Co się dzieje w Unii Europejskiej? Autorski przegląd najważniejszych spraw i wydarzeń z życia wspólnoty.
środa, 31 marca 2010

To właśnie Belgia a nie Francja może być pierwszym państwem europejskim, które wprowadzi u siebie zakaz noszenia (w miejscach ”publicznych”) burki i niqab, czyli strojów zakrywającego całe ciało, łącznie z twarzą. I niqab i burka (pochodząca z Afgmanistanu) to strój noszony przez niektóre wyznawczynie radykalnych odłamów Islamu.
W środę za wprowadzeniem takiego prawa jednomyślnie zagłosowali wszyscy członkowie komisji ds. wewnętrznych belgijskiego parlamentu federalnego.
Jeśli tak samo zagłosuje cała Izba (możliwy termin - 22 kwietnia), to wówczas już od tegorocznego lata burka/niqab byłyby w Belgii zakazana. W miejscach publicznych. Warto odnotować, że definicja tego ostatniego obejmuje - zadecydowali belgijscy posłowie - także ulicę. Za złamanie zakazu publicznego noszenia stroju ”zakrywającego twarz” i „uniemożliwiającego identyfikację” grozić będzie kara grzywny i/lub więzienia, nie dłuższego jednak niż siedem dni. (Uprzedzając pytania co poniektórych czytelników: tak, kominiarki też będą podpadać).
Argumenty przemawiające za zakazem burki są identyczne z tymi, które podnoszą Francuzi. Po pierwsze, tego wymaga interes bezpieczeństwa publicznego (np. możliwość identyfikacji twarzy zarówno przez policjantów, jak i przez automatyczne systemy kamer i komputerów).
Po drugie, Belgia, do szpiku kości laicka, nie bardzo toleruje publicznego manifestowania przekonań religijnych i nie życzy sobie publicznego manifestowania pogardy dla podstawowych praw kobiet. Tak samo jak nie życzy sobie podważania „demokratycznych podstaw” Królestwa. (Tak, tak, dokładnie takie uzasadnienie padło w debacie: ”principes démocratiques fondamentaux”).
- C'est un signal tres fort envoyé aux islamistes. Burqa est contraire a la dignité de la femme, c'est une prison ambulante - przekonuje deputowany Denis Ducarme, przedstawiciel partii liberalnej. [ - To mocny sygnał wysłany islamistom. Burka zaprzecza godności kobiety, to jest wędrowne więzienie].
Warto odnotować, że to chyba pierwszy raz, gdy liberałowie, socjaldemokraci i chadecy w belgijskim parlamencie głosowali ramię w ramię z posłami skrajnie prawicowego, zahaczającego o rasizm Vlaams Belang.
A my tu w Polsce o meczecie debatujemy.

Tagi: Unia
18:07, konrad.niklewicz , Społeczeństwo
Link Komentarze (14) »

Aż 83 proc. Europejczyków opowiada się za dalszym finansowaniem rolnictwa z budżetu wspólnotowego - wynika z najnowszego sondażu Eurobarometru, opublikowanego we wtorek. Nie dość tego: aż 72 proc. uczestników badania stwierdziło, że w najbliższych latach budżet Wspólnej Polityki Rolnej powinien być pozostawiony przynajmniej na obecnym poziomie, albo zwiększony. Entuzjastami WPR są także Polacy: tylko sześć proc. naszych rodaków chce likwidacji unijnych dopłat bezpośrednich i dotacji dla wsi. 

Tak duże poparcie dla WPR pewnie otrzeźwi co poniektórych polityków (zwłaszcza Wielkiej Brytanii, Szwecji i Holandii), którzy na tej wspólnotowej polityce najchętniej postawiliby krzyżyk.
Ale do tej beczki miodu, łyżka dziegciu. Europejczycy masowo popierają wspólnotową politykę rolną, bo en masse nie zdają sobie sprawy z jej wad. O ostatnich problemach na rynku mleka już wszyscy zdążyliśmy zapomnieć, mleko rozlało się i wsiąkło - ale problem pozostał. WPR jest wadliwie skonstruowana i nie daje europejskiemu rolnictwu tego, czego ono potrzebuje. Gorzej: w swoim obecnym kształcie, WPR jest prostą drogą do „uprzemysłowienia” rolnictwa, ze wszystkimi tego konsekwencjami dla środowiska naturalnego, krajobrazu i społeczeństwa. A wszystko to za, bagatela, 50 mld euro rocznie.
O tym jak wiele niebezpieczeństw - całkowicie ignorowanych przez opinię publiczną - może się kryć we wspólnotowych politykach przypomina raport pozarządowego think-tanku Pew Environment Group. Prześwietlił on siostrę-bliźniaczkę unijnej polityki rolnej - czyli Wspólną Politykę Rybołówstwa.
I co się okazało? Unijna polityka rybołówstwa jest jednym z głównych powodów przełowienia najbardziej popularnych gatunków ryb. Co trzecie unijne euro, wydawane na WPRyb., służy zwiększeniu potencjału połowów. Im ryb jest mniej, tym większe sieci zarzucamy. W latach 2000 - 2006 unia zapłaciła za budowę lub modernizację 12 tys. kutrów rybackich. W tym samym czasie dofinansowała kasację tylko 6 tys. jednostek. A proporcje powinny być odwrotne. Doszło do takich absurdów, jak finansowanie potężnych, 40 metrowych kutrów rybackich do połowów tuńczyka błękitnopłetwego - gatunku oficjalnie uznanego za zagrożony.

11:40, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link Komentarze (5) »
wtorek, 30 marca 2010

Tytuł notki to oczywiste chciejstwo blogUE - ale tym razem whishful thinking Waszego autora ma przynajmniej jakiekolwiek podstawy. Otóż Komisja Europejska właśnie przypomniała, że w życie wchodzi unijny kodeks wizowy, wcześniej uzgodniony przez rządy wspólnoty i zaakceptowany przez Parlament Europejski (czerwiec 2009).

Zacznie obowiązywać od 5 kwietnia we wszystkich państwach strefy Schengen plus, także na terenie jej nie-unijnych członków (Islandii, Szwajcarii i Norwegii).
Kodeks wizowy zbiera w jednym dokumencie wszystkie przepisy prawne regulujące wydawanie decyzji wizowych. Ustanawia wspólne zasady i warunki dotyczące wydawania wiz i jeszcze ujednolica przepisy dotyczące rozpatrywania wniosków. Polski urzędnik wizowy w konsulacie w Mińsku ma robić to dokładnie tak samo, jak hiszpański urzędnik w- dajmy na to - Rabacie.
Opłata dla obywateli państw trzecich, z którymi Unia zawarła umowy o ułatwieniach wizowych, będzie nadal wynosić 35 euro. - Uzyskanie wizy UE będzie szybsze. Kodeks wizowy UE zagwarantuje pełną harmonizację stosowania przepisów prawnych UE w zakresie wiz - podkreśliła unijna komisarz ds. spraw wewnętrznych Cecylia Malmstrom.

Jeszcze Unia nie umarła, póki my żyjemy.

Tagi: Unia
23:02, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 29 marca 2010

Komisja Europejska opublikowała w poniedziałek kolejny raport „konsumencki”, w którym pochyla się nad barierami w handlu online.
Konkluzje są mniej więcej takie, jak w poprzednich raportach, tych sprzed roku, sprzed dwóch lat, trzech lat itp.: transgranicznego rynku online w Europie nie ma.
Coś, co miało być siłą unijnej gospodarki - jednolity, pięćsetmilionowy obszar swobodnej wymiany towarów i usług - pozostaje fikcją. Usługi sprzedaży internetowej rozwijają się, ale głównie w ramach krajowych. Polacy kupują w polskich e-sklepach, Hiszpanie w hiszpańskich itp. Komisja nad tym faktem ubolewa (piszę o tym więcej na naszym portalu www.wyborcza.biz).

Próżne żale, Komisjo. Bo fakty są takie, że wciąż robisz za mało, żeby te bariery pozdejmować.
Niespełna rok temu, w maju 2009 r., Komisja z wielkim przytupem zapowiedziała, że bierze się za reformę skostniałego rynku. - To nonsens, że polski konsument nie może kupować muzyki w sieci - mówiła wówczas „Gazecie" unijna komisarz ds. społeczeństwa informacyjnego Viviane Reding z Luksemburga. - Narodowe granice nie mogą komplikować życia europejskim e-konsumentom. Narodowe przepisy ograniczające licencje do utworów na teren jednego kraju miały sens w czasach "analogowych". Gdy np. Francuz kupował płytę we Francji i tam jej słuchał. Ale nie dzisiaj! - dodawała Reding (nadal jest obecna w Komisji, ale teraz ma portfolio sprawiedliwości).
W maju Komisja Europejska obiecała, że przygotuje pakiet poprawek do unijnego prawa. W pakiecie miała się znaleźć: walka ze spamem, licencja wieloobszarowa, definicja piractwa, ujednolicenie prawa konsumenckie i zasad ochrony danych osobowych, certyfikaty dla dobrych e-sprzedawców.
I gdzie te wszystkie obiecane zmiany? No gdzie? Nie ma. Są tylko znowu obietnice. W opublikowanym w poniedziałek raporcie, Komisja Europejska obiecuje, że zrobi następujące rzeczy (przepraszam, że po angielsku, ale raport jest w tym języku):

1. End the fragmentation of consumer laws.
2. Boost cross-border enforcement.
3. Tackle unfair commercial practices.
4. Promote alternative dispute resolution and the scheme for quick handling of small cross-border claims.
5. Simplify and streamline the rules on VAT reporting for distance sellers, on electrical and electronic waste, and on the cross-border management of copyright levies on blank media and recording devices.
6. Review rules on exclusive and selective distribution, to see how this can help reduce barriers to online sales.
7. End discrimination based on nationality or place of residence.
8. Improve cross-border payment systems and logistics.
9. Work with industry on the .eu domains and web searches.
10. Strengthen market monitoring and information for consumers and traders.

Gdyby Komisji udało się wdrożyć choćby połowę z tego, już byłby postęp...

86 745 euro. Aż tyle zapłacił anonimowy kolekcjoner za jeden z ostatnich listów cesarzowej Józefiny. List naprawdę wyjątkowy: Józefina pisała w nim do swojego syna, Eugene de Beauharnais, o definitywnym - jak się jej zdawało - końcu kariery Napoleona, miłości jej życia. To był kwiecień 1814 r.
- Tout est fini, il abdique... Pięć słów, tłumaczyć pewnie nie trzeba.
W sobotę, na specjalnej aukcji w Fontainebleau, sprzedano także 49 innych listów cesarzowej i towarzyszącą im kolekcję kilkuset dokumentów z epoki. Całość poszła za 700 tys. euro. - To dwa razy więcej niż się spodziewaliśmy. Prawdziwy triumf! Cały świat wciąż interesuje się Józefiną. Amerykanie, Anglicy, Szwajcarzy i Rosjanie uczestniczyli w naszej aukcji - cieszył się Jean-Pierre Osenat, commissaire-priseur (czyli, po naszemu, licytator).
BlogUE, gdyby miał parę set tysięcy ojro na zbyciu, też by chętnie w tej aukcji wziął udział. Bo przecież do kupienia były inne, słynne korespondencje cesarzowej. Jak choćby ta, w którym Józefina - jeszcze w 1796 roku - pisze: „Mon mari ne m'aime pas. Il m'adore, je crois qu'il deviendra fou" ( - Mój mąż mnie nie kocha. On mnie uwielbia. Boję się, że oszaleje).
List, który stał się częścią kanonu francuskiej literatury miłosnej poszedł za ”jedyne” 36 tys. euro - czyli za cenę dobrego samochodu.
I nie ma dla blogUE znaczenia, że wredna historia wykazała, iż Józefina srodze się myliła. Zarówno w sprawie abdykacji (bo po niej było jeszcze Sto Dni), i w sprawie miłości. Napoleon aż tak bardzo jej nie kochał. Przynajmniej nie w 1809 r., gdy ją porzucił, by związać się z arcyksiężną Austrii Marią-Luizą.
Dla blogUE znaczenie ma to, że Józefina kochała Napoleona. I z miłości umarła (choć lekarze upierają się, że na gruźlicę), 29 maja 1814 r.
Jej cesarz był wtedy na Elbie.

Tagi: Francja
10:06, konrad.niklewicz , Społeczeństwo
Link
piątek, 26 marca 2010

Bruksela chce kobiet. Jeszcze więcej kobiet. W firmach. W instytucjach publicznych. W ogóle na rynku pracy. Bo - jak tłumaczy Komisja Europejska w swoim najnowszym raporcie - więcej zatrudnionych kobiet opłaci się całej europejskiej gospodarce.
Na razie z zatrudnieniem Pań jest tak sobie.
Bruksela wylicza przykłady: wszyscy szefowie banków centralnych w UE to mężczyźni. Tylko jeden na 10 członków zarządów w największych europejskich firmach notowanych na giełdzie jest kobietą. Różnice są największe na najwyższych stanowiskach: tylko 3 proc. firm kierują kobiety. Jako jedyny kraj, który zbliża się do równowagi płci, wyróżnia się Norwegia: 42 proc. kobiet i 58 proc. mężczyzn w zarządach największych przedsiębiorstw to wynik uregulowań prawnych. - Jeżeli Europa rzeczywiście chce pokonać kryzys i stać się konkurencyjną gospodarką, rozwijając się mądrze i przez włączenie wszystkich grup, musi lepiej wykorzystywać talenty i umiejętności kobiet. Podjęcie pracy przez kobiety pomoże nam wyjść z kryzysu - stwierdziła Viviane Reding, komisarz UE ds. sprawiedliwości, praw podstawowych i obywatelstwa, cytowana w komunikacie Komisji.

Zresztą nie tylko o kryzys chodzi. Bruksela przekonuje, że zróżnicowanie płci jest opłacalne w każdej koniunkturze gospodarczej. I że istnieje pozytywny związek między liczbą kobiet na wysokich stanowiskach a wynikami firmy. Na przykład badanie przeprowadzone w Finlandii wykazało, że firmy, w których zarządach panowała równowaga płci, osiągają średnio o 10 proc. wyższe zyski niż te, w których zarządach dominują mężczyźni. Zaś zgodnie z wynikami badania przeprowadzonego w 2009 r. pod patronatem prezydencji szwedzkiej, likwidacja wynikających z płci różnic w zakresie zatrudnienia w państwach członkowskich UE może zaowocować 15 - 45 proc. wzrostem PKB. Komisja Europejska do końca roku ma powiedzieć, jakie działania podejmie (nie wyłączając legislacji), żeby z dyskryminacją kobiet na rynku walczyć.

czwartek, 25 marca 2010

I tak wśród serdecznych euro-przyjaciół psy jednak nie zjedzą Greków* W czwartek wieczorem było już praktycznie przesądzone, że państwa strefy euro - pod dyktando Berlina i Paryża - zaakceptują plan ratunkowy dla Grecji. Tym razem konkretny. Kanclerz Niemiec Angela Merkel i prezydent Francji Nioclas Sarkozy uzgodnili, że na wypadek greckiego default (gdyby nie byli w stanie zebrać 20 - 25 mld euro na rynku), państwa strefy euro (czytaj: głównie Niemcy i Francja) wraz udzielą pożyczki; jednocześnie Grecja o pieniądze poprosi Międzynarodowy Fundusz Walutowy. W sumie Grecy mieliby dostać ok. 23 mld euro. Tego ostatniego warunku (udział MFW) domagała się Merkel - i co chciała, to dostała.
Tym razem blogUE musi powiedzieć: niestety, po dwakroć niestety. Tak jak zazwyczaj wasz autor zgadza się z poglądami Frau Germania, tak tym razem rację mają przedstawiciele Europejskiego Banku Centralnego, którzy z furią atakowali pomysł włączania MFW do ewentualnej akcji ratunkowej. Bo w ten sposób Europa pokazuje wszem i wobec, że jest niewystarczająco silna, żeby sobie poradzić z pożarem na własnym osiedlu. I musi prosić o pomoc strażaka z Waszyngtonu. Warto, tylko po to, by ewentualna pożyczka dla Greków (pożyczka, nie darowizna!) była mniejsza o te kilka mld?
BlogUE był dziś na lunchu z unijnym komisarzem ds. handlu Karelem De Guchtem. Wkróce napisze więcej o tym, jak de Gucht opisuje Europę anno domini 2010. Dziś tylko napiszę, że także on sprzeciwiał się angażowaniu MFW do akcji ratunkowej. Bo - podkreślał- Grecja to my. Sami musimy się ratować. 
Cóż, żelazna kanclerz postawiłą na swoim. Korzyść przynajmniej taka, że rynki powinny się uspokoić.
Przy okazji Merkel zażądała poprawek do Traktatu Libońskiego. Tak, aby wprowadzić faktyczny mechanizm sankcji dla państw łamiących reguły. To akurat jest dobry pomysł, ale nie bardzo wierzę, żeby udało się go przeprowadzić.

* ks. Ignacy Krasicki

20:58, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link Komentarze (7) »
środa, 24 marca 2010

Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że Islandczycy najwyraźniej nie mają innych problemów - i na siłę szukają sobie nowych.
Jak doniosła agencja AP, islandzki parlament, przy prawie połowie posłów nieobecnych na sali, przegłosował właśnie ustawę zakazującą striptizu.
To pierwsze takie prawo w całej Europie (nie licząc Watykanu). Od 1 lipca br. ani w klubach go-go, ani w kasynach, ani w innych spelunach nie będzie można obejrzeć rozbierającej się tancerki/modelki (jak zwał tak zwał). Ustawa stwierdza bowiem, że "zakazane jest czerpanie korzyści z nagości osób w danym przedsiębiorstwie pracujących".
Kpina ze zdrowego rozsądku? Pomysłodawcy anty-striptizowej ustawy bronią się baterią całkiem poważnych argumentów. - Women who work at strip clubs are in many cases the victims of human trafficking and other kinds of abuse. I have been working in this field for almost 15 years and not yet have I met one woman who dances at strip clubs because she wants to - przekonuje socjaldemokratyczna posłanka Steinunn Valdis Oskarsdottir. [Tłumacząc w skrócie: - Kobiety pracujące w strip-klubach to zazwyczaj ofiary przestępstw. Zajmuję się tą branżą od 15 lat i jeszcze nie spotkała kobiety, która rozbierałaby się, bo tak chce].

Przeciwni zakazowi są oczywiście właściciele klubów. - They think there is organized crime. They have been thinking this for 12 years. They have had the police running around, and they have not found anything - mówi Asgeir Davidsson, właściciel klubu Goldfinger, cytowany przez AP. - Legislators were like Nero: playing the violin while Rome is burning - dodał Davidsson, dając dowód, że islandzcy właściciele klubów nocnych to całkiem oczytana grupa.

[W wolnym tłumaczeniu: - Od 12 lat myślą, że tu w klubach jest zorganizowana przestępczość. Policja węszy, ale nic nie wywęszyła. Ustawodawcy zachowują się jak Neron: grają, a Rzym płonie].  

18:13, konrad.niklewicz , Społeczeństwo
Link Komentarze (4) »

Panel sędziów Światowej Organizacji Handlu wydał ”wyrok” (cudzysłów celowo, bo ich decyzja nie jest formalnie wyrokiem) w największej toczącej się przed WTO sprawie: USA przeciwko Unii Europejskiej, ws. pomocy publicznej dla Airbusa.
Spisana na 1000 stronach decyzja jest wciąż tajna. Ale już teraz - nie czekając na jej oficjalną publikację - obie strony ogłosiły swoje zwycięstwo w ponad sześcioletnim sporze.
Najgłośniej o triumfie mówi amerykański koncern, a wtórują mu amerykańscy politycy. - Finalna decyzja WTO stwierdza, że każdy przykład pomocy publicznej dla Airbusa łamał reguły WTO - przekonuje Maria Cantwell, senator stanu Waszyngton, regionu-matecznika Boeinga.
Ale co innego twierdzi Airbus. - 70 proc. oskarżeń amerykańskich zostało odrzuconych - przekonują przedstawiciele koncernu, cytowani przez agencję AFP. Co najważniejsze, WTO nie zakwestionowała obecnie wykorzystywanego rodzaju wsparcia publicznego: zwrotnych pożyczek na początkowe inwestycje. Airbus korzysta z takich pożyczek właśnie w tej chwili, budując nowego długodystansowca A350.
Unijni eksperci dodają, że za kilka miesięcy WTO ogłosi inny wyrok,  w sprawie „Unia Europejska przeciwko Stanom Zjednoczonym”, dotyczącej subsydiów dawanych Boeingowi przez rząd i armię amerykańską. - I dopiero wtedy układanka będzie kompletna - mówią unijni dyplomaci.
Strona amerykańska twierdziła, że to właśnie pomoc publiczna, udzielana Airbusowi od 20 lat (a nie lepsze modele samolotów) spowodowała, że pomiędzy 2001 r. a 2006 r. udział rynkowy europejskiego konstruktora wzrósł z 37 proc. do 57 proc. Amerykanie wyliczyli swoje straty z tego tytułu na 205 mld dolarów.
BlogUE nie może się doczekać, aż treść decyzji WTO stanie się faktycznie jawna - i wtedy sami sprawdzimy. (Rzecz jasna wasz autor kibicuje Airbusowi).

poniedziałek, 22 marca 2010

Były unijny komisarz ds. konkurencji Mario Monti proponuje, żeby Polska wzięła na siebie przepychanie reform gospodarczych w Unii Europejskiej. Zwłaszcza tych, które on sam wkrótce zaproponuje.
Przypomnijmy: eks-komisarz, obecnie prezydent mediolańskiego uniwersytetu Boccioni (znana włoska szkoła ekonomiczna) dostał od Komisji Europejskiej zadanie przygotowania projektu ”reformy rynku wewnętrznego” Unii. Włoch z zadania się wywiązał i wkrótce swoje propozycje przedstawi. Kluczem jego pomysłu jest „handel wiązany”: my (nowi członkowie Unii) godzimy się na koordynowanie (wspólne ustalanie?) polityki podatkowej, w zamian za co oni („starzy” członkowie, np. Francja, Niemcy) godzą się na pełną liberalizację rynku usług. Tak, by de facto obowiązywała na nim zasada kraju pochodzenia - usługi dopuszczone w jednym państwie członkowskim mogą być oferowane bez żadnych przeszkód (innych niż rynkowe) w innymi państwie.

- Zaproponuję liberalizację rynku usługowego, co nie do końca może się spodobać we wspomnianym Paryżu. Ale równolegle zaproponuję coś innego: rozpoczęcie dyskusji o koordynacji podatków. Oczywiście, nie chodzi mi o harmonizację stawek podatkowych - to by było zupełnie nierealne i ręcz szkodliwe. Ale polityka podatkowa może być wspólnie uzgadniana. Jestem przekonany, że polityki podatkowej nie można już więcej uzgadniać tylko na poziomie krajowym. Argument Paryża i Berlina jest dobrze znany: państwa, które korzystają z unijnych funduszy, mogą sobie pozwolić na prowadzenie bardzo agresywnej polityki podatkowej, przyciągając tym samymi inwestorów - tłumaczy Monti w wywiadzie, dziś opublikowanym w „Gazecie” (wywiad jeszcze nie jest na stronach internetowych, jak tylko będzie, dam linka).

Monti daje do zrozumienia, że wdrożenie reformy podatkowo-usługowej (tak to w skrócie nazwijmy) mogoby być głównym celem polskiego przewodnictwa w UE, w II połowie przyszłego roku. Ciekaw jestem, co czytelnicy sądzą o tej ofercie.

Update 14.00
Pomysł koordynacji polityki podatkowej nabiera coraz większych rumieńców. A już na pewno we Francji i w Niemczech. Jak poinformowała przed chwilą agencja AFP, francuska minister finansów i gospodarki Christine Lagarde weźmie udział - w przyszłym tygodniu - w posiedzeniu niemieckiego rządu, w trakcie którego mają zapaść decyzje dotyczące specjalnego opodatkowania dla banków.
Tak, dobrze państwo przeczytali: przedstawicielka rządu francuskiego będzie brała udział w pracach rządu niemieckiego.
Depesza AFP nie precyzuje, czy Lagarde będzie miała pełne prawo głosu (tak jak ministrowie niemieccy), czy też raczej będzie się tylko przyglądać i uśmiechać. Tak czy siak, przekaz jest mocny i chyba dla wszystkich czytelny.

 
1 , 2 , 3 , 4
wyborcza.pl
Konrad Niklewicz

Konrad Niklewicz, od ponad 10 lat dziennikarz i redaktor „Gazety Wyborczej”. Od ośmiu lat w dziale gospodarczym, w latach 2005 - 2007 był korespondentem „Gazety” w Brukseli.
dowiedz się więcej »

Follow konradniklewicz on Twitter
top | © Agora SA | design by kate_mac