Co się dzieje w Unii Europejskiej? Autorski przegląd najważniejszych spraw i wydarzeń z życia wspólnoty.
środa, 29 kwietnia 2009

W środę po południu do warszawskiego Pałacu Kultury (który przy okazji został ubrany w unijną ”sukienkę”) zjeżdża się pół Europy, z szefami rządów Niemiec, Włoch, Holandii i Francji, przewodniczącymi Komisji i Parlamentu Europejskiej na czele. Merkel, Berlusconi, Balkenedne, Fillion, Barroso i Poettring przyjeżdżają do stolicy, żeby wziąć udział w dorocznym kongresie Europejskiej Partii Ludowej, do której należy - razem z rządzącymi połową Europy chadekami - także PO.
Platformersom udało się załatwić, że ta prestiżowa impreza (o którą starał się też m.in. austriacki Graz) odbywa się właśnie w Warszawie.

I co w tej sytuacji robi PiS? Zapowiada wniosek do prokuratory. Że PO łamie polskie prawo, finansując swoją kampanię do PE za pieniądze zagraniczne. (Bo przecież to wszystko spisek: EPL celowo przed laty postanowiła, że swoje kongresy będzie organizować na wiosnę. W różnych krajach). Pisiowi spindoktorzy najchętniej by pewnie tak zrobili, żeby przylatujących na warszawskie lotnisko polityków witał nie czerwony dywanik, ale prokurator. - Zdrada! Ktoś chce wydać szatańskie ojro w Polsce i kupić Platformie głosy! - wyją genetyczni patrioci.

BlogUE już sobie nawet wyobraża, jakby mogła wyglądać scena prokuratorskiego powitania: - Frau Angela Merkel? Kommen Sie bitte, przesłuchamy. Tak z sześć godzinek. I jeszcze proszę wyjąć z torebki te ojro, które chce Pani Tuskowi pod stołem dać... Schnell, schnell, wyjmować!

Dość. Toż to żenada, poruta do imentu. I to, co BlogUE wymyśla, i to, co PiS próbuje zrobić. Partia niedawno zasilona takimi indywiduuami indywidalnościami politycznymi jak np. posłanka Urszula Krupa (swoją drogą, gratuluję poseł Grażynie Gęsickiej nowych, merytorycznych koleżanek partyjnych. Tak trzymać!) najwyraźniej desperacko próbuje zaistnieć. W jakikolwiek, choćby najbardziej poniżający sposób ”przykleić się” do europejskiej imprezy. I stąd zapowiedź wniosku do prokuratora.
Kiedy prezydent Kaczyński zorganizował swoją wielką imprezę, było ”dumnie”, ”patriotycznie”, za polskie pieniądze,nudno i prowincjonalnie. Pan-Prezydent-Wraz-Z-Małżonką (PPWZM) stali na szczycie schodów Teatru Wielkiego, ”swoich” gości witali...  ale ręki kanclerz Angeli Merkel PPWZM nie uścisnęli, bo szefowa niemieckiego rządu po prostu zlekceważyła zaproszenie.
Podobnie jak pół tuzina innych polityków zachodnioeuropejskich. Tych samych którzy dziś z Tuskiem będą polityczne interesy ubijać.

Ja rozumiem, że PiS boli, że PO próbuje (nie wiemy z jakim skutkiem) załatwić kilka prestiżowych posad dla swoich polityków w unijnych instytucjach (na co PiS nie miałby szans nawet gdyby rządził). Zdaję sobie sprawę, że pisowych spindoktorów wkurza, że Tusk rozmawia z innymi rządzącymi politykami o takich szczegółach, jak np. sposoby łagodzenia kryzysu gospodarczego. Pojmuję, jak bardzo dręczy ich zapowiedź szefa Komisji Europejskiej, Jose Manuela Barroso, który zapowiada, że przypomni Lechowi Kaczyńskiemu, że Traktatu Lizbońskiego nie podpisał, choć obiecał, że to zrobi. I wreszcie rozumiem jak bardzo PiS nie może przeboleć faktu, że na ich imprezy jakoś nikt ważny pofatygować się nie chce.
Ale żeby od razu prokurator? Na Europę?!

11:22, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (3) »
wtorek, 28 kwietnia 2009

W poprzednich blognotkach pisałem, że klęska negocjacji w sprawie dyrektywy o czasie pracy - prócz chaosu prawnego w Europie - oznacza spore komplikacje dla Polski.Bo może zablokować planowaną reformę, uzgodnioną w Komisji Trójstronnej: wprowadzenie 12-miesięcznego okresu rozliczeniowego. (Całość mojego wywodu tu). 

Moja redakcyjna koleżanka Katarzyna Pawłowska-Salińska zadzwoniła do  prawnik, Grażyny Spytek-Bandurskiej, specjalistki prawa pracy i ustawodawstwa społecznego, członkini Zespołu Prawa Pracy w Komisji Trójstronnej. Uspokaja ona: owszem, artykuł 16. starej dyrektywy zakłada, że okres rozliczeniowy nie może przekroczyć czterech miesięcy. Ale trzy artykuły później wyraźnie dopuszcza odstępstwa - tłumaczy ekspert.

Art.19 stwierdza: Prawo wyboru odstępstwa od art. 16 lit. b), przewidziane w art. 17 ust. 3 oraz w art. 18, nie może skutkować ustanowieniem okresu rozliczeniowego przekraczającego sześć miesięcy.Jednakże Państwa Członkowskie mają prawo wyboru, z zastrzeżeniem zgodności z zasadami ogólnymi odnoszącymi się do ochrony bezpieczeństwa i zdrowia pracowników, zezwolenia, z przyczyn obiektywnych lub technicznych lub przyczyn dotyczących organizacji pracy, na układy zbiorowe lub porozumienia zawierane między partnerami społecznymi w celu ustanowienia okresów rozliczeniowych w żadnym przypadku nieprzekraczających 12 miesięcy. Jeśli porozumienia z pracownikami nie będzie, to przedsiębiorca nie może sam wprowadzić takiego rozwiązania na własną rękę.

- Na podstawie tego zapisu możemy znowelizować kodeks pracy - zapewnia Spytek-Bandurska.
Rząd już pracuje nad nowelizacją kodeksu pracy. W Sejmie powinna się znaleźć przed wakacjami. Resort pracy odmówił nam wczoraj odpowiedzi na pytanie, czy stara dyrektywa umożliwi wprowadzenie rocznego rozliczania czasu pracy.

BlogUE nadal ma jednak wątpliwości. IMHO z art. 19 wyraźnie wynika, że ten dwunastomiesięczny okres ma być traktowany jako wyjątek. A nie - jak chce polski rząd - po prostu i na stałe być wmontowany w kodeks pracy, dla wszystkich firm i pracowników. (Nawet jeśli uznamy, że kryzys gospodarczy to ”przyczyna obiektywna” - to przecież nie będzie on trwał wiecznie).

Żebym jednak był dobrze zrozumiany: mam nadzieję, że to ja się mylę. I że reformę uzgodnioną w Komisji Trójstronnej będzie można jednak wprowadzić w Polsce w życie. Bo to jest dobra propozycja, korzystna i dla pracowników, i pracodawców.

A na marginesie. Klęską negocjacji załamana jest największa organizacja reprezentująca przedsiębiorców w UE, Businesseurope. - The on-call time issue has not been solved. Inactive on-call time will continue to be regarded as working time, in line with the interpretation of the European Court. This will be costly for business and for public services, in particular healthcare - stwierdziła w komunikacie. Płaczą też przedstawiciele związków zawododowych: - This is certainly not a victory for social Europe - mówi sekretarz generalny konfederacji ETUC John Monks.

17:26, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link Komentarze (1) »

Tak jak można było się spodziewać, klęsa negocjacji w sprawie nowej dyrektywy o czasie pracy wywołała polityczną awanturę w PE. Chadecy (którzy popierali w tej sprawie Radę UE) już oskarżają swoich ”kolegów” socjalistów o polityczny sabotaż: - The Socialist-dominated negotiating team interpreted their mandate from the Parliament very rigidly, and refused to accept compromises regarding on-call time which were on the table unless there was a parallel agreement to phase out the opt-out. It was obvious from the beginning that the blocking minority on the Council would never agree to this, and so the Parliament's "All or nothing" approach ensured that the result was nothing - stwierdził chadecki poseł Philip Bushill-Matthews, który w Europejskiej Partii Ludowej odpowiada za sprawy społeczne.

Awantura awanturą, ale Polska ma teraz na głowie potężny problem. Potwierdza się bowiem informacja, którą podałem w poprzedniej blognotce - że fiasko negocjacji nad nową dyrektywą o czasie pracy oznacza, że do kosza można wyrzucić porozumienie, jakie polscy pracodawcy i związkowcy z trudem wypracowali w Komisji Trójstronnej. Jest dokładnie tak, jak powiedział mi Maciej Duszczyk, ekspert z IPS UW.
Na przełomie lutego i marca pracodawcy dogadali się, że w sprawie m.in. wprowadzenie nowych zasad rozliczania czasu pracy oraz indywidualnych kont czasu pracy. Jak już pisaliśmy w „Gazecie Wyborczej”, propozycja dotycząca tzw. indywidualnych kont czasu pracy polega na wydłużeniu okresu rozliczeniowego godzin pracy z obecnych trzech miesięcy do roku. W tym czasie pracownik musiałby wypracować przewidziany limit godzin, ale w jednych miesiącach mógłby pracować mniej, np. cztery czy sześć godzin dziennie, a w innych więcej, np. 10 czy 12 godzin dziennie. Zależałoby to od potrzeb pracodawcy, liczby otrzymywanych zamówień. Zarówno wtedy, gdy pracownik pracowałby mniej niż osiem godzin dziennie, jak i wtedy, kiedy pracowałby więcej, otrzymywałby takie samo wynagrodzenie. Pakiet zmian został potwierdzony na posiedzeniu
Prezydium Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych, które odbyło się 20 kwietnia br. 

To porozumienie było robione z myślą o nowej, teraz już utopionej dyrektywie o czasie pracy - której projekt zezwalał na rozliczanie tygodnia pracy w okresie 12 miesięcznym.
Niestety,
stara dyrektywa (2003/88/EC z 4 Listopada 2003) na takie rozwiązanie nie zezwala. Jej przepisy są (w tej akurat sprawie) jasne. Artykuł 6 mówi: a) wymiar tygodniowego czasu pracy jest ograniczony w drodze przepisów ustawowych, wykonawczych lub administracyjnych, lub układów zbiorowych pracy, lub porozumień zawartych między partnerami społecznymi; b) przeciętny wymiar czasu pracy w okresie siedmiodniowym, łącznie z pracą w godzinach nadliczbowych, nie przekracza 48 godzin.

Z kolei artykuł 16. stwierdza: Państwa Członkowskie mogą ustanowić: a) w celu stosowania art. 5 (tygodniowy okres odpoczynku) okres rozliczeniowy nieprzekraczający 14 dni; b) w celu stosowania art. 6 (maksymalny tygodniowy wymiar czasu pracy), okres rozliczeniowy nieprzekraczający czterech miesięcy.

No i mamy klops. Rozmawiałem z ministrem ds. europejskich Mikolajem Dowgielewiczem. Był trochę tą informacją zaskoczony. - Mam informację od komisarza Spidli, że w trybie awaryjnym przygotuje „małą nowelizację” dyrektywy, żeby przynajmniej rozwiązać problem czasu pracy lekarzy - powiedział mi Dowgielewicz. Ale żadnego rozwiązania jeśli chodzi o 12 (lub 4) -miesięczny okres rozliczeniowy na razie nie widać. BlogUE będzie wracał do tematu. Watch this space.

Update. Skotntaktowaliśmy się z ekspertem, który twierdzi, że w ”starej” dyrektywie jest jednak furtka prawna, która pozwala na wdrożenie polskiej reformy. Zachęcam do lektury nowej notki - tam rzecz opisuję.

13:09, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link Komentarze (1) »

A jednak klęska. Ta kadencja Parlamentu Europejskiego kończy się prestiżową porażką, bo nowej dyrektywy w sprawie czasu pracy nie będzie. Choć trwało całą noc z poniedziałku na wtorek, spotkanie koncyliacyjne eurodeputowanych i przedstawicieli Rady UE nie przyniosło efektów. To pierwszy raz w historii Unii, od czasu wejścia w życie Traktatu Amsterdamskiego, gdy Rada i Europarlament nie zdołay dojś do porozumienia w sprawie dyrektywy o czasie pracy!
Ponieważ nowa dyrektywa o czasie pracy była procedowana w ramach kodecyzji - brak kompromisu Rady i PE oznacza, że tekst idzie ostatecznie do kosza.

W ten sposób zmarnowano pięć lat pracy. Ale nie to boli najbardziej. Groźne jest co innego: brak nowej dyrektywy oznacza kolosalny chaos prawny i wielkie kłopoty, niestety także dla Polski.
To, że stara (jak się okazuje, nadal obowiązująca) dyrektywa jest zła, wiadomo od lat. Pełna dziur i furtek, niejednoznacznych przepisów, musiała być na bieżąco „łatana” wyrokami Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.
Komisja Europejska szacowała, że obecnie większość państw unijnych nie spełnia przynajmniej jednego z przepisów starej dyrektywy. Z która teraz będziemy musieli żyć kolejne kilka lat.
Najwięcej problemów sprawiają dwa przepisy: o liczeniu czasu pracy oraz o limicie tego ostatniego. Stara dyrektywa de facto zezwala na nielimitowane przedłużenie tygodniowego czasy pracy. Np. aż do 65, albo 70 godzin tygodniowo (choć w większości krajów UE teoretycznie obowiązuje 48 h). Co więcej, wyroki ETS (oparte o niejednoznaczne przepisy starej dyrektywy) ustaliły, że czas spędzony przez lekarza na dyżurze musi być traktowany jako zwykły czas pracy. To już w 2007 i 2008 wywołało gigantyczny zamęt w polskich szpitalach.
Ale prawdziwa bomba tkwi gdzie indziej. W marcu Polskim pracodawcom i związkom zawodowym, zasiadającym w Komisji Trójstronnej, udało się dojść do przełomowego porozumienia. W zmian za ustępstwa ze strony firm, związki zgodziły się, żeby średniotygodniowy czas pracy był rozliczany w perspektywie pełnych dwunastu miesięcy. To bardzo ułatwiło by życie przedsiębiorcom: w okresie flauty mogli by trzymać pracowników w pracy tylko po kilka godzin dziennie, a w okresie zwiększonych zamówień - mogliby znacząco wydłużać tydzień pracy.
- I teraz robi się ciekawie. Bo „stara” dyrektywa mówi, że czas pracy rozlicza się w okresie czterech miesięcy. I kropka - powiedział mi Maciej Duszczyk, ekspert Instytutu Polityki Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego. Za chwilę może się więc okazać, że odtrąbiony „historyczne porozumienie” w Komisji Trójstronnej będzie nadawało się do kosza, ze względu na swoją niezgodność z prawem unijnym.
No ładnie nas Rada UE i Europarlament urządziły. To kolejny argument, żeby mądrze wybierać eurodeputowanych.
To powiedzawszy, trzeba jednak przyznać, że trwająca kampania wyborcza do Europarlamentu miała prawdopodobnie duży wpływ na to, że porozumienia ostatni nie zawarto. Kryzys gospodarczy wywołał wielką falę nastrojów  „antykorporacyjnych”, propracowniczych, prozwiązkowych i - ogólnie - lewicowych. W takim kontekście wielu eurodeputowanych nie miało odwagi zrezygnować ze swojego podstawowego żądania, jakim było ostateczne zlikwidowanie możliwości przedłużenia tygodnia pracy ponad 48 godzin.
- Le résultat des pourparlers a sans aucun doute été influencé par les prochaines élections au Parlement européen - ocenił czeski minister pracy Petr Necas, komentujący klęskę w imieniu czeskiej prezydencji w Unii. (- Zbliżające się wybory wpłynęły na negocjacje).

10:34, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 27 kwietnia 2009

C European Communities 2009W czwartek będziemy obchodzić piątą rocznicę naszego wejścia do Unii Europejskiej. Jak wszystkie media, blogUE włącza się do celebracji. Na dzień dobry sondaż, przeprowadzony przez TNS OBOP na zlecenie przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce, w którym Polaków zapytano, jak oceniają pierwsze pięć lat życia we wspólnocie*.
Wyniki są bardziej niż optymistyczne. Co trzeci Polak (32 proc.) deklaruje, że wejście Polski do UE zmieniło jego życie na lepsze. Równo połowa nie zauważyła żadnej zmiany. Ale już w grupie wiekowej 25 – 34 lata (blogUE się łapie), zmiany na lepsze widzi 48 proc. Ponad dwie trzecie (69 proc.) wszystkich Polaków zauważa też, że jako państwo członkowskie Unii Polska umocniła swoją pozycję międzynarodową.
Ankieterzy zapytali też m.in. czy po wejściu do UE Polska umocniła swoją niepodległość i suwerenność. – Tak – odpowiedziało prawie 50 proc. uczestników sondażu. – Wręcz przeciwnie – odpowiedziało 32 proc. ankietowanych.
Z sondażu wynika, że 39 proc.  Polaków jest zdania, że w Unii unowocześniliśmy naszą gospodarkę. Ale jednocześnie prawie połowa (48 proc.) uważa, że nasz kraj jest raczej źródłem surowców i tanich pracowników. Ale to ostatnie ma swoje dobre strony:  59 proc. Polaków uważa, że konkurencja na rynku pracy w innych krajach UE ułatwia zawodowy start polskiej młodzieży.
Polacy są podzieleni w ocenie tego, kto bardziej skorzystał na przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej. Według 26 proc. była to Polska, według 27 proc. inne kraje unijne.
Z sondażu TNS OBOP wynika, że Polacy z optymizmem czekają na kolejne 5 lat w Unii. 44 proc. spodziewa się, że ich życie zmieni się na lepsze, prawie połowa ma nadzieję na pozytywne zmiany w całym kraju, tyle samo uważa, że pozycja Polski na świecie jeszcze się polepszy.
Tylko 10 proc. Polaków oczekuje, że do 2014 r. ich sytuacja pogorszy się pod wpływem członkostwa w Unii. Jeszcze mniej (bo tylko 8 proc.) spodziewa się osłabienia pozycji Polski w świecie. 
A skoro jest nam tak dobrze w Unii Europejskiej, to dlaczego wciąż połowa
Polaków ma w nosie wybory do Europarlamentu?
Notkę wcześniej pisałem, że PE jak chce, to może nieźle nabroić. Czy na pewno więc chcecie, drodzy czytelnicy, żeby zasiadali tam przypadkowi ludzie?

* [Sondaż przeprowadzony 18 kwietnia br.  na losowej, reprezentatywnej próbie 1000 Polaków w wieku 18 i więcej lat, metoda - wywiady telefoniczne (CATI)]

07:29, konrad.niklewicz , Społeczeństwo
Link Komentarze (1) »
niedziela, 26 kwietnia 2009

W poniedziałek ma się odbyć ostatnie spotkanie koncyliacyjne Rady i Parlamentu Europejskiego ws. dyrektywy o czasie pracy. Jeżeli ta „koncyliacja" nie przyniesie efektów, głośna (i bardzo kontrowersyjna) nowelizacja dyrektywy o czasie pracy nie w ogóle wejdzie w życie. I na swojej ostatniej prostej ta kadencja Europarlamentu udowodni, że mimo wszystko ma sporo do powiedzenia w Unii.

Szukanie kompromisu okazało się konieczne, bo ku zaskoczeniu wielu rządów, przed kilkoma miesiącami Parlament Europejski odrzucił projekt dyrektywy w bólach wypracowany przez 27 unijnych rządów. Eurodeputowani nie zgodzili się, żeby były dopuszczalne jakiekolwiek wyłączenia spod 48-godzinnego tygodnia pracy. (O taką możliwość ubiegała się Wielka Brytania, ale także Polska). Dodatkowo eurodeputowani zadecydowali (wbrew woli rządów), że cały czas spędzony na dyżurach (przez lekarzy, strażaków itp.) musi być uznany za czas pracy - co ma konsekwencje dla Polski.

Czy Europarlament i Rada dogadaja się? Na pierwszym spotkaniu koncyliacyjnym (1 kwietnia) rozmowy nie udały się zupełnie. - In the current context of economic crisis and after five years of difficult negotiations, it is important to go until the very end of the procedure to try to reach an agreement - zapewnia Mechtild Rothe, wiceprezydent PE z frakcji socjalistycznej, cytowana przez portal EUobserver. BlogUE będzie na bieżąco informował o sytuacji.

19:14, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link

Niedobry Niemiec, niedobry Austriak. Mogliby ogłosić, że ostatecznie otwierają swój rynek pracy dla obywateli nowych państw członkowskich, rezygnując tym samym z ostatniej części tzw. okresu przejściowego.  Ale uparcie nie chcą tego zrobić.

Niedobra Komisja Europejska, która nas nie broni i nie chce zmusić Niemiaszków i apfelstrudlojadów do wyrzeczenia się ostatnich dwóch lat ochronki.

Całe to niedobre towarzystwo punktuje moje redakcyjna koleżanka Dominika Pszczółkowska w swoim komentarzu w "GW”.

I żeby była jasność - Dominika ma rację. Niemcy i Austriacy - jeśli poproszą o dodatkowe (ostatnie) dwa lata ochrony rynku pracy, nagną zasady zapisane w unijnym traktacie. Bo nie ma mowy o żadnych zaburzeniach rynku (a tak tylko można by uzasadnić dodatkowe dwa lata stosowania ograniczeń). 

BlogUE podejmuje się jednak niewdzięcznego zadania obrony Niemców i wyjaśnienia powodów ich decyzji. Bo na to zasługują. Głównie dlatego, że to właśnie krytykowane Niemcy - najdłużej utrzymujące rzekome bariery na rynku pracy - od lat (ponad siedmiu) są jednocześnie krajem najbardziej na Polaków otwartym. Statystyki GUS pokazują to wprost: w 2002 w Niemczech przebywało legalnie (pracowało) 294 tys. Polaków, (włączając w to zarówno emigrantów na stałe, jak i pracowników tymczasowych - zatrudnionych legalnie). W 2004 r. - 385, w 2005 r. - 430, w 2006 r. - 450, a rok później - 490. Danych za 2008 brak, ale możliwe, że dla Niemiec liczba wyniesie ok. 500 tys. (przypominam, że mowa tylko o legalnym pobycie!). Dla porównania, wg. GUS w Wielkiej Brytanii pracowało odpowiednio 24, 150, 340, 580, 690 tys. Polaków.

Możliwe więc, że Niemcy na przestrzeni całej dekady będą - de facto, a nie na papierze - najbardziej otwartym na Polaków krajem w całej UE.  Pisanie więc, że grają wobec Polski nie fair - wydaje mi się cokolwiek przesadne. Trzeba pamiętać, że kanclerz Niemiec ma na jesieni wybory. I potrzebuje każdej, możliwej wyborczej kiełbasy. Udawanie, że chce chronić rynek pracy przed najazdem Polaków - taką wyborczą kiełbasą jest. Merkel doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że żadnego najazdu nie będzie, bo wszyscy Polacy, którzy chcieli w Niemczech pracować, już chyba mogą to robić. Legalnie, na podstawie tymczasowego zezwolenia (przyznaję: mogą być wyjątki). Merkel wie, że te dwa dodatkowe lata ochrony, o którą wystąpi - to czysta teoria, gest nie mający żadnego faktycznego znaczenia. Ale Merkel zgaduje, że takiego gestu oczekuje jej wyborca. Tak naprawdę niemiecka gospodarka jest uzależniona od Polaków, tyle tylko, że Niemcy sami wobec siebie nie chcą tego przyznać... Nie czarujmy się więc: na miejscu kanclerz Merkel zrobilibyśmy zapewne to samo. Na szczęście w tym przypadku, czyny są ważniejsze niż słowa. A czyny podsumował GUS.

* Blogue znów sprofanował klasykę polskiej literatury, za co przeprasza. Ale nie mógł się powstrzymać. 

13:31, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link Komentarze (4) »
sobota, 25 kwietnia 2009

Przed kilkoma dniami rozmawiałem z Jeanem Pisani-Ferrym, znanym francuski ekonomistą, dyrektorem BREUGEL (znanego brukselskiego think-tanku), doradcą Komisji Europejskiej i wykładowcą ekonomii na uniwersytecie Paris-Dauphine.

To już była moja druga rozmowa z profesorem Pisani-Ferrym. Po raz pierwszy spotkaliśmy sie niemal dokładnie przed rokiem. Pytałem wówczas, czy grozi nam kryzys. A jeśli tak - to jak głęboki.
Dziś mój rozmówca przyzanje, że takiej katastrofy nie przewidział.
- Nikt nie potrafił tego przewidzieć. Wiedzieliśmy, że będą problemy, ale nikt nie wiedział, że aż tak duże. Także dlatego, że w kolejnych miesiącach 2008 r. popełniono strategiczne błędy. Np. dopuszczono do bankructwa banku Lehman Brothers. Nie dowiemy się nigdy, co by się stało, gdyby amerykański Departament Skarbu uratował Lehmana przed upadłością. Ale na pewno możemy stwierdzić, że od tej jednej decyzji ruszyła spirala zdarzeń, która wywołała obecny kryzys - mówi dziś.
Profesor podkreśla, że kryzys zaczął się w Ameryce, ale ta Ameryka - póki co - nie potrafi wydobyć świata z kłopotów, w jakie go wpakowała. - Wart blisko 900 mld dolarów pakiet prezydenta Baracka Obamy pomoże, ale na krótką metę. Jakie bowiem przyczyny leżą u podstaw kryzysu? Deficyt handlowy w USA, nadwyżki w Chinach, duży apetyt na amerykańskie papiery dłużne na całym świecie, słaba regulacji rynków finansowych i fałszywe założenie, że wartość rynku nieruchomości W USA będzie wiecznie rosnąć, co pozwoli gospodarstwom domowym sfinansować swoje emerytury ze zwiększającej się wartości inwestycji. Amerykańska gospodarka zachowywała się jak bohaterowie komiksów: w jakiś magiczny sposób utrzymywała się nad ziemią. Pytanie: na ile to, co dziś robią władze amerykańskie, odwraca trendy? Jakoś nie widzę, żeby rynek mieszkaniowy w USA znowu nabierał rumieńców. Owszem, sytuacja może się stabilizować, ale to jeszcze nie oznacza, że gospodarstwa domowe w USA znów zaczną konsumować, wydawać pieniądze, tak jak czyniły to dawniej. Mechanizm dotąd napędzający amerykańską gospodarkę jest całkowicie zniszczony - ocenia francuski ekonomista.

Co rządy powinny teraz robić? Kiedy, zdaniem Pisani-Ferryego przyjdzie ożywienie? Całość rozmowy - proszę wybaczyć chwilę reklamy - wkrótce w "Gazecie Wyborczej".

10:06, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link
piątek, 24 kwietnia 2009

Do 30 kwietnia wszystkie państwa Unii mają obowiązek ujawnić listy beneficjentów unijnej Wspólnej Polityki Rolnej. Innymi słowy, za kilka dni mamy się dowiedzieć kto i ile dostaje dopłat z WPR.

Tak stanowi unijne prawo.

Komisja Europejska ma jednak kłopot. Pierwsze państwo - Niemcy - już zapowiedziało, że listy "tymczasowo nie opublikuje". Bo, jak twierdzi niemiecka minister rolnictwa Ilse Aigner, trzeba wziąć pod uwagę... przepisy o ochronie danych osobowych. Że niby to prywatna sprawa bauera, ile ojro dostaje miesięcznie tytułem dopłat.

Komisja Europejska odgraża się, że wobec Niemców i innych krajów, które nie opublikują listy, podejmie kroki prawne.

- We are very surprised. Germany voted in favour of this proposal and the legal situation is clear. Germany is obliged to implement this legislation. If they do suspend publication, we will react accordingly - powiedziała Mariann Fischer Boel, komisarz ds. rolnictwa. - This could mean starting infringement proceedings against Germany. This is taxpayers' money, so it is very important that people know where it is being spent - dodała Fischer Boel.

BlogUE będzie sprawdzał, co z polską listą. Bo jakoś na razie jej nie widziałem.

07:41, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link Komentarze (2) »
To właśnie nowa Komisja Europejska rozpocznie dyskusję o budżecie Unii na lata po 2013 r. Żeby nadać tej debacie korzystny dla nas ton, powinniśmy grać o tekę komisarza budżetowego. Janusz Lewandowski jest przygotowany, by to stanowisko objąć

06:52, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
wyborcza.pl
Konrad Niklewicz

Konrad Niklewicz, od ponad 10 lat dziennikarz i redaktor „Gazety Wyborczej”. Od ośmiu lat w dziale gospodarczym, w latach 2005 - 2007 był korespondentem „Gazety” w Brukseli.
dowiedz się więcej »

Follow konradniklewicz on Twitter
top | © Agora SA | design by kate_mac