Co się dzieje w Unii Europejskiej? Autorski przegląd najważniejszych spraw i wydarzeń z życia wspólnoty.
niedziela, 28 grudnia 2008

1 stycznia 2009 r. wspólna europejska waluta - euro - będzie obchodzić swoją 10. rocznicę wprowadzenia na rynki finansowe (i ósmą rocznicę wejścia do obiegu).

I bądźmy szczerzy: zdążyliśmy się już do euro tak mocno przyzwyczaić, że nawet nie pamiętamy, iż jedna z trzech najważniejszych obecnie walut świata nie dalej jak w 1970 roku była tylko... luźnym pomysłem, przedstawionym przez Pierre Wernera, ówczesnego premiera i ministra finansów Luksemburga. Co było dalej, przypominają podręczniki historii: w 1978 roku powstał Europejski System Walutowy, w 1992 r. unijny Traktat z Maastricht zadecydował o terminie i warunkach utworzenia strefy euro, w 1997 r. podpisano Pakt Stabilizacji i Wzrostu (który miał być gospodarczą kotwicą dla wspólej waluty). I wreszcie, 31 grudnia 1998 r. 11 unijnych rządów ustaliło kursy wymiany swoich narodowych walut na euro.

banknoty euro

10 rocznica będzie dla wspólnej europejskiej waluty tym bardziej znacząca, że tego samego dnia, 1 stycznia 2009 r., strefa euro poszerzy się o 16 państwo - Słowację. Trudno o lepszą pointę dla dekady istnienia wspólnej waluty. Okazała się ona mocna, stabilna i odporna na wstrząsy, które powaliły niejedną światową gospodarkę. Kolejne państwa Europy chcą przyjąć u siebie euro, widząc we wspólnej walucie receptę na kryzys. Niektóre kraje próbuja nawet stać się częścią strefu euro na siłę, bez zgody pozostałych członków - tak jak Czarnogóra.
A przecież rychłą klęskę euro-eksperymentu prognozowano zanim jeszcze pierwsze banknoty i monety trafiły do portfeli Europejczyków.
Owszem, pierwsze kilkanaście miesięcy wspólnej waluty było burzliwych. Krytycy triumfowali, gdy euro odnotowywało kolejne rekordowe spadki wobec dolara. W chwili debiutu wyceniano je na 1,18 dolara, w październiku 2000 już tylko na 82 centów. Eurosceptycy zacierali ręce i szykowali się na fetę (bo byli przekonani, że państwa członkowskie - takiej jak Niemcy czy Włochy - zaraz zaczną w panice przywracać swoje narodowe waluty). Klęska była nieuchronna - tłumaczyli sceptycy - bo przecież nie da się utrzymać systemu, w którym gospodarki tak różne jak włoska i niemiecka mają jedną i tą samą stopę procentową, jeden bank centralny.
Ale to euro śmiało się ostatnie. Owszem, różnice między gospodarkami np. Holandii, Hiszpanii czy Grecji wywoływały, wywołują (i zapewne będą wywoływać) potężne napięcia. Ale każdy kolejny rok przynosił umocnienie kursu europejskiej waluty wobec każdego innego pieniądza na świecie. W mijającym roku euro pobiło rekord historyczny: było warte nawet ponad 1,6 dolara. W chwili, gdy piszę tę notatkę, kurs wynosi już ”tylko” 1,4 dolara (co wciąż wiele mówi o fundamentach europejskiej i amerykańskiej gospodarki). Niektórzy ekonomiści szacują, że obecność euro w Unii Europejskiej przyczyniła się przez ostatnie 6 lat do powstania 15 mln dodatkowych miejsc pracy, stworzonych dzięki ułatwieniom w handlu, inwestycjach i podróżach wewnątrz Europy. Nie mówiąc już o dodatkowych dziesiątkach milionów miejsc pracy które powstały w niektórych państwach strefy euro - tych, które uzyskały dostęp do tańszych kredytów, pozbywając się jednocześnie inflacyjnego ciężaru (Włochy są tu najlepszym przykładem).
Stawiam euro przeciwko orzechom, że za 10 lat nadal będziemy mogli parafrazować słowa Marka Twaina: „The report of euro's death was an exaggeration.”

20:37, konrad.niklewicz
Link Komentarze (1) »
piątek, 19 grudnia 2008

Koniec grudnia za pasem, więc europejskie media żwawo zabrały się za podsumowanie sześciu miesięcy francuskiego przewodnictwa w Unii Europejskiej. Z oczywistych przeczyn ocena koncentruje się na osobie hiperaktywnego prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy'ego, faktycznego szefa francuskiego rządu. To właśnie Sarkozy nadawał Unii ton przez ostatnie pół roku.

Moja redakcyjna koleżanka Dominka Pszczółkowska (korespondentka „Gazety” w Brukseli) już takiego bilansu dokonała, podobnie jak redakcyjny kolega Jacek Pawlicki (jego komentarz ukaże się w sobotniej „Gazecie”).

Bilans wypada korzystnie, bez dwóch zdań. Zakończone porozumieniem negocjacje w sprawie pakietu energetyczno-klimatycznego, wywalczenie drugiej, irlandzkiej szansy dla Traktatu Lizbońskiego, pomoc przy gaszeniu konfliktu gruzińsko-rosyjskiego, czy wreszcie urcuhomienie ”Partnerstwa Śródziemnomorskiego” i nowej polityki UE wobec Wschodniej - to Sarkozy'emu udało się (notabene, nie bez pomocy krajów takich jak Polska).
Nawet jeśli nie wszystkie posunięcia francuskiego prezydenta były słuszne, to jednak zdołał przez sześć miesięcy nadać Unii wyrazistą twarz. Swoją twarz. Parafrazując słynne powiedzenie Henry'ego Kissingera, wreszcie było wiadomo, do kogo w Europie zadzwonić.
Reasumując: sześć miesięcy z Sarkozy'ym u steru okazały się być nienajgorszym czasem dla Unii.

To powiedziawszy, kilka słów krytyki (no bo ileż można lukru nakładać). Nie do końca przekonuje mnie reakcja Francji (czytaj: jej prezydenta) na wybuch światowego kryzysu gospodarczego. Narzędzia do walki z kryzysem, jakie Sarkozy zaproponował Unii Europejskiej, przyniosą korzyści tylko na króką metę (jeśli w ogóle). A co gorsza, będą to korzyści tylko dla starych państw członkowskich. To nie są rozwiązania skrojone na potrzeby krajów takich jak Polska. Wytykając po kolei:

Wydatki budżetowe. W czasach kryzysu, pieniędzmi trzeba palić w piecu - uważa francuski prezydent. I nakłaniał rządy państw UE do uruchamiania ”planów ratunkowych”, polegających m.in. na masowych wydatkach z budżetu państwa (mających podtrzymać słabnącą konsumpcję). Nawet kosztem powiększenia deficytu budżetowego.
To nie jest dobry pmysł dla takich krajów jak Polska (a już na pewno nie Węgry), które od lat zmagają się z chorobą nadmiernego deficytu budżetowego. I które zamiast podwyższać pensje nauczycielom, ciułają każdą złotówkę na obsługę zagranicznego zadłużenia. Mówiąc wprost, polskiego budżetu po prostu nie stać na pompowanie pieniędzy w gospodarkę.

Ale Sarkozy postawił na swoim. I w efekcie na ostatnim unijnym szczycie ustalono, że rządy UE mają wdrażać program ratunkowy, ktego częścią będzie ok. 200 mld euro ekstra wydatków budżetowych.  

Nowe zasady pomocy publicznej. Sarkozy zawsze przekonywał, że unijne reguły udzielania pomocy publicznej są zbyt rygorystyczne. Gdy wybuchł kryzys, francuski prezydent jeszcze bardziej przekonywał, publiczna kroplówka dla firm w tarapatach jest konieczna.
Pod taką Komisja Europejska, strażnik zasad pp, wreszcie zmiękła. 16 grudnia ogłosiła tymczasowe” poluzowanie zasad. Przykładowo, podwyższyła do 500 tys. euro (z 300 tys. euro) próg pomoc publicznej ”de minimis”, czyli takiej, którą można dawać firmom bez oglądania się na zgodę Komisji.
I znów, to nie jest rozwiązanie dobre dla krajów, w których państwo jest realtywnie słabe finansowo. W wyścigu na subwencje dla firm, Polska nie ma szans na zwycięstwo. Przykładowo, władze landu Nadrenia-Westfalia zawsze będą mogły dać więcej dotacji nowym, małym i średnim inwestorom, niż np. województwo dolnośląskie.

Last but not least, zarzucać Sarkozy'emu można chaotyczność działań i demonstracyjny brak dokładnej wiedzy. Przykłądem chaosu było spotkanie czterech największych państw Unii (G4) w październiku br. w Paryżu. Całkowicie nieprzygotowane, na prędce zwoływane - chyba tylko, żeby pokazać, że UE cokolwiek robi - nie przyniosło żadnych konkluzji.
A brak merytorycznego przygotowania? Weźmy choćby wypowiedź Sarkozyego na temat początków kryzysu finansowego: - On się nie zaczął w sierpniu 2007 r., ale 15 września 2008 r., gdy upadł bank Lehman Brothers - twierdził prezydent.
Jak trafnie zauważył Michel Aglietta, profesor ekonomii na Uniwersytecie Paris-X Nanterre (cytowany przez portal EurActiv.fr) za taką odpowiedź każdy student dostałby bańkę.
Bo recesja w USA, panie prezydencie Sarkozy, zaczęła się już w styczniu 2008 r. I doprowadziły do niej wydarzenia m.in. z II połowy 2007 roku.

16:53, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link
środa, 17 grudnia 2008

W ubiegłym tygodniu unijni przywódcy uzgodnili na szczycie w Brukseli, że w związku z kryzysem gospodarczym konieczna jest zmiana zasad udzielania pomoc publicznej. Politycy uznali, że państwowe dotacje mogą przynajmniej częściowo zastąpić pożyczki i inne narzędza finansowe, których banki nie chcą teraz dawać.

Nie minął nawet tydzień, a Komisja Europejska wysłuchała apelu premierów i prezydentów. W środę KE ogłosiła zmiany w zasadach. Aż do końca 2010 r. rządy unijne będą mogły:

* dawać do pół miliona euro dotacji firmom, nie pytając się wcześniej o zgodę Komisji;
* przyznawać kredyty i gwarancje kredytowe za obniżoną (w stosunku do rynkowych stawek) opłatą;
* dawać dotacje dla tych firm, które produkują produkty ekologiczne (czyli takie, które już teraz spełniają np. standardy emisji spalin przewidziane dopiero za kilka lat).
Komisja Europejska zgodziła się też, żeby rządy mogły dopłacać do inwestycji ventrue capital (kapitału wysokiego ryzyka) w małych i średnich przedsiębiorstwa, nie więcej jednak niż 2,5 mln euro rocznie na firmę.

Czy powinniśmy się z tego cieszyć? Niekoniecznie.
Co prawda Komisja podkreśla, że dawanie pomocy publicznej jest prawem, a nie obowiązkiem rządów. Ale już można się spodziewać, że najbogatsze kraje UE - takie jak Francja - chojnie sypną groszem.
Tymczasem polski budżet na podobną chojność pozwolić sobie nie może.
Zarazem warto jednak podkreślić, że zmienione przez KE przepisy dotyczą głównie małych i średnich firm. I nie dadzą się zastosować np. w procesie restrukturyzacji stoczni (bo kwota 0,5 mln euro nic im nie pomoże, a i trudno też mówić o ”ekologicznej” produkcji). 

16:06, konrad.niklewicz
Link
wtorek, 16 grudnia 2008

We wtorek w Parlamencie Europejskim odbywała się debata, która miała podsumować sześć miesięcy francuskiego przewodnictwa w Unii Europejskiej.
Dość niespodziewanie jednak debata o francuskich dokonaniach zamieniła się w dyskusję o Czechach, a zwłaszcza o czeskim prezydencie Vaclavie Klausie.
 
Nieprzypadkowo. Im bliżej do czeskiego przewodnictwa w Unii (zacznie się 1 stycznia 2009 r.), tym bardziej Klaus - który nawet nie próbuje się kryć ze swoją niechęcią do Unii - działa na zachodnioeuropejskich polityków jak płachta na byka.
Prezydent Francji Nicolas Sarkozy i przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso dali wczoraj w Strasburgu upust swoim frustracjom.
Bezpośrednim powodem filipiki Sarkozyego była decyzja Klausa, by nie wywieszać na Hradczanach flag Unii Europejskiej, nawet w czasie czeskiej prezydencji w UE. - Bardzo nas to zraniło, gdy wszystkie flagi europejskie zostały zdjęte z budynków publicznych. Takie zachowanie nie jest honorem dla nikogo - mówił Sarkozy (cytat za AFP).
Barroso wytknął natomiast czeskiemu prezydentowi porównania do ZSRR. - Jeśli ktoś porównuje UE do ZSRR, to po pierwsze nie rozumie czym był ZSRR i po drugie nie wie czym jest UE, ma też słabe pojęcie o takich wartościach jak wolność i demokracja, na których opiera się UE - powiedział Barroso (cytat za PAP).
Niejako przy okazji, Sarkozy znów nawiązał do zablokowanej w Polsce ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego. - Polska ma prawa w UE, ale obowiązki. To duży kraj i nie zarzucajcie mi, że od Polski oczekuję więcej niż od innych - powiedział francuski prezydent.

A propos czeskiej prezydencji. Jej strona internetowa już oficjalnie działa. Zwracam uwagę na oryginalne logo prezydencji (ładny design!)

 

13:20, konrad.niklewicz
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 15 grudnia 2008

Na marginesie, ważna informacja dla wszystkich tych, którzy zarzucają krajom Unii Europejskiej brak odwagi w redukowaniu emisji CO2. Otóż w poniedziałek kolejne gospodarcze mocarstwo - Australia - ogłosiło, że włącza się do walki ze zmianami klimatycznymi i rozpoczyna ograniczanie emisji CO2.
I teraz pytanie za sto punktów: na jaką ambitną redukcję emisji do 2020 r. zdecydowała się Australia?

Maksymalnie piętanstoprocentową. A gorszym scenariuszu - pięcioprocentową. Co więcej, obejmujący cały kraj system handlu emisjami wejdzie w życie dopiero w 2010 r. - To jednak z największych reform strukturalnych naszej generacji - dumnie ogłosił premier Australii Kevin Rudd.

Wszystkim niezorientowanym przypomnę, że ustalona w Brukseli redukcja emisji CO2 wyniesie 20 proc.   

Skromny cel australijskiego planu ograniczania emisji Rudd tłumaczył następująco: - Stawiamy sobie takie zadania, które jesteśmy w stanie wykonać.

Zamiast komentarza, jedno z moich ulubionych powiedzeń: nic dodać, nic ująć.   

12:19, konrad.niklewicz
Link

Rosną szanse, że już w pierwszym czytaniu Parlament Europejski przyjmie unijny pakiet energetyczno-klimatryczny, stawiając tym samym legislacyjną kropkę nad i.
Według informacji agencji AFP, negocjatorzy Europarlamentu zaakceptowali wszystkie poprawki, jakie zostały wprowadzone do pakietu (składającego się z trzech dyrektyw) na szczycie UE 11 - 12 grudnia. Łącznie z tym, które są korzystne dla Polski. - Plan został zaakceptowany w całości, umożliwiając jego przegłosowanie w Strasburgu w środę - powiedział agencji AFP jeden z negocjatorów, proszący o zachowanie anonimowości.
Tę informację zdają się potwierdzać oficjalne wypowiedzi liderów grup politycznych w PE. - To historyczne porozumienie - mówił Martin Schultz, lider Europejskiej Partii Socjalistycznej.  

12:16, konrad.niklewicz
Link
niedziela, 14 grudnia 2008

1001 kilometrów. Taka odległość - licząc dystans przejechany drogami - dzieli „duży sukces” od „prawie porażki”. W Brukseli, o tyle oddalonej od stolicy Wielkopolski, przywódcy 27. państw członkowskich Unii Europejskiej mimo wszystko zdołali dogadać się w sprawie ambitnego planu redukcji emisji dwutlenku węgla w ciągu następnej dekady.
W Poznaniu przedstawiciele prawie 190 rządów nie potrafili nawet o tym porozmawiać. Przed ONZ-owskim szczytem w Poznaniu prawie wszyscy mieli nadzieję, że jednym z osiągnięć COP 14 będzie przyjęcie tzw. ”Wspólnej Wizji”, czyli dokumentu, który będzie wskazywał, jak bardzo w przyszłości cały świat (a głównie kraje rozwinięte gospodarczo) będzie gotów zredukować swoje emisje CO2. Ekolodzy (i niektóre rządy) wprost mówili o tym, żeby we ”Wspólnej Wizji” zapisać 25-40 procentową redukcję emisji do 2020 r. Ostatecznie, „Wspólnej wizji” zabrakło - w sensie dosłownym. Nie dość tego: różnice zdań pomiędzy prawie 190. delegacjami rządowymi były tak duże, że nie udało się nawet dokonać wspólnej oceny stanu realizacji protokołu z Kioto, czyli dotychczasowego porozumienia o redukcji emisji CO2.
I właśnie dlatego organizacje ekologiczne otwarcie mówią o merytorycznej klęsce spotkania w Poznaniu. - Delegaci powtórzyli to samo, co było przyjęte w zeszłym roku na Bali, a to nie jest żaden postęp - powiedział Maciej Muskat, dyrektor Greenpeace Polska.
Decyzja w sprawie uruchomienia Funduszu Adaptacyjnego (z ktrego mają być finansowane inwestycje proekologiczne w biednych krajach) chyba nie wystarczy, żeby uznać Poznań za sukces. Także dlatego, że rządy na razie zgodziły się wożyć do Funduszu 300 mln dolarów. Podczas gdy potrzeby szacuje się na... 50 miliard dolarów.

Żeby choć trochę polepszyć spuściznę COP 14, Ministerstwo Środowiska zdecydowało się na szlachetne, ale dość humorystyczne działania. Postanowiło... wynagrodzić naturze ekologiczne koszty organizacji poznańskiego spotkania.
Eksperci z KASHUE (instytucji odpowiadającej w Polsce za system handlu emisjami CO2) skrupulatnie wyliczyli, że w związku z organizacją konferencji klimatycznej w Poznaniu, do atmosfery wyemitowano 21 711 ton CO2. Z czego 17,5 tys. ton CO2 przypada na samoloty, którymi 10 tys. uczestników podróżowało do i z Poznania, 2,7 tys. ton - na ogrzanie i oświetlenie tysięcy pokoi hotelowych, a kolejne półtora tysiąca ton - na ogrzanie i oświetlenie sal konferencyjnych, w których obrady COP 14 toczyły się.
Żeby te wszystkie emisje zrekompensować, minister środowiska Maciej Nowicki postanowił przekazać do wspomnianego funduszu adaptacyjnego miliony złotych, w postaci niewykorzystanych przez Polskę zezwoleń na emisję CO2 (tzw. AAU'S - zezwolenia w ramach systemu ONZ-skiego, nie mylić z systemem unijnym). Dodatkowo, 10 proc. wyemitowanego przy okazji COP 14 dwutlenku węgla polski rząd zrekompensuje sadząc drzewa (sic!) i instalując energooszczędne żarówki. Zacne te działanie, ale pustki COP 14 nie przykryje.
Zrobiliśmy, co mogliśmy
I żeby było jasne: to nie jest wina Polski! Z organizacyjnego punktu widzenia, COP 14 udał się. Rządowe negocjacje miały dobre warunki do rozmów, zaś media i organizacje pozarządowe - doskonałe warunki do obserwowania pracy ministrów i rządowych ekspertów. Incydentów praktycznie nie było, a Poznań udowodnił - przy wsparciu władz państwa - że jest europejską metropolią, gotową ugościć największe nawet wydarzenie międzynarodowe.
Tak samo, słowa pochwały należą się dla ministra środowiska Macieja Nowickiego i całej jego ekipy organizatorów COP 14. Nowicki poprowadził międzynarodowe negocjacje sprawnie, wycisnął ze spotkania wszystko, co wycisnąć się dało.
A że wycisnąć się dało niewiele, to już nie nasza wina. Każde zobowiązanie ekologiczne kosztuje. W czasach ciężkiego kryzysu gospodarczego prawie nikt - za wyjątkiem krajów Unii Europejskiej, i może jeszcze Japonii - nie chce sięgać do portfela.
Pozostaje tylko mieć nadzieje, że do grudnia 2009 r., czyli do szczytu w Kopenhadze, świat dojrzeje do zmian na tyle, by wiążące porozumienie o redukcji emisji gazów cieplarnianych jednak podpisać. Już z konkretnymi cyferkami.

16:40, konrad.niklewicz
Link Komentarze (1) »
piątek, 12 grudnia 2008

Z każdą godziną poznajemy kolejne szczegóły porozumienia w sprawie pakietu energetyczno-klimatycznego, zawartego przed niespełna dwoma goidzinami na szczycie Unii Europejskiej w Brukseli. - Wywalczona przez Polskę modyfikacja pakietu energetyczno-klimatycznego może dać budżetowi nawet 60 mld złotych w latach 2013 - 2020. A cały kraj uchroni przez podwyżkami cen prądu rzędu 100 mld złotych – twierdzi rząd.
 

Przed godziną zakończyła się konferencja prasowa premiera i prezydenta. Donald Tusk nie miał wątpliwości: Polska osiągnęła w Brukseli sukces, wynegocjowała praktycznie wszystko to, na czym jej zależało. – Dostaliśmy wielką szansę na pieniądze na modernizację polskiej energetyki. Uzyskaliśmy zrozumienie dla naszych problemów – zapewniał Tusk po zakończeniu obrad szczytu.
Wynegocjowana wczoraj i dziś w Brukseli nowa wersja pakietu energetyczno-klimatycznego kompletnie różni od tego, co pierwotnie proponowała Komisja.
Główny cel pozostaje ten sam: do 2020 r. cała Unia ma zmniejszyć emisje CO2 o 20 proc. W tym samym czasie udział odnawialnych źródeł energii w produkcji elektryczności ma wzrosnąć do 20 proc., a efektywność  energetyczne ma się zwiększyć o 20 proc. Ale inny będzie sposób osiągnięcia tego celu:  pierwotnie Komisja chciała, żeby do tego celu dojść m.in. po przez zmuszenie elektrowni, by już w 2013 r. musiały kupować wszystkie swoje zezwolenia na emisję CO2  (obecnie je dostają za darmo). Dla polskiej gospodarki – uznał rząd – to byłoby zbyt duże obciążenie.  – Złe zapisy pakietu oznaczałyby katastrofę dla polskiej energetyki, radykalne podwyżki dla indywidualnych odbiorców – mówił Tusk. Eksperci rządowi ujawnili wczoraj, że pierwotna wersja pakietu już w 2013 r. kosztowałaby polską gospodarkę 14 mld złotych. A w skali 2020 r. – łącznie nawet 100 mld zł!
Podobne obawy miało osiem innych, nowych państw członkowskich UE.  Wszystkie znalazły się więc w stworzonej przez Polskę koalicji. – Ten sojusz umożliwił skuteczne negocjacje i poszanowanie zasady europejskiej solidarności  - podkreślał wczoraj Tusk.
Uzyskane w Brukseli ustępstwa gwarantują, że koszt wprowadzenia pakiety w Polsce będzie dużo, dużo mniejszy.
* Polska, podobnie jak inne najbiedniejsze kraje UE, dostanie okres przejściowy.  Polskie elektrownie będą musiały kupować 100 proc. zezwoleń na emisję CO2 dopiero w 2020 r. W 2013 r. – tylko 30 proc. Darmowe zezwolenia będą przysługiwać nie tylko tym elektrowniom, które będą istniały przed 31 grudnia 2013 r., ale także tym nowo powstającym. Szczyt postanowił też, że na dwa lata przed wygaśnięciem okresu przejściowego, rządy spotkają się raz jeszcze, by sprawdzić, czy modyfikacja przynosi zamierzone efekty.
* Co ważniejsze jednak, przyjęta w piątek przez szczyt UE nowa wersja pakietu energetycznego przewiduje, że biedniejsze kraje dostaną specjalne, dodatkowe pule zezwoleń na emisję CO2. System będzie działa tak: 88 proc. wszystkich zezwoleń będzie podzielonych pomiędzy wszystkie kraje UE, w oparciu o kryterium historycznych emisji CO2. Kolejne 10 proc. zezwoleń zostanie podzielonych w oparciu o kryterium zamożności tych państw. I wreszcie ostatnie 2 proc. całej puli będzie podzielone pomiędzy 9 nowych państw UE, które w okresie 1990 – 2005 odnotowały największą redukcję emisji CO2. Co oznacza, że Polska i Rumunia dostaną prawie 2/3 całej tej ekstra puli.
Według wyliczeń rządowych ekspertów, m.in. Mikołaja Dowgielewicza, szefa Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej, ze sprzedaży (np. zachodnioeuropejskim firmom) dodatkowych zezwoleń budżet państwa może dostać nawet 60 mld złotych przez siedem lat, czyli ok. 1,85 mld euro rocznie. Przy założeniu, że sprawdzi się prognoza Komisji, iż cena 1 tony CO2 wyniesie ok. 39 euro, a kurs euro do złotówki utrzyma się na poziomie bliskim 4 zł . - To wyliczenie jest oczywiście z grubsza. Nasi eksperci brali pod uwagę dzisiejsze wartości – tłumaczył nam na gorąco premier Tusk. 
Zyski ze sprzedania dodatkowych zezwoleń budżet państwa będzie mógł przeznaczyć na „cele społeczne”, na inwestycje ekologiczne oraz na modernizację polskiej elektroenergetyki. Na szczycie postanowiono bowiem, że państwa będą mogły udzielić pomocy publicznej na budowę nowych elektrowni (ale nie więcej niż 15 proc. wartości inwestycji).
Możliwość finansowania dotacji socjalnych może się przydać. Przedstawiciele rządu przyznawali wczoraj, że nawet po modyfikacjach, Pakiet energetyczno-klimatyczny spowoduje wzrost cen prądu. – Dzisiaj ta cena jest poniżej średniej unijnej – powiedział Tusk. Ale – jak podkreślał premier  –podwyżki będą nieporównywalnie mniejsze, niż to, co Polsce groziło w przypadku wdrożenia pierwotnej wersji traktatu. – Będziemy pilnować tego, żeby te ceny nie poszybowały w górę. Przygotowujemy ustawowe zmiany, które wzmocnią Urząd Regulacji Energetyki, kiedy będzie trzeba kontrolować ceny – powiedział  „Gazecie” premier.
Wszyscy zadowoleni?
Także „stare” kraje UE wywalczyły sobie także wiele modyfikacji. Szczyt UE postanowił, że zysk ze sprzedaży 200 mln zezwoleń na emisję CO2 (każdy na 1 tonę), będzie można przeznaczyć na finansowanie nowych technologii, np. przechwytywania i magazynowania CO2 (tzw. CCS). Z zastrzeżeniem, że żaden projekt nie będzie mógł dostać więcej niż 15 proc. całej kwoty. Polska też będzie mogła z tego skorzystać.
Państwa północne zagwarantowały sobie zapis, że w przypadku szczególnie trudnych warunków pogodowych (np. bardzo silnej zimy) będzie można jednorazowo przekroczyć przyznane limity emisji CO2 o 5 proc.
Jeszcze ważniejszą rzecz udało się wywalczyć Niemcom, które bały się, że ich zakłady przemysłowe zaczną się wynosić z UE, ze względu na wysokie koszty nowego systemu. Szczyt zadecydował, że największe firmy w Unii (np. wielka synteza chemiczna, huty, papiernie) po 2013 r. będą miały obowiązek kupowania tylko 30 proc. zezwoleń na emisję CO2, 70 proc. w 2020 r. (resztę dostaną za darmo). I dopiero w 2025 r. będą kupować  100 proc. Co więcej, te zakłady przemysłowe, które są szczególnie narażone na wzrost kosztów (czyli takie, dla których nowy system handlu emisjami oznacza wzrost rachunków o 5 proc.) – będą mogły dostać aż 100 proc. darmowych zezwoleń, bez czasowego limitu.  Pod warunkiem, że stosują najnowocześniejsze dostępne technologie.  Lista branż, które będą objęte tym wyjątkiem zostanie opublikowana najpóźniej w grudniu 2009 r.
Austria, Finlandia, Dania, Włochy, Hiszpania, Belgia, Luxemburg, Portugalia, Irlandia, Słowenia, Cypr i Szwecja wywalczyły sobie zapis, że będą mogły uzyskiwać dodatkowe zezwolenia na emisję CO2 (ale nie więcej niż  3-4 proc. sumy emisji CO2 z 2005 r.) dzięki inwestycjom w biednych krajach spoza Unii.
Litwa natomiast uzyskała gwarancje, że dostanie trochę dodatkowych zezwoleń na emisję CO2, gdy okaże się że zamknięcie w 2009 r. siłowni atomowej Ignalina spowoduje nagły wzrost emisji CO2. 
I chyba tylko Węgrzy wyjeżdżali z Brukseli nie do końca zadowoleni. Ich do ostatnich minut szczytu wykłócał się o bardziej korzystne rozwiązania.
W dokumencie zamykającym szczyt, unijni przywódcy nie omieszkali więc dorzucić szczypty samochwalstwa. – Porozumienie w sprawie unijnego pakietu energetyczno-klimatycznego jest znaczącym wkładem w ochronę naszej planety,  wzmacnia wiodącą  rolę Europy w walce ze zmianami klimatycznymi – stwierdzili. Odmienne zdanie mają organizacje ekologiczne, które już w piątek krzyczały o zdradzonych ambicjach Europy.  Organizacja Climate Action Network już zaapelowała do Parlamentu Europejskiego, żeby próbował storpedować uzgodnione wczoraj przez rządy porozumienie.  Zdaniem ekologów, w pakiecie jest za dużo różnych wyjątków i taryf ulgowych. Te wywalczone przez Polskę też się im nie podobają. – To czarny dzień dla polityki klimatycznej. Europejscy szefowie państw i rządów wycofali się ze swoich obietnic. Angela Merkel, Silvio Berlusconi, Donald Tusk i Nicolas Sarkozy powinni się wstydzić. Wybrali prywatne zyski przemysłu ponad wolę Europejczyków, przyszłość ich dzieci i uciemiężenie milionów ludzi na całym świecie – ogłosiły CAN, Friends of the Earth Europe, Greenpeace i Oxfam and WWF.
 - To jakieś nieporozumienie. Przecież nikt nie zakwestionował głównego celu pakietu, czyli 20 procentowej redukcji emisji CO2 do 2020 r. To nadal da się osiągnąć – komentował Dowgielewicz.

Program ratunkowy dla gospodarki
Szefowie rządów i państw UE w piątek zaakceptowali także założenie gospodarczego planu ratunkowego, który ma wyciągnąć europejską gospodarkę z recesji. 

Dotychczasowe przecieki potwierdziły się: państwa UE zgodziły się na dodatkowe inwestycje publiczne i ulgi podatkowe na poziomie 1,5 proc. PKB Unii. Żeby przyspieszyć wydawanie publicznych pieniędzy, rządy zgodziły się, żeby w 2009 r., na zasadzie wyjątku, dopuścić skrócenie czasu procedury przetargowej do 30 dni (co oznacza radykalne zmniejszenie możliwości odwołań). Szczególnie ten zapis może mieć znaczenie dla Polski – rząd planuje bowiem skok w wydawaniu unijnych pieniędzy. Chce wydać nawet 21 mld złotych.
Dodatkowo, państwa Unii zaproponowały zmianę zasad udzielania pomocy publicznej, tak, żeby dużo łatwiej było dawać granty (do 0,5 mln euro) dla małych i średnich przedsiębiorstw.
- Jaki efekt te działania przyniosą, dopiero zobaczymy – komentował prezydent Lech Kaczyński.

15:52, konrad.niklewicz
Link Komentarze (1) »

Choć do końca szczytu została jeszcze godzina, już wiadomo: jest sukces. 27 państw Unii Europejskiej dogadało się w najważniejszej sprawie, czyli w kwestii Pakietu energetyczno-klimatycznego.
Wynegocjowany wczoraj i dziś w Brukseli  będzie bardzo się różnił od pierwotnych propozycji Komisja Europejskiej z początku br. Cel pozostaje ten sam: do 2020 r. państwa UE mają zmniejszyć emisje CO2 o 20 proc. W tym samym roku udział odnawialnych źródeł energii w produkcji elektryczności ma wzrosnąć do 20 proc., a efektywność (oszczędności) energetyczne ma się zwiększyć o 20 proc.
Jednak sposób osiągnięcia tego celu będzie inny. Bo Komisja pierwotnie proponowała, żeby do tego celu dojść m.in. po przez zmuszenie elektrowni, by już w 2013 r. musiały kupować wszystkie swoje zezwolenia na emisję CO2  (obecnie je dostają za darmo). Dla polskiej gospodarki – uznał rząd – to byłoby zbyt duże obciążenie, zbyt duże ryzyko olbrzymich podwyżek cen prądu. To samo zresztą mówiło osiem innych, nowych państw członkowskich UE. Wszystkie znalazły się w stworzonej przez Polskę koalicji.
Uzyskane w Brukseli ustępstwa bardzo to ryzyko zmniejszają.
Polska, podobnie jak inne najbiedniejsze kraje UE, dostanie okres przejściowy 100 proc. zezwoleń  polskie elektrownie będą musiały kupować dopiero w 2020 r. W 2013 r. – tylko 30 proc. Darmowe zezwolenia będą przysługiwać jednak tylko tym elektrowniom, które będą istniały przed 31 grudnia 2013 r. Taki zapis ma zagwarantować, że np. niemieckie koncerny energetyczne nie zaczną masowo budować w Polsce nowych elektrowni węglowych.  Szczyt postanowił też, że na dwa lata przed wygaśnięciem okresu przejściowego, rządy spotkają się raz jeszcze, by sprawdzić, czy modyfikacja przynosi zamierzone efekty.
Co ważniejsze jednak, przyjęta w piątek przez szczyt UE nowa wersja pakietu energetycznego przewiduje, że biedniejsze kraje dostaną specjalne, dodatkowe pule zezwoleń na emisję CO2. System będzie działa tak: 88 proc. wszystkich zezwoleń będzie podzielonych pomiędzy wszystkie kraje UE, w oparciu o kryterium historycznych emisji CO2. Kolejne 10 proc. zezwoleń zostanie podzielonych w oparciu o kryterium zamożności tych państw. I wreszcie ostatnie 2 proc. całej puli będzie podzielone pomiędzy 9 nowych państw UE, które w okresie 1990 – 2005 odnotowały największą redukcję emisji CO2. Co oznacza, że Polska i Rumunia dostaną prawie 2/3 całej tej ekstra puli. 
- Polska zwyciężyła, przeforsowała swoje argumenty. Polska, jako lider regionalnej koalicji, uzyskała zrozumienie całej Unii  – cieszył się minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski.  - Według naszego szacunku, przeprowadzonego w oparciu o cenę zezwolenia na emisję 1 tony CO2 na poziomie 39 euro, uzyskamy transfer rzędu 60 mld złotych w latach 2013 – 20 – powiedział „Gazecie”.
Skąd te pieniądze? Eksperci rządowi przekonują, że mniej więcej właśnie tyle przyniesie sprzedaż tych ekstra zezwoleń, które dał nam szczyt.  Jak powiedział nam Mikołaj Dowgielewicz, szef Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej, zyski ze sprzedania dodatkowych zezwoleń (np. zachodnioeuropejskim firmom) budżet państwa będzie mógł przeznaczyć także na „cele społeczne”, oraz na inwestycje ekologiczne oraz modernizację polskiej elektroenergetyki. Na szczycie postanowiono bowiem, że państwa będą mogły udzielić pomocy publicznej na budowę nowych elektrowni (ale nie więcej niż 15 proc. wartości inwestycji). 
Ani Dowgielewicz, ani Sikorski nie potrafili powiedzieć, jakie będą podwyżki cen prądu, jakie nastąpią w Polsce po 2013 r. Bo w to, że będą, nie wątpi nikt – także dlatego, że jednak część zezwoleń polskie  elektrownie będą musiały kupować. – Nikt nie jest jeszcze w stanie przeprowadzić kalkulacji – mówił Dowgielewicz.
Sikorski podkreślał jednak: - W tej wersji pakiet da się zrealizować.
Wszyscy zadowoleni?
Także „stare” kraje UE wywalczyły sobie także wiele modyfikacji. Szczyt UE postanowił, że zysk ze sprzedaży 200 mln zezwoleń na emisję CO2 (każdy na 1 tonę), będzie można przeznaczyć na finansowanie nowych technologii, np. przechwytywania i magazynowania CO2 (tzw. CCS). Z zastrzeżeniem, że żaden projekt nie będzie mógł dostać więcej niż 15 proc. całej kwoty. Polska też będzie mogła z tego skorzystać.
Państwa północne zagwarantowały sobie zapis, że w przypadku szczególnie trudnych warunków pogodowych (np. bardzo silnej zimy) będzie można jednorazowo przekroczyć przyznane limity emisji CO2 o 5 proc. 
Ważniejszą rzecz udało się wywalczyć Niemcom, które bały się, że ich zakłady przemysłowe zaczną się wynosić z UE, ze względu na wysokie koszty nowego systemu. Unia zadecydowała, że zakłady przemysłowe (np. wielka synteza chemiczna, huty, papiernie) w całej UE w 2013 r. będą miały obowiązek kupować 30 proc. zezwoleń, 70 proc. w 2020 r. (resztę dostaną za darmo). A dopiero w 2025 r. będą kupować  100 proc.
Jeszcze lepiej będą potraktowane w UE te firmy, które są "szczególnie narażone" na wzrost kosztów (czyli takie, dla których nowy system handlu emisjami oznacza wzrost kosztów o 5 proc.). Takie firmy będą mogły dostać aż 100 proc. darmowych zezwoleń, pod warunkiem, że stosują najnowocześniejsze dostępne technologie.  Lista branż, które będą objęte tym wyjątkiem zostanie opublikowana najpóźniej w grudniu 2009 r.
Z kolei Austria, Finlandia, Dania, Włochy, Hiszpania, Belgia, Luksemburg, Portugalia, Irlandia, Słowenia, Cypr i Szwecja wywalczyły sobie zapis, że będą mogły uzyskiwać dodatkowe zezwolenia na emisję CO2 (ale nie więcej niż  3-4 proc. sumy emisji CO2 z 2005 r.) dzięki inwestycjom w biednych krajach spoza Unii.
Litwa natomiast uzyskała gwarancje, że dostanie trochę dodatkowych zezwoleń na emisję CO2, gdy okaże się że zamknięcie w 2009 r. siłowni atomowej Ignalina spowoduje nagły wzrost emisji CO2. 
I chyba tylko Węgrzy wyjeżdżali z Brukseli niezadowoleni. Ich do ostatnich minut szczytu wykłócał się o bardziej korzystne rozwiązania.
W dokumencie zamykającym szczyt, unijni przywódcy nie darowali sobie szczypty samochwalstwa. – Porozumienie w sprawie unijnego pakietu energetyczno-klimatycznego jest znaczącym wkładem w ochronę naszej planety,  wzmacnia wiodącą  rolę Europy w walce ze zmianami klimatycznymi – czytamy w konkluzjach.
Całkowicie odmienne zdanie mają organizacje ekologiczne, które już w piątek krzyczały o zdradzonych celach Europy.  
- To jakieś nieporozumienie. Przecież nikt nie zakwestionował głównego celu pakietu, czyli 20 procentowej redukcji emisji CO2 do 2020 r. To nadal da się osiągnąć – komentował Dowgielewicz.

13:00, konrad.niklewicz
Link
czwartek, 11 grudnia 2008

Premier Tusk i prezydent Kaczyński wyszli z budynku Rady UE tuż przed północą. Nie potwierdzili wprost, że porozumienie w sprawie pakietu klimatycznego zostało osiągnięte. Ale premier wyraźnie dawał do zrozumienia, że rozstrzygnięce które może zaakceptować jest tuż, tuż.  

- Ciężkie są te rozmowy, ciężkie negocjacje. Bo tu jest 27 krajów i każdy ma inny interes. I prezydent Sarkozy ma trudne zadanie, żeby to pospinać – powiedział Tusk. – Polskie stanowisko jest w coraz większym stopniu uwzględniane. Jesteśmy w dobrym punkcie, nie ma mowy o odtrąbieniu sukcesu. W piątek zobaczymy – podkreślił premier.

Jak taką polityczną wypowiedź przetłumaczyć na nasze? Z perspektywy dziennikarza wygląda to tak: polski rząd chce jeszcze wynegocjować kilka konkretnych szczegółów technicznych. I dopóki one nie będą zamknięte, ani Tusk, ani Kaczyński nie mogą oficjalnie "odtrąbić" porozumienia w najważniejszych sprawach.

Dogrywka jutro, zapraszam do lektury bloga, prosto z Brukseli

23:57, konrad.niklewicz
Link
 
1 , 2 , 3
wyborcza.pl
Konrad Niklewicz

Konrad Niklewicz, od ponad 10 lat dziennikarz i redaktor „Gazety Wyborczej”. Od ośmiu lat w dziale gospodarczym, w latach 2005 - 2007 był korespondentem „Gazety” w Brukseli.
dowiedz się więcej »

Follow konradniklewicz on Twitter
top | © Agora SA | design by kate_mac