Co się dzieje w Unii Europejskiej? Autorski przegląd najważniejszych spraw i wydarzeń z życia wspólnoty.
środa, 30 grudnia 2009

Wraz z Nowym Rokiem, Unia wjeżdża w kolejny etap liberalizacji swojego rynku kolejowego. Od 1 stycznia 2010 r. przewoźnicy w całej Unii, chcący świadczyć usługi transportu międzynarodowego, otrzymują automatyczny dostęp do infrastruktury kolejowej w innym państwie. I dodatkowo mogą zacząć świadczyć usługi transportu lokalnego, pod warunkiem wszakże, że obsługujący dane połączenie pociąg będzie „międzynarodowy”. Chodzi więc o tzw. kabotaż. Deutsche Bahn będzie mogła więc – jeśli tylko to się jej opłaci – wysłać z Frankfurtu n. Odrą do Warszawy 10 dodatkowych ekspresów, by zawalczyć z PKP Intercity o pasażerów na lukratywnej (zapewne) trasie Poznań – Warszawa. Oczywiście, za dostęp do sieci DB musiałaby zapłacić.

To dopiero początek reformy rynku kolejowych przewozów pasażerskich. Za kilka lat wejdzie w życie nowa reforma, która pozwoli zagranicznym przewoźnikom świadczyć wszelkie usługi transportowe, w tym także przewozy regionalne w innych krajach UE.

20:01, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link

MarianneFrancja nie będzie miała „podatku węglowego” od Nowego Roku. Tamtejszy trybunał konstytucyjny odrzucił ustawę forsowaną przez prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego, bo stwierdził, że jest nowe zasady podatkowe wprowadzają „niekonstytucyjnie” dużo wyjątków.

Podobnie jak w to się dzieje np. w Szwecji, wymyślony przez rząd podatek węglowy miał być nakładany na paliwa, podczas spalania których wydzielany jest CO2. Stawkę podatku ustalono na 17 euro za każdą tonę emitowanego CO2. To oznaczało niewielką podwyżkę cen benzyny, ON, gazu, brykietów węglowych itp. W teorii, podatek węglowy miał dodatkowo skłonić obywateli do zmian w codziennej konsumpcji. Np. do kupowania mniej paliwożernych samochodów.  (Oczywiście, we Francji występują także inne „zachęty” ekologiczne, jak choćby Eco bonusy/malusy i opłaty rejestracyjne, wyższe dla terenówek.. Przykładowo, popularne SUV-y, emitujące 201 - 250 g CO2/km, "kosztują" przy rejestracji 1600 euro!).  

Nowa ustawa o podatku węglowym przewidywała jednak, że podatek NIE będzie nakładany na inne źródła emisji dwutlenku węgla w przemyśle (wszystkie te, które są objęte unijnym systemem ETS). I właśnie ta zasada nie spodobała się sędziom Conseil Constitutionnel.

Odrzucenie przepisów to spora porażka prezydenta Sarkozy’ego. Po raz kolejny CC uwalił przepisy, na których politykowi bardzo zależało (pierwsza była ustawa HADOPI).

BlogUE chciałby jednak przestrzec przeciwników teorii o zmianach klimatycznych,  żeby jeszcze nie ogłaszali zwycięstwa. Jak już zapewne czytelnicy sami się domyślili, francuski trybunał nie zakwestionował samej idei podatku. Na odwrót: chce, żeby podatek węglowy był bardziej powszechny (na zasadzie, że wszystkie podmioty są równe wobec prawa)! Rząd premiera Francoisa Fillona już zapowiedział, że ustawę zmodyfikuje w tempie ekspresowym. Będzie się spieszył nie tylko ze względu na swoje Eko-przekonania (choć tych ostatnich akurat mu nie brakuje), ale ze względu na budżet państwa (zapewne już ten w 2011 r.). Nawet w okrojonej wersji podatek miał przynosić państwu dochody rzędu 4 mld euro rocznie.

BlogUE stawia dolary przeciwko orzechom, że tak samo jak w przypadku ustawy o ściganiu piratów komputerowych – HADOPI – także i „podatek węglowy” zostanie szybko poprawiony i wejdzie w życie.

13:38, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link
poniedziałek, 28 grudnia 2009

BlogUE znów wykażę się refleksem szachisty i wróci do sprawy sprzed kilku dni: ewentualnych przenosin produkcji fiata pandy z Polski do Włoch. (Sporo mogliście o tym przeczytać m.in. w „Gazecie Wyborczej”).
Nie jestem w stanie ocenić, czy faktycznie przenosiny produkcji samochodu z Tychów do włoskiego Pomigliano d'Arco są już całkowicie przesądzone. Może są, może nie.
Jednak nawet jeśli są przesądzone, to bylibyśmy hipokrytami*, gdybyśmy się oburzali na decyzję Włochów. I nie ma znaczenia, jakie byłyby powody tej decyzji: polityka, chęć podlizania się rządowi Silvio Berlusconiego, restrukturyzacja sieci fabryk, chęć ukarania nieznośnych Polaków, czysta złośliwość itp. itd.
Fabryka Fiata w Tychach jest jego własnością. Czy nam się to podoba, czy nie, może ją zamknąć, zaorać, a maszyny sprzedać choćby „ruskim”. Może też urządzić w niej muzeum poświęcone wielkości Silvio Berlusconiego. Niech robią, co chcą, byleby przestrzegali prawa. To ich fabryka.
C FiatJeśli faktycznie zamierzają przenieść produkcję pandy do Pomigliano d’Arco TYLKO dlatego, że kazał im tak zrobić rząd Berlusconiego, to znaczy, że zarząd Fiata upadł na głowę. Ale robi to na własne ryzyko – i szybko za swoją lekkomyślność zostanie ukarany rynkowo. Już raz Fiat się prawie wy..lił, więc teraz (gdy los mu ewidentnie sprzyja) nie powinien zachowywać się lekkomyślnie. Ale cóż: jego piaskownica, jego sprawa.
Jeśli zaś informacje o wyprowadzeniu produkcji pandy z Polski są rozpowszechniane tylko po to, żeby wycyganić jeszcze więcej pieniędzy polskich podatników – w postaci pomocy publicznej – to też oznacza, że zarząd Fiata upadł na głowę. Bo tylko głupi dałby się wciągnąć w taką grę szantażysty (a mam nadzieję, że ani minister gospodarki Waldemar Pawlak, ani premier Donald Tusk głupi nie są).
Polski rząd nie może się angażować w rywalizację z Włochami, kto da więcej pomocy publicznej. Z wielu powodów: raz, że już teraz dajemy, choć nas na to nie bardzo nie stać. (O przykłady nie trudno )
Dwa, że to nie daje długofalowych skutków. Kilka dni temu rząd musiał zmniejszyć pomoc publiczną dla koreańskich potentatów high-tech, którzy przed kilkoma laty dostali górę naszych pieniędzy na rozwój fabryki pod Kobierzycami, a teraz – z powodu kryzysu – ze swoich obietnic wycofali się.

BlogUE nie twierdzi, że każda pomoc publiczna jest z gruntu zła. Na pewno można znaleźć przykłady wsparcia zakończonego długofalowym sukcesem. Ale akurat w Polsce takich przykładów jest mało. A koszty ponieśliśmy ogromne.
Biznes, który nie broni się sam z siebie, marne ma szanse na przeżycie, nawet jeśli podłączymy go do kroplówki. Im mniej pomocy publicznej, tym po prostu lepiej.

 

*Bo jakoś nam nie przeszkadzało, gdy Dell przeprowadzał swoją fabrykę komputerów z Irlandii pod Łódź, skuszony także pomocą publiczną. Teraz, o ironio, okazuje się, że Dell swoje łódzkie zakłady opchnął kooperantowi. Oby ten ostatni nic nie zmienił w zatrudnieniu i inwestycjach.

piątek, 25 grudnia 2009

C European Communities 2009Święta to taki fajny czas, który można wykorzystać na nadrobienie zaległości w lekturach. BlogUE, między jednym kęsem makowca a drugim, skorzystał z okazji i przyswoił fantastyczny felieton Hugo Brady'ego, jednego z analityków londyńskiego Centre for European Reform.
Brady stawia jedno, zasadnicze pytanie: co powinno teraz stać się celem Unii? Jej nowym raison d'etre, ou plutot - raison d'agir?
Przezcież po ośmu latach ganiania za własnym ogonem, Unia ma nowy traktat. Czym teraz powinna się zająć? Może kluczową reformą ekonomiczną?
Brady przypomina propozycję złożoną przez prof. Mario Montiego, włoskiego ekonomistę, byłego komisarza ds. konkurencji. Zasugerował on "podwójne uderzenie": całkowite zniesienie barier na rynku usług i równolegle - harmonizację podstaw opodatkowania (podstaw, nie stawek!). To ostatnie - zdaniem Montiego - mogłoby skłonić kraje takie jak np. Francja do zgody na reformę.
- Others expect a new initiative on climate change – like a European carbon bank – or tighter rules on deficit spending to prevent the risk of default in the euro area - dodaje Brady.
Ale on sam składa inną propozycję: następnym wielkim zadaniem dla Unii (czy raczej dla przewodzących jej polityków) powinno być dokładne przemyślenie błędów ostatnich dziesięciu lat.
Bo choć Unii przez ostatnie 10 lat sporo się udało (Brady wymienia m.in. wprowadzenie euro, rozszerzenie do 27 państw i przyjęcie europejskiego nakazu aresztowania), to porażek było równie wiele. Jeśli nie więcej.
Już sama walka o traktat konstytucyjny (dziś lizbońskim zwany) była polityczną klęską, nadszarpującą reputację Unii.
Kolejną wpadką było - uwaga, uwaga! - przyjęcie Rumunii i Bułgarii. Trzeba przyznać, że analityk CER-u ma sporo odowagi, otwarcie mówiąc to, co wielu w Brukseli tylko po cichu myśli: Bułgaria i Rumunia, ze względu na szalejącą korupcję i przestępczość zorganizowaną, nie powinny były wogóle wejść do Unii.
Do Unii nie powinen być też wpuszczony Cypr, bo teraz - gdy już jest członkiem wspólnoty - państwo greckich Cypryjczyków olewa wszelkie próby dialogu z Turcją. I tylko tej ostatniej kłody pod nogi rzuca.
Trzecim poważnym błędem, który Brady wytyka Unii, jest jej "udawana polityka zagraniczna".  - The EU spent most of the decade trying to convince key global players like the US or China to believe that it is an emerging actor in a multipolar world. Yet it has been unable to overcome internal divisions over its relations with Russia, energy policy and reform of European representation in international organisations. Even the Union's jealously guarded image as a global leader on climate change is exaggerated (the final deal at the Copenhagen climate change summit was crafted in the absence of the EU).
Błędem czwartym - wylicza analityk CER - było zabicie dyrektywy usługowej Fritsa Bolkestaina (któż ją dziś jeszcze pamięta? Kto pamięta "country of origin principle"?).
I wreszcie błędem piątym było odsunięcie w czasie debaty o reformie unijnego budżetu (choć akurat z tym twierdzeniem blogUE, powodowany swoim he, he, patriotyzmem, chętnie będzie polemizował).
- The EU must use the period 2010-15 to demonstrate that it can learn from the failures outlined above, correct them where possible, and avoid their repeat at all costs - konkluduje autor.
Polecam lekturę felietonu Brady'ego. Znajdziecie go oczywiście na stronach Centre For European Reform.

 

środa, 23 grudnia 2009

Dziś nie będę już szanownych Czytelników zanudzał informacjami o Unii.

Nie spróbuję podsumować prezydencji szwedzkiej (choć była całkiem, całkiem).

Nie będę pisał o nowych statystykach ogłoszonych przez Eurostat, z których wynika, że Polska gospodarka wskoczyła do pierwszej europejskiej szóstki.

I nie będę pisał o największych porażkach Unii w ostatnim dziesięcioleciu (bo przyjemność zrecenzowania felietonu Hugo Brady'ego z CER zostawię sobie na później).

Dziś mam inne plany: chciałbym moim czytelnikom życzyć rodzinnych, smakowitych i przede wszystkim wesołych świąt. Jak w tytule: Joyeux Noel, Merry Christmas!

Do zobaczenia jeszcze pewnie przed Nowym Rokiem (bo tym Hugo Brady’m to jednak za długo nie wytrzymam).

21:48, konrad.niklewicz
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 grudnia 2009

A jednak cła anty-dumpingowe na chińskie i wietnamskie buty będą utrzymane, choć początkowo nic na to nie wskazywało. Ani półtora miesiąca ani trzy tygodnie temu. W ostatniej chwili Polska (i kilka innych państw unijnych, np. Hiszpania, Włochy i Rumunia) zdołały jednak przekonać Niemców i Austriaków do zmiany stanowiska. Zamiast zagłosować za zniesieniem ceł, oba państwa wstrzymały sie od głosu. I to wystarczyło, żeby przechylić szalę. Polskie manufaktury dostają dodatkowe 15 miesięcy ochrony.

We wtorek formalnie potwierdziła to Rada UE. Ciekawostka: ta Rada obradowała w składzie... ministrów środowiska. Akurat im przypadł w udziale "zaszczyt" ostatniego posiedzenia przed końcem roku. Ale to nie ma żadnego znaczenia - decyzja w sprawie butów była tzw. punktem A, przyjmowanym bez dyskusji. A decyzja Rady to wciąż decyzja Rady. Koniec ciekawostki.

Źle to czy dobrze, że cła przedłużono? BlogUE już wcześniej przyznał, że nie wierzy w skuteczność (i rynkową zasadność) utrzymywania ceł. Teraz jeszcze zastanawiam się, czy i co musieliśmy Niemcom obiecać, żeby zmienili decyzję w biegu. Tym bardziej, że niemieckie koncerny obuwnicze bynajmniej nie są zachwycone.

Przedstawiciele rządu zapewniają, że nic im nie obiecaliśmy. Że – jak tłumaczył blogUE wiceminister gospodarki Marcin Korolec – to był „gest dobrej woli”.

Hmm… pożyjemy i zobaczymy. Może jeszcze Berlin nam rachunek za tę dobrą wolę wystawi. A może nie.

Lobby koncernów już wysmarowało odpowiedni komunikat. - The continuation of the anti-dumping duties on footwear for another 15 months is completely unacceptable. It shows that, despite all the public rhetoric, the EU prefers to follow its protectionist course at the expense of successful European footwear businesses and consumers. Koncerny już straszą, że cła będą kosztować konsumentów miliard euro. Bo o tyle - z powodu cel - będą droższe buty.

21:21, konrad.niklewicz
Link
niedziela, 20 grudnia 2009

Takiej klęski blogUE się nie spodziewał. Owszem, od początku było jasne, że w Kopenhadze nie było szans na powtórkę z Kioto (gdzie w ostatnich godzinach negocjacji, o trzeciej nad ranem, udało się przyjąć tekst prawnie wiążącego traktatu międzynarodowego o redukcji emisji gazów cieplarnianych). Ale po szczycie ONZ w Kopenhadze można było przynajmniej oczekiwać, że zakończy się „mocną” deklaracją polityczna, w której państwa świata wytyczą sobie konkretne cele. Wasz autor spodziewał się, że po Kopenhadze świat będzie wiedział o ile trzeba zredukować emisje gazów cieplarnianych w 2020 r. I w 2050. BlogUE fanatykiem nie jest i nie upiera się, że to musi być np. 30 i 85 proc.  (odpowiednio). Jeśli światowa gospodarka potrzebuje więcej pola do manewru – niech by to były nawet mniejsze cięcia, inaczej rozłożone. Ale żeby były…
I co? - O święta naiwności! – chciałoby się rzec, widząc jakim faktycznym, żałosnym g….m szczyt się ostatecznie skończył. Tzw. lider wolnego świata, pierwszy w historii laureat Pokojowej Nagrody Nobla przyznanej awansem, prezydent USA Barack Obama poświęcił na negocjacje całe dwanaście godzin i wespół w zespół z Chinami (oraz Indiami) wypichcił trzystronicowy dokument-potworek, pełen takich oto mądrości: “We underline that climate change is one of the greatest challenges of our time. We emphasise our strong political will to urgently combat climate change in accordance with the principle of common but differentiated responsibilities and respective capabilities”.
Próżno jednak szukać w tekście dokumentu potwierdzenia „strong political will”. Ani słowa o spodziewanych redukcjach w 2050 r. O 2020 r. już nawet nie wspominając. Zamiast tego, idziemy na rekę emitentom gazów cieplarnianych i rezygnujemy z patrzenia im na ręce, niezależnego weryfikowania, czy faktycznie próbują coś zrobić: „Mitigation actions taken by Non-Annex I Parties [czyli Indie i Chiny – dopisek blogUE] will be subject to their domestic measurement, reporting and verification the result of which will be reported through their national communications every two years. Non-Annex I Parties will communicate information on the implementation of their actions through National Communications, with provisions for international consultations and analysis under clearly defined guidelines that will ensure that national sovereignty is respected”.
I tak dalej, I tak dalej, w tym samym stylu. „Porozumienie” niby potwierdza, że mamy trzymać się celu 2 stopni C, ale jak konkretnie to zagwarantować – ani słowa.
Państwom biednym obiecane są duże pieniądze, ale gdy się wczytać dokładnie, to znajdujemy odpowiednik „drobnego druku” z umów kredytowych lub ubezpieczeniowych. 
Proszę zwrócić uwagę na podkreślone słowo: "The collective commitment by developed countries is to provide new and additional resources, including forestry and investments through international institutions, approaching USD 30 billion for the period 2010 – 2012."

Za dwa lata sie pewnie okaże, że "approaching" oznacza 10 miliardów. Albo i mniej.

Nic dziwnego, że Joris den Blanken z Greenpeace tak kwituje dwa tygodnie obrad 193 państw w Kopenhadze. - The summit was a collapse in all but name .

(Pełen tekst “Porozumienia Kopenhaskiego” znajdziecie tutaj).

Uciekając z Kopenhagi, prezydent Barack Obama tłumaczył, że ustalenia z Kopenhagi to dopiero pierwszy krok, że może w przyszłym roku doczekamy się wiążącego porozumienia. Ale widząc, jak mała była „political will” pokazana Kopenhadze – jakoś nie bardzo chce się wierzyć, że za pół roku w Bonn, albo za rok w Monterey (na kolejnych posiedzeniach ONZ-owskiej konwencji klimatycznej) będzie dużo lepiej. Bo niby co by się miało do tego czasu zmienić? 

17:42, konrad.niklewicz
Link Komentarze (12) »
czwartek, 17 grudnia 2009
News z Kopenhagi. Jeden z rozmówców blogUE właśnie przekazał informację, że polski rząd jest na najlepszej drodze, żeby załatwić w Kopenhadze jedną, ważną z polskiej perspektywy rzecz: zgodę innych krajów na przedłużenie okresu sprzedaży nadwyżek AAU'sów. To oczywiście nigdy nie był najważniejszy temat w Kopenhadze, nie w skali globalnej. Ale dla nas ważny, pachnący pieniędzmi. Tak konkretniej - miliardem dolarów (Uwaga! Długi wpis z bonusem - fragmentem dokumentu źródłowego)

17:26, konrad.niklewicz
Link Komentarze (8) »

W chwili gdy pisz tę notkę, ponad setka przywódców z całego świata właśnie zaczyna zlatywać się do Kopenhagi, by wziąć udział w ostatnich godzinach obrad ONZ-owskiego szczytu klimatycznego.

Już tylko oni mogą uratować porozumienie (czytaj: jakąkolwiek ”mocną” deklarację w sprawie redukcji emisji gazów cieplarnianych i pomocy finansowej). Po siedmiu dniach negocjacji ekspertów i ministrów okazao się, że rozmowy tkwią w martwym punkcie. I już zaczęła się zabawa we wskazywanie winnych, co przy tego typu okazjach jest nieuchronną oznaką porażki.
W nocy z środy na czwartek delegacjom rządowym nie udało się nawet dogadać w sprawie dalszego trybu procedowania! Duńczycy (gospodarze szczytu) zaproponowali, żeby negocjacje podzielić na kilka ”grup”. (To dałoby szansę, żeby przynajmniej cokolwiek uratować: przykładowo, jest cień szansy na porozumienie w sprawie pieniędzy dla państw najuboższych). Jednak tej propozycji sprzeciwiły się Chiny i kilkadziesiąt państw z grupy G77 (kraje rozwijające się i biedne), które chcą dyskutować o wszystkim na raz.

W czwartek w południe głównymi punktami spornymi wydawały się być:
* Jaką formę ma mieć nowe międzynarodowe porozumienie? Kraje biedne żądają, by po prostu przedłużyć obowiązywanie Protokołu z Kioto i wstawić do niego ”nowe cyferki”. To bardzo korzystne dla nich rozwiązanie, bo Protokół nie nakłada żadnych zobowiązań na państwa biedne, wszystkie redukcje pozostawiając Zachodowi (i między innymi dlatego USA nigdy nie ratyfikowały Protokołu). Kraje bogate wolą więc stworzyć zupełnie nowy traktat międzynarodowy. I w nim porozdzielać ciężar redukcji emisji gazów cieplarnianych, tak, by powstrzymać wzrost średniej temperatury o więcej niż 2 stopnie C. Co najważniejsze, ten nowy traktat zawierałby także pewne zobowiązania dla krajów biednych.
* Jakie zobowiązania redukcji emisji dla poszczególnych państw? Tu leży pies pogrzebany. Nauka podpowiada, że do 2020 r. emisje CO2 i innych gazów powinny być zredukowane na całym świecie o 25 - 40 proc. w stosunku do poziomu z 1990 r. Tymczasem Unia Europejska i Japonia (które gotowe są na największe wyrzeczenia) mówią tylko o 20 proc. I o 30 proc., pod warunkiem, że ”wszyscy się ruszą”.
Tyle, że USA proponują redukcję... czteroprocentową. A Chiny i Indie liczą zupełnie inaczej, proponując ”ograniczenie energochłonności swojego przemysłu”. W przypadku Chin aż o 40 - 45 proc. To sporo, ale nadal nie daje żadnych bezwzględnych cięć w emisjach. 
* Ile pieniędzy dla krajów rozwijających się na dostosowania gospodarcze? Na razie wszyscy mówią tylko o pieniądzach na lata 2010 - 12. Unia daje 7,2 mld euro, Japonia - 11 mld dolarów.

11:37, konrad.niklewicz
Link Komentarze (2) »

Hmm. Mam nadzieję, że nie przesadziłem z tytułem. Ale zainspirowała mnie do niego najnowsza informacja unijnego urzędu statystycznego Eurostat. Policzył on, ilu cudzoziemców (czytaj: obywateli krajów spoza UE) mieszkało we wspólnocie w 2008 r.
Zgadnijcie, szanowni Czytelnicy, ilu ich mogło być? Po wizycie w Paryżu, Londynie, Berlinie albo Madrycie chciałoby się powiedzieć: co najmniej 10 proc. Ale już mieszkaniec takiego Rzeszowa mógłby pewnie powiedzieć: jeden procent.
Surpise, surprise, to on będzie bliżej prawdy. Wedle Eurostatu w Unii Europejskiej w ubiegłym roku mieszkało niespełna 20 mln cudzoziemców, czyli 3,9 proc. całej populacji. W Polsce - dokładnie jeden procent.
Ale oczywiście w niektórych krajach Unii procenty są zupełnie inne. W Niemczech cudzoziemców było aż 4,7 mln, z czego 1,8 mln to Turcy (Dużo to czy mało? BlogUE sam nie wie. Bo Polaków w Niemczech mieszkało aż 413 tys. A Włochów (si, si!) 570 tys.).
We Francji innostrańców (wybaczcie rosyjski wtręt) było 2,3 mln, z czego 477 tys. Algierczyków i 461 tys. Marokańczyków. I znów porównanie: w tym samym czasie, we Francji żyło aż 492 tys. Portugalczyków.
Wnioski pozostawiam czytelnikom, blogUE wyjątkowo nie kończy notki żadną konkluzją.

10:23, konrad.niklewicz
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3
wyborcza.pl
Konrad Niklewicz

Konrad Niklewicz, od ponad 10 lat dziennikarz i redaktor „Gazety Wyborczej”. Od ośmiu lat w dziale gospodarczym, w latach 2005 - 2007 był korespondentem „Gazety” w Brukseli.
dowiedz się więcej »

Follow konradniklewicz on Twitter
top | © Agora SA | design by kate_mac