamontowany w kabinie mikrofon przekazywałby operatorowi numeru ratunkowego dźwięk z miejsca wypadku. Ofiary - jeśli byłyby przytomne - mogłyby porozumieć się z ekipą ratunkową. Eksperci Komisji szacują, że koszt takiego urządzenia (który zostałby oczywiście wliczony w cenę pojazdu, tak jak koszt poduszki powietrznej, systemu ABS itp.) to 100 euro. Ten system miałby tę dodatkową zaletę, że emisja sygnały GSM pomogłaby zlokalizować miejsce wypadku. To może uratować życie kierowcy, który np. jadąc nocą, boczną drogą, wpadł na drzewo i stracił przytomność.

- Je souhaite que les premiers véhicules équipés de ce dispositif soient mis en circulation dčs l'année prochaine - ogłosiła wczoraj Reding. (- Życzę sobie, żeby pierwsze samochody wyposażone w ten system pojawiły się w ruchu już w 2010 r.). - Si les choses n'accélerent pas, la Commission est préte a définir des regles claires qui obligeront les gouvernements, les entreprises et les services d'urgence a prendre leurs responsabilités - dodała. (- Jeśli sprawy nie przyspieszą, Komisja jest gotowa ustanowić reguły, które zmuszą rządy, firmy i służby ratunkowe do podjęcia działań).

Komisja Europejska twierdzi, że istnienie tego systemu w każdym roku pozwoliłoby uratować 2,5 tys. osób. W 2008 r. w całej UE było 1,2 mln wypadków drogowych. Śmierć poniosło w nich 39 tys. osób, 1,7 mln osób odniosło rany. Każdego roku wypadki drogowe narażają gospodarkę europejską na straty rzędu 160 mld euro.

15:17, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
wyborcza.pl
Konrad Niklewicz

Konrad Niklewicz, od ponad 10 lat dziennikarz i redaktor „Gazety Wyborczej”. Od ośmiu lat w dziale gospodarczym, w latach 2005 - 2007 był korespondentem „Gazety” w Brukseli.
dowiedz się więcej »

Follow konradniklewicz on Twitter
top | © Agora SA | design by kate_mac