Co się dzieje w Unii Europejskiej? Autorski przegląd najważniejszych spraw i wydarzeń z życia wspólnoty.
piątek, 30 kwietnia 2010

Przedstawiciele nowego, ukraińskiego rządu narzekają, że Unia Europejska źle traktuje Ukrainę. Wypominają brak ruchu bezwizowego, oskarżają Brukselę o - cytat - "nie dotrzymywanie obietnic". I jeszcze twierdzą, że układ stowarzyszeniowy (który UE chciałaby podpisać z Ukrainą do końca 2010 r.) jest niesprawiedliwy, bo niby oddaje ukraiński rynek na pastwę unijnych firm (???), a zarazem nie dopuszcza ruchu w drugą stronę.
Zniecierpliwieni ukraińcy straszą Unię, że skoro nie chce się z nimi w trymiga zjednoczyć na ukraińskich warunkach, to może trzeba się będzie związać z Rosją.
- People in my leadership are extremely pragmatic. If we don't have real deliverables from contacts with the EU and we just see more and more pre-conditions, of course we will have closer business relations with countries such as Russia, Kazakhstan and Belarus - powiedział portalowi EUobserver ukraiński wiceminister spraw zagranicznych Konstantin Jelisejew. 
Najwyraźniej zapomniał, że w ostatnich latach Unia dała Ukrainie 3 mld euro bezzwrotnej pomocy. I że oferuje sporo więcej, gdyby tylko Ukrainie chciało się grać zgodnie z zasadami wyznawanymi w Unii, tj. gdyby zechciała wprowadzić reformy gospodarcze i wzmocnić demokrację.

Prawdę powiedzawszy, blogUE ma tych ukraińskich narzekań serdecznie dość. Naprawdę zamierzacie, ukraińscy bracia, szantażować Europę Rosją? Wy nam chcecie dawać lekcje "sprawiedliwości'? Proszę bardzo, szantażujcie. A najlepiej - spełnijcie swoje groźby. Przecież macie jeszcze tyle zasobów (i terytoriów) które możecie przehandlować Rosji za tańszy gaz.
Powodzenia.

Tagi: Unia
19:32, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (4) »

Zamiast świętować szóstą rocznicę big-bangu, Unia (a zwłaszcza kraje strefy euro)  całą uwagę mają skoncentrowaną na reformie reguł dyscyplinujących członków strefy euro.
Dotychczasowe przepisy nie zadziałały, okazały się za słabe. Unijne rządy rok w rok tolerowały zbyt wysokie deficyty budżetowe, powiększając dług publiczny. Nikt nigdy nie został ukarany, a werbalna krytyka Komisji spływała po zainteresowanych jak woda po, ekhm, kaczce.
Jak donosi korespondent „Gazety” w Brukseli, Tomek Bielecki, Komisja Europejska przygotowuje nowe rozwiązanie. Propozycja pierwsza: budżety każdego z państw strefy euro będą oceniane co roku przez pozostałe rządy, w drodze głosowania na forum Eurogrupy. (Przy czym negatywna opinia nie rodziłaby skutków prawnych, a jedynie presję polityczną).
Propozycja druga: państwa notorycznie łamiące dyscyplinę budżetową byłyby karane odcięciem funduszy strukturalnych i spójnościowych.
I tu blogUE ma poważną wątpliwość. Bo tak naprawdę, dla kogo miałby być ta kara? Dla Francji, dla Niemiec? Toż to w ich przypadku fundusze strukturalne są równie obfite co kocie łzy. Propozycje Rehna byłyby straszakiem jedynie dla Grecji, Hiszpanii i Portugalii. A i tak coraz mniejszym, bo rzeczone państwa są już w fazie wygaszania pomocy. 
Swoje pomysły (alternatywne? takie same?) ma przygotować zespół-specjalny, powołany przez szefa Rady UE Hermana Van Rompuy'a. Już wiadomo, że w składzie tej grupki znajdzie się polski minister finansów Jacek Rosotowski. To ciekawe: zaproszono nas, choć jeszcze długo w strefie euro nie będziemy.

Last but not least. Pisałem już o tym w komenatrz dla "Gazety Wyborczej", napiszę i tu. Nawet największa dyscyplina budżetowa nie wystarczy, żeby eurogospodarkę uzdrowić. Zmiana musi sięgnąć dużo głębiej. Przypomnę, co parę miesięcy temu powiedział mi Norbert Walter,  główny ekonomista Deutsche Banku: - Jest jeden sposób, bardzo potężny, by przyspieszyć wzrost gospodarczy w Europie: musielibyśmy przekonać Europejczyków, żeby zgodzili się pracować do 70. roku życia, anie np. do 50. jak kolejarze we Francji i Włoszech. Jeśli Europejczycy wolą wypoczywać, zamiast pracować, to niech pogodzą się ze wzrostem PKB 1 proc. rocznie - mówił.
W podobnych duchu (ale stawiając akcent nad koniecznością ujednolicenia reguł) wypowiedział się w piątek premier Francji Francois Fillon. Cytat za agencją AFP: - On ne peut pas avoir la meme monnaie et travailler 42 heures dans un pays et 35 ou 37 dans l'autre. On ne peut pas avoir la meme monnaie et partir a la retraite a 67 ans dans un pays et a 56 ou 57 dans un autre. Ca ne tiendra pas tres longtemps. [- Nie możemy mieć wspólnej waluty i pracować 42 h w jednym kraju i 35 albo 37 h w innym. Nie można mieć wspólnej waluty i przechodzić na emeryturę w 67 roku życia w jednym kraju, i w 56 i 57 roku życia w innym. To się długo nie utrzyma].

Jesteśmy na to gotowi?

12:01, konrad.niklewicz
Link Komentarze (10) »
czwartek, 29 kwietnia 2010

W sobotę minie sześć lat, odkąd Polska stała się członkiem Unii Europejskiej. Aż się chce zaśpiewać, na melodię znaną i lubianą.
Szybko zleciało, nie? Już pewnie wszyscy zapomnieli te słodkie czasy, gdy do Paryża leciało się z paszportem i wizą, a kolejka na przejściu granicznym w Świecku sięgała czterech dobokilometrów. I pewnie nikt nie pamięta czasów, kiedy wysyłka towarów do kontrahenta w Niemczech wiązała się wypełnieniem miliona kretyńskich druków i odstania swojego w UC. Czasów, gdy ujnia NIE płaciła za budowę naszych dróg.
Leniuch, ty już wiesz, że ten fragment notki jest specjalnie dla Ciebie: w okresie 1 maja 2004 - 28 luty 2010 r. Polska wpłaciła 16,7 mld euro, a dostała 38,1 mld euro. Na plusie jesteśmy więc 21,4 mld euro. I choćby przyszło tyciąc matematyków, i każdy wziął ze sobą tysiąc laptop(ików) - nie wyjdzie inaczej.
Unia mocno przemodelowała nam gospodarkę. Czy szanowni Czytelnicy zdają sobie sprawę, że 80 proc. naszego handlu zagranicznego przypada na partnerów.  I że w tym handlu nie mamy już deficytu (w 2009 r. byliśmy na 11-miliardowym plusie)? Gdyby nie to, że gaz i ropę musimy kupować Od Iwana, a mydło i powidło od żółtego Mao - to byśmy, Panie dziejku, drugi Tajwan już sobie zrobili. W naszej chacie-z-kraja.
Także dzięki pieniądzom setek tysięcy dzielnych Polek i Polaków, którzy postanowili szukać szczęścia w innych krajach Unii. Tak - jakby nie patrzeć - zasługa członkostwa.
BlogUE zamurowało, gdy dowiedział się, że po 1 maja 2004 r. wielkość transferów prywatnych napływających do Polski od naszych "ekspatów" przekroczyła 24 mld euro! Tak, dobrze państwo przeczytaliście. Dopiero w 2010 r. kwota funduszy strukturalnych przeskoczy to, co nam kuzyni z Birmingham, Schaerbeek i Dortmundu przysyłają.

Ale jakoś nikomu nie chce się w Europie świętować. Stary Kontynent wciąż tkwi w kryzysie i ani mu w głowie cieszyć się koleną rocznicą najbardziej udanego projektu gospodarczo-politycznego ostatnich dekad. Szkoda.

Tagi: Polska Unia
20:23, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link Komentarze (15) »
środa, 28 kwietnia 2010

Temat niechcący wypłynął mi w czasie dyskusji z jednym ze stałych bywalców - rockierem, pod jedną z poprzednich blognotek. Ale ponieważ nie każdy czyta komentarze, to powtórzę w osobnej notce.
Niemieccy politycy, ekonomiści i zwykli podatnicy będą jeszcze długo jęczeć wniebogłosy, że oto dzieje im się krzywda, bo muszą pożyczać pieniądze (niemałe!) Grekom. Nasi kochani sąsiedzi z Zachodu mają oczywiście rację: to jest jedna wielka niesprawiedliwość i hańba, że teraz oni (razem z Francuzami, Holendrami, Włochami itp. itd.) będą musieli zrzucać się na kraj, który koncertowo wszystkich przez lata oszukiwał, żył ponad stan i w ogóle pakował się (i nas) w kłopoty.

Problem w tym, że kraje strefy euro po prostu MUSZĄ dać Grecji kasę, bo tak naprawdę w ten sposób same siebie wykupują z problemów. Ba, nie dość tego: wykupują się z problemów nieco mniejszym kosztem (bo do zrzutki ściągnięto także MFW), a jeszcze na dodatek winę za wszystko mogą zrzucić na Grecję.
A oto dlaczego: według szacunków "The Economist", w najbardziej ostrożnym wariancie, banki z państw strefy euro mają umoczone w greckich papierach skarbowych ok. 62 mld euro. W warinacie najgorszym - ponad 120 mld euro. Niemieckie banki (np. Hypo Real Estate) mają w portfelu od 15 do 30 mld. Banki francuskie - od 27 do 52 mld.
Gdyby teraz Grecja ogłosiła default, to - jak szacuje "The Economist" - z tych papierów udałoby się odzyskać około połowy sumy nominalnej. (Bo przecież default nie oznacza, że państwo nie zwraca nic).
A więc z dnia na dzień banki francuckie, niemieckie, holenderskie itd. musiałyby sobie wliczyć do bilansu 31 - 60 mld euro straty. Biorąc pod uwagę ich obecną kondycję, na 99 proc. pobiegłyby do swoich macierzystych rządów o pomoc publiczną (bo inaczej wiele z nich szlag by trafił). Mając przystawiony do głowy pistolet pomoru banków, rządy jakoś by tę kasę wykrztusiły.
Nie dziwota, że wolą znaleźć te miliardy już teraz i dać je bezpośrednio Atenom. Można przynajmniej udawać, że to "dla biednych Greków".
(The Economist z 17 kwietnia br., strony 64 - 66. Polecam, doskonała lektura!).

18:47, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link Komentarze (6) »

Rynek jak to rynek: panikuje i sam się w swojej panice nakręca. Sporo inwestorów pewnie obstawiło dalsze pogłębienie greckich kłopotów, więc także przez kolejne tygodni będziemy świadkami ”gry na upadek”. Cóż, takie zbójeckie prawo rynku. Grecy niech mają sami do siebie pretensje, że obudzili potwora.
Rolą pozostałych unijnych rządów jest teraz tego potwora ubić. Jak najszybciej, bo wszystkim bruździ.
Kanclerz Niemiec Angela Merkel spotyka się z szefem EBC Jean-Claudem Trichet'em i szefem MFW Dominique Strauss-Kahnem. Rzecznik niemieckiego ministerstwa finansów już zapowiada, że pierwsza transza pożyczki dla Grecji mogłaby zostać wypłacona w okolicach 7 maja.
Merkel zgodzi się na wypłatę, choć ma wielki kłopot z przekonaniem Niemców do tej smutnej konieczności. Nawet znany ekonomista, szef instytutu Ifo Hans-Werner Sinn ostrzega, że pożyczone Grekom pieniądze (na Niemców przypadnie ok. 8 mld euro) zapewne nigdy nie zostaną zwrócone.
Uspokoić rynkowe nastroje stara się Komisja Europejska. W środę poprosiła agencje ratingowe (m.in. Moody's i Fitch) o rozsądek. Ostatnią falę gorączki wywołał nie kto inny, jak właśnie te agencje - które ogłosiły, że greckie papiery skarbowe zasługują na rating  ”śmieciowy”. BlogUE chce nikogo krytykować (wszak agencje ratingowe to potrzebny gracz na rynku), ale tylko przypomnę, że te same agencje wystawiały bardzo dobre oceny różnego rodzaju ”produktom finansowym”, które w 2008 r. okazały się wysoce toksyczne. Ergo: nie są nieomylne. O czym Komisja uprzejmie przypomina.
Wywołany przez Greków pożar na rynku skłonił polityków w innych krajach do podjęcia nadzwyczajnych - w pozytywnym sensie - kroków. Przykładowo, Portugalscy politycy tak bardzo przestraszyli się, że ich kraj może pójść w ślady Grecji, że aż ogłosili ponadpartyjne porozumienie. Socjaldemokratyczny premier Jose Socrates i lider chadeków Pedro Passos Coelho ogłosili właśnie, że wspólnie będą głosować za wdrożeniem drakońskiej reformy finansów publicznych (polegającej głównie na cięciu wydatków).
Nie można by tak u nas?

wtorek, 27 kwietnia 2010

Janusz Lewandowski, polski komisarz ds. budżetu, zaprezentował we wtorek swoje pierwsze ”dziecko”: projekt unijnego budżetu na 2011 r. W tekście dla ”Gazety” opisałem rzecz z polskiej perspektywy - podkreśliłem, że w przyszłym roku Polska skonsumuje grubo ponad 20 proc. kwoty z przegródki pt. ”fundusze strukturalne i spójnościowe”.

Skoncentrowałem się na tym wątku, bo taka informacja (że my, my i jeszcze raz my skasujemy ponad 10 mld euro) przeciętnego czytelnika pewnie zainteresuje najbardziej. Bo jak powiedział klasyk: ”aby Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej”*

Czytelników bloga pewnie jednak takimi błyskotkami nie zainteresuję. Więc zdejmuję narodowe okulary i dorzucam jeszcze kilka info. Pierwsza ciekawa informacja: Komisja proponuje, by łączny poziom zobowiązań w przyszłym roku sięgnął 142,6 mld euro. To dużo. Druga dobra wiadomość: w ramach tej kwoty, ok. 58 mld euro Unia wyda na inwestycje bezpośrednio związane ze Strategią Lizbońską (np. finansowanie inwestycji innowacyjnych). Tyle samo co na rolnictwo. (Pamiętacie jeszcze, jakie proporcje były np. 10 lat temu?)
Trzecia dobra wiadomość: Komisja proponuje skokowy wzrost wydatków na ”VII Program Ramowy”, czyli na specjalny program pomocowy, zarządzany centralnie z Brukseli i finansujący obiecujące badania naukowe w całej UE. Do tej skarbonki trafi w 2011 r. 8,6 mld euro, czyli więcej niż wszystkie, absolutnie wszystkie wydatki na unijną administrację.
I na koniec, wisienka na torcie. Budżet na 2011 r. będzie pierwszym rocznym planem wydatków przyjętym na podstawie Traktatu Lizbońskiego. A to oznacza, że po raz pierwszy w historii Parlament Europejski będzie miał dokładnie tyle samo do powiedzenia co Rada UE. Będzie mógł np. zmienić planowane kwoty wydatków rolnictwa. Jak z tych uprawnień skorzysta - zobaczymy. Może być niezła jazda.
Zła wiadomość jest taka, że budżet na transeuropejskie sieci transportowe i energetyczne wyniesie tylko 1,3 mld euro. Komisja wciąż stoi na stanowisku, że sieci elektroenergetyczne to coś, co powinno być budowane za pieniądze prywatnych inwestorów. I kto wie, może ma trochę racji? 

Jeśli macie cierpliwość, komunikatu Komisji jest tutaj

* oczywiście wiem, skąd pochodzi ten cytat. Zwracam jednak uwagę na fakt, że w odróżnieniu od Edwarda Gierka, Unia Europejska really mean it.

17:47, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link
poniedziałek, 26 kwietnia 2010

- Yes we have a deal! - zapewniali w poniedziałek wieczorem przedstawiciele Catherine Ashton, szefowej unijnej dyplomacji.
Ale rozmówcy blogUE kręcili głowami. Architektura kierownictwa unijnej służby dyplomatycznej wciąż nie została ostatecznie, na 100 proc. uzgodniona.
Teoretycznie na stole leży już tylko jeden pomysł: by Ashton miała za plecami ”sekretarza generalnego - wykonawczego” (”secrétaire général exécutif”) i dwóch ”zastępców sekretarza generalnego” (”secrétaires généraux adjoints”). Co więcej, wczoraj w Luksemburgu już otwarcie się mówiło - tak przynajmniej twierdzi agencja AFP - że jedno z tych stanowisk przypadnie Polakowi.
Ale jeden Pan Bóg raczy wiedzieć, czy rządom się jeszcze nie odwidzi. I co powie Europarlament.
Polscy dyplomaci byli więc baardzo ostrożni. Twierdzili, że na poniedziałkowym spotkaniu ministrów spraw zagranicznych w Luksemburgu uzgodniono tylko, cytuję dyplomatę, ”dobrą decyzję ramową”. A w ramach tej decyzji, mały bonusik dla Polski: to właśnie w czasie naszej prezydencji - kiedy polski rząd będzie współkierował pracami UE, w II połowie 2011 r. - Unia będzie korygować ewentualne wady Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych (lub, jak kto woli, External Action Service, vel Service d'action extérieure).
Tłumacząc z ichniego na nasze: to my będziemy mogli wskazać, co w ”dyplosłużbie” nie działa.

22:00, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (2) »

Może już dziś dowiemy się, czy Polak będzie jednym z nieoficjalnych zastępców Catherine Ashton w unijnym korpusie dyplomatycznym. W chwili, gdy piszę tę blognotkę, w Luksemburgu rozpoczyna się rada unijnych ministrów spraw zagranicznych. Ma ona podjąć ostateczną decyzję w sprawie kształtu nowej struktury. Ashton namawia rządy, by zgodziły się na kolegialne kierownictwo: ona sama plus trzech sekretarzy generalnych, z wiodąc rolą jednego z nich (zapewne Francuza Pierre Vimonta).
W tym wariancie, jeden z trzech stołków ma przypaść przedstawicielowi Europy Środkowej. Albo Węgrowi, albo Polakowi. Partnerstwo Wschodnie (stworzone przez rząd Tuska razem z Czechami i Szwedami) daje największe szanse właśnie nam.
Może więc już dziś będziemy wiedzieć, czy Mikołaj Dowgielewicz ponownie przeniesie się z Warszawy do Brukseli.

10:09, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (9) »
sobota, 24 kwietnia 2010

Jeden z rozmówców blogUE, komentując prośbę Grecji o uruchomienia pakietu pomocowego UE-MFW, zauważył: - Teraz już brakuje tylko tego, żeby ktoś w Grecji, ktoś z polityków, poszedł do kryminału.
Celna uwaga.
To, co przez długie lata wyczyniali greccy politycy wszelkich opcji, to było zwykłe przestępstwo - celowe działanie na szkodę kraju.
Kolejne greckie rządy musiały wiedzieć, czym grozi kontynuacja życia na kredyt, brak kontroli nad wydatkami i wpływami budżetowymi. To nie była zwykła niekompetencja polityczna i chęć przypodobania się bujającemu w chmurach elektoratowi. Politycy zachowywali się w pełni świadomie, jak zarząd spółki, tolerujący fakt, że spółka jest okradana, że wypłacane wynagrodzenia przekraczają dochody, że przyjmowane są zobowiązania przewyższające majątek firmy itp. itd.
W każdym cywilizowanym państwie za coś takiego grozi odsiadka.

Garść faktów: grecki dług publiczny sięga 300 mld euro. Tylko w 2010 r. Grecja musi pożyczyć 53,2 mld euro - 22 proc. swojego PKB. W ramach tej kwoty: 12,95 mld euro to odsetki, ponad 30 mld euro to zapadające pożyczki, a 10 mld euro - "zwykły" deficyt budżetu, który trzeba jakość załatać. Przez pierwsze cztery miesiące (niecałe) 2010 r. Grecja pożyczyła 28,5 mld euro. Teraz, gdy odsetki za 10-letnie obligacje sięgnęły 9 proc., grecki rząd powiedział pas. I prosi o pomoc Unię.

Z greckiej tragedii Polska i inne kraje Unii powinny wyciągnąć jeden wniosek: katastrofy finansów da się uniknąć tylko tnąc (radykalnie!) wydatki "socjalne". Tak, jak pisze znany ekonomista Daniel Gros, szef brukselskiego think-tanku CEPS: - The key problem, which has not been addressed so far, is that a fiscal adjustment on this scale requires the government to take two steps that can be implemented only with wide social approval: a cut in wages and a cut in social expenditure. Both steps are now as unpopular in Greece as they are unavoidable.

Polska nie jest jeszcze w sytuacji Grecji, ale na najlepszej drodze do. Z największą w Europie armią emerytów i rencistów, przekonanych, że do końca świata można żyć na koszt zbyt małej grupy pracujących. I dlatego krew mnie zalewa, gdy słyszę - DZIŚ! - peany na cześć polityka, którego głównym "osiągnięciem" politycznym było zawetowanie reformy rent, emerytur i służby zdrowia.

BlogUE do tematu jeszcze wróci.

11:39, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (22) »
piątek, 23 kwietnia 2010

Nie drzyjmy szat, że ”wolski naród jest podzielony”, że nam się frakcja martyrologiczno-chrystusowonarodowo-patriotyczna bije z frakcją osób zainteresowanych przyszłością ich rodzin i dobrobytem kraju.
Nasze podziały to pikuś. Zobaczcie co się właśnie dzieje w Belgii.
W dzień po dramatycznej dymisji rządu koalicyjnego Yvesa Leterme, lokalna prasa - od Ostendy po Arlon - znów straszy rozpadem kraju na flamandzko- i francuskojęzyczną część. I ma wyjątkowo dużo racji.
Delikatna konstrukcja polityczna posypała się, gdy z rządu nagle odeszła liberalna, flamandzka partia VLD.  Odeszła, bo rząd nie realizował jej celu, którym jest odebranie przywilejów tym frankofonom, którzy mają nieszczęście (albo szczęście) mieszkać we Flandrii. Zwłaszcza w gminach otaczających Brukselę. Co więcej, VLD domaga się jeszcze większego pogłębienia autonomii regionalnej (choć już teraz władza rządu federalnego ogranicza się do obronności, sprawiedliwości, spraw wewnętrznych i - częściowo - podatków).

Frankofoni (mieszkańcy Brukseli i Walonii) może i nawet na takie ustępstwa by się zgodzili, ale chcą zachować przynajmniej część transferów budżetowych z bogatszej Flandrii - bo dopiero od kilku lat (może 10?) Walonia krok po kroku odbudowuje ”swoją” gospodarkę, straszliwie dotkniętą upadkiem przemysłu ciężkiego.
Flamandowie płacić najwyraźniej nie chcą i po cichu sugerują, żeby sąsiedzi się do Francji przyłączyli i przyssali do cyca Republiki.
Republika siedzi oczywiście cicho, ale - jak kiedyś opowiadał mi Jean Quatremer, znany francuski dziennikarz z Brukseli - de facto czeka z wyciągniętą ręką, aż jej Walonia sama wpadnie, stając się, ekhm, 97 i 98 departamentem Francji metropolitarnej.

Polityczny konflikt jest tym bardziej kłopotliwy dla Belgów, że już od lipca powinni teoretycznie przejąć po Hiszpanii prezydencję w Unii Europejskiej. Wszystkie dotychczasowe prezydencje Belgów były udane - ta kolejna niestety może być katastrofą. Bo jak zacząć prezydencję BEZ rządu? Jamais vu, jamais couché avec.
Dalszą eskalację kryzysu może powstrzymać już chyba tylko - o tempora, o mores! - Albert II. (Republikańskie serce blogUE krwawi, gdy piszę te słowa). Jeśli Jego Wysokość (tfu, tfu) zacietrzewionych polityków nie ostudzi, w czerwcu Belgię czekają przyspieszone wybory parlamentarne. A te mogą jeszcze tylko wzmocnić kryzys: sondaże pokazują, że aż 40 proc. głosów we Flandrii mogą dostać partie jeszcze bardziej radykalne niż  VLD. Np. Vlaams Belang, którego członkowie głośno żądają... likwidacji Belgii.
- On croit de moins en moins a la survie de la Belgique a moyen ou long terme - mówi Pierre Vercauteren, politolog z uniwersytetu w Mons, cytowany przez AFP. [ - Jest coraz mniej wiary w zdolność Belgii do przetrwania, w średniej i dłuższej perspektywie].
Naprwdę, dziś w Belgii mało komu jest do śmiechu. - Ce pays a-t-il encore un sens? - krzyczy gigantyczny tytuł na pierwszej stronie dziennika „Le Soir”. [- Czy ten kraj ma jeszcze sens?]. Co byśmy nie powiedzieli o naszej polskiej schizofrenii narodowej, takich pytań jeszcze sobie nie zadajemy.

Na marginesie, jedna uwaga. Wybuch kryzysu politycznego w Belgii pokazuje, jak dobrym negocjatorem i ”spinaczem” wojujących obozów jest Herman Van Rompuy, wyszydzany przez wielu szef Rady Unii Europejskiej. Uwierzcie: to naprawdę nie jest przypadek, że rząd belgijski posypał się w kilka miesięcy po odejściu haiku-Hermana. Szkoda, że Unia zyskała tak dobrego polityka kosztem Belgii...
Eh, po prostu szkoda gadać. BlogUE spędził w tym pięknym skądinąd kraju sporo czasu i bardzo się martwi. Oby jednak belgijscy politycy otrzeźwieli.

 
1 , 2 , 3 , 4
wyborcza.pl
Konrad Niklewicz

Konrad Niklewicz, od ponad 10 lat dziennikarz i redaktor „Gazety Wyborczej”. Od ośmiu lat w dziale gospodarczym, w latach 2005 - 2007 był korespondentem „Gazety” w Brukseli.
dowiedz się więcej »

Follow konradniklewicz on Twitter
top | © Agora SA | design by kate_mac