Co się dzieje w Unii Europejskiej? Autorski przegląd najważniejszych spraw i wydarzeń z życia wspólnoty.
poniedziałek, 29 listopada 2010

Miałem dziś ciężka konfuzję poznawczą. Z jednej strony Komisja Europejska przedstawiła bardzo pozytywne prognozy gospodarcze dla Polski, a z drugiej strony - złoty tracił na wartości jakby go ktoś o ziemię ciskał.
Znów doszedłem do wniosku, że fundamenty gospodarcze sobie, a oszalała, spekulancka tłuszcza* - sobie.
Nie będę szanownym czytelnikom przeklejał in extenso najnowszych prognoz gospodarczych Komisji, ale kilka najbardziej istotnych fragmentów powtórzyć jednak muszę. W tym rok Polska - zdaniem unijnych urzędników - będzie jednym z czterech liderów gospodarczych Unii. Ze wzrostem PKB rzędu 3,5 proc. wyprzedzą nas tylko Niemcy (3,7 proc.), Słowacja (4,1 proc.) i Szwecja (4,8 proc.). Jednak już w przyszłym (2011 r.) w tych trzech krajach tempo wzrostu w przyszłym roku spadnie, a w Polsce - wzrośnie do 3,9 proc. Komisja pisze bowiem o „mocnym ożywieniu" w Bolandzie, opartym na popycie wewnętrzny wynikającym ze stopniowej poprawy na rynku pracy, wzrostu zaufania konsumentów i przedsiębiorców i rosnącego napływu funduszy z zagranicy.
W całej UE w latach 2010-11 PKB ma wzrosnąć o około 1,75 proc., a w roku 2012 przewidywany jest wzrost PKB w granicach 2 proc. Więcej danych i informacji - tutaj
Niestety, te wszystkie dobre wiadomości możemy sobie wsadzić.  Moi redakcyjni koledzy o komentarz poprosili Alfreda Adamca, doradcę inwestycyjnego z firmy Efect. - Nasza sytuacja gospodarcza nie ma najmniejszego znaczenia dla notowań złotego, bo o wszystkim decydują teraz międzynarodowi spekulanci walutowi. Boją się rosnącego ryzyka w Europie i dlatego gwałtownie uciekają do waluty rezerwowej, czyli dolara. Więc sprzedają euro, ale także ryzykowniejsze waluty młodych gospodarek np. złotego.
Polski rząd mógłby mieć hodowlę kur produkujących złote jaja - a i tak złoty by się osłabiał.
Nie ma mocnych na instynkt stadny**.

 

* to celowe i na pewno niesprawiedliwe przejaskrawienie.

* tak, tak, wiem. BlogUE sam pisał, że w dłuższej perspektywie rynki wiedzą lepiej niż urzędnicy

Jak się państwu podobają najnowsze enuncjacje wikileaks? Mnie się średnio podobają. Żadna z informacji jakoś mną nie wstrząsnęła. Zachowania amerykańskich dyplomatów i ich szefów (np. polecenie szpiegowania, zbierania informacji o DNA) - są ewidentnie głupie i, po prawdzie, nie wiadomo czemu służące.
To, co mną wstrząsa, to głupota osób, które zdecydowały się to wszystko wrzucić do internetu. Hurtem, bez selekcji, bez jakiegokolwiek komentarza, bez nadania hierarchii ważne/nieważne/anegdotyczne. BlogUE chciałby zapytać: gdzie jest ten interes publiczny, któremu cała operacja miała służyć? Co świat zyska na tym, że jeden polityk obrazi się na drugiego? Co Polska zyska na tym, że czarno-na-białym przeczyta coś, co już wcześniej wiedziała (czyli z USA traktują nas czasami instrumentalnie)?
Co światowa demokracja, prawa człowieka i inne szczytne wartości zyskają na tym, że po d*pie dostają ostatnie państwa, które w ogóle choć trochę tychże wartości próbują bronić?
Pisze włoska La Stampa: To burza dla międzynarodowych stosunków, która doprowadzi do jednoczesnego wzrostu napięcia w najgorętszych punktach planety: od Zatoki Perskiej, gdzie nie jest już tajna prośba Arabii Saudyjskiej do Amerykanów, by pilnie zaatakowali Iran, aby zniszczyć jego program nuklearny, do Afganistanu „paranoika” Karzaja i do hipotez o zjednoczeniu Korei. To trudna sytuacja do opanowania dla Białego Domu i amerykańskiej dyplomacji, które zostały pokazane nago w ich tajnym rozumowaniu, w ich strategiach, w ich słabościach i w ich najgorszych aspektach.
Zachodnioeuropejskie rządy widzą całą tę sprawę podobnie jak blogUE (nie wiem, czy to źle, czy dobrze). Poczytajcie, co mówi rzecznik francuskiego (!) rządu: - We stand united with the US administration on the desire to avoid that which not only damages states' authority, the quality of their services, but puts men and women who have worked in the service of the country in danger. The protection of states is something serious, it's about the protection of men, of women, of citizens.
Jeśli ludzie z WikiLeaks sądzą, że swoimi publikacjami zrobili coś dobrego, to są w katastrofalnym błędzie.

10:49, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (42) »
piątek, 26 listopada 2010

Komisja Europejska staje na głowie, żeby Unia uniknęła wejścia w nowych rok na budżecie prowizorycznym. Już w piątek komisarz ds. budżetu Janusz Lewandowski zaprezentował nowy projekt budżety Unii na 2011 r. - i tym samym rozpoczął kolejne podejście do procedury akceptacji tegoż budżetu.
Poprzednia - przypomnijmy - zakończyła się fiaskiem.
To jest nowy-stary budżet. Podstawowe kwoty się nie zmieniły, bo i Parlament Europejski i rządy, zgodziły się, że budżet zamknie się w kwocie 126,5 mld euro (2,91 proc. podwyżki w stosunku do bieżącego roku).
Żeby dodatkowo zachęcić Parlament, Lewandowski dorzucił do nowego-starego projektu dwie małe zmiany, m.in. zapisał w nim specjalną rezerwę (0,03 proc. unijnego ”produktu narodowego brutto - PNB”) na niespodziewane wydatki. Właśnie takiej dodatkowej rezerwy domagał się Europarlament. Będzie ona uruchamiana za zgodą ”kwalifikowanej” większości rządów, gdyby się okazało, że na jakiś ważny projekt/zadanie Unii nie starczało pieniędzy.

Ale Europarlament ma jeszcze jeden postulat - polityczny. I nie wiadomo, czy negocjacje znów się o to jego polityczne żądanie nie rozbiją. Czytelnicy pewnie pamiętają, ale blogUE na wszelki przypadek przypomni: europosłowie chcą zagwarantować sobie, że będą brali udział w dyskusji nad fundamentami przyszłych budżetów unijnych. Chcą rozmawiać o źródłach finansowania wieloletnich ram finansowych (budżetu siedmioletniego), o zwiększeniu ”dochodów własnych” unijnych kasy. Czyli na przykład (ale niekoniecznie) o jakiejś formie europodatku.

BlogUE rozmawiał w środę z komisarzem Lewandowskim i usłyszał od niego ważną deklarację z której wyraźnie wynika, że nasz komisarz przyznaje rację postulatom PE: - Kryzys gospodarczy potęguje tendencje odśrodkowe, potęguje egoizmy narodowe. I  niewątpliwie uczestnictwo demokratycznej reprezentacji 27 krajów, ludzi myślących w kategoriach wspólnotowych - czyli europosłów -  jest bardzo pożądana. Zwłaszcza patrząc poprzez pryzmat interesów Polski, obecność Parlamentu Europejskiego, który rozumie i trwale popiera solidarność europejską również w wymiarze finansowym, byłaby korzystna w rozmowach o przyszłości. W ostatniej fazie negocjacji, ponad 20 delegacji rządowych rozumiało taką potrzebę. I było gotowych zgodzić się na postulaty PE - mówił mi. Cały wywiad z Lewandowskim - do poczytania tutaj. Gdyby, podkreślam, gdyby europosłowie i rządy były w stanie dogadać się w sprawie najnowszej propozycji Lewandowskiego już na spotkaniu koncyliacyjnym 7 grudnia, to wówczas formalne głosowanie PE odbyłoby się na ostatniej w tym roku sesji 13-16 grudnia. I groźnych ”dwunastek” udałoby się uniknąć.
Ale jeśli się nie dogadają, to będziemy mieli Unię po brytyjsku. Po raz pierwszy od bodajże 1984 r. 

Aż 600 tysięcy niepalących osób rocznie umiera z powodu chorób wywołanych wdychaniem dymu papierosowego - alarmuje grupa naukowców - autorów artykułu opublikowanego w „The Lancet”, najważniejszym medycznym czasopiśmie świata.
Te 600 tys. zgonów to oczywiście efekt tzw. biernego palenia. Dzięki ”uprzejmości” palaczy, którzy swój debilny nałóg praktykują w miejscach publicznych, aż 379 tysięcy osób zapada na choroby serca (ze skutkiem śmiertelnym), u 165 tys. wysiada układ oddechowy, 36,9 tys. umiera z powodu astmy, a 21,4 tys. - na raka płuc.
Żniwo śmierci jest oczywiście większe u osób palących. Ale tylko 10 razy większe.
Co ciekawe (i smutne), zjawisko śmierci wywołanej ”biernym paleniem” jest szczególnie widoczne w rzekomo cywilizowanej Europie.
Autorzy artykułu przygotowali swój raport na podstawie szczegółowych danych ze 192 państw świata. Praca powstała dzięki wsparciu finansowemu dwóch instytucji: Swedish National Board of Health and Welfare i prywatnej Bloomberg Philanthropies.
Wszystkim zainteresowanym przypominam, że „The Lancet” to nie jest jakieś mambo-jumbo, ale peer-reviewed czasopismo o jednym z najwyższych możliwych „impakt faktorów”.
Zamierzam sobie ten numer sprokurować. I jeśli ktoś w mojej obecności zapali w miejscu publicznym, dam do poczytania. Albo, w zależności od sytuacji, palnę rzeczonym „Lancetem” w łeb. To dość grube i ciężkie czasopismo. - It's almost as if people are in denial. They absolutely would not do something dangerous like leaving their child in the middle of the road but somehow, smoking in front of them is fine - Helena Shovelton z British Lung Foundation, cytowana przez AP.

Link do ”Lanceta” i samego tekstu - tutaj.

Tagi: konflikt
09:52, konrad.niklewicz , Społeczeństwo
Link Komentarze (31) »
czwartek, 25 listopada 2010

Może jeszcze nie zginęła. Francuski instytut BVA przeprowadził sondaż, w którym zapytał Francuzów, czy ich rząd (czytaj: skarb państwa) powinien brać udział w 85-miliardowym pakiecie pomocowym dla Irlandii.
73-proc. odpowiedziało tak.
Ta gotowość do pomocy może wynikać stąd, że porównywalna liczba Francuzów (68 proc.) uważa, że podobny kryzys finansowy może wydarzyć się także nad Sekwaną (choć sytuacja francuskich banków jest nieporównywalnie lepsza).
Z sondażu BVA wynika też, że kryzys gospodarczy zmienił opinie Francuzów o roli Unii Europejskiej. Przed kryzysem, 52 proc. uważało, że Unia t raczej źródło kłopotów.
Dziś 53 proc. uważa, że tylko wspólnota może zapobiec dalszemu rozprzestrzenianiu się zarazy.

środa, 24 listopada 2010

W Unii Europejskiej dość często zdarza się, że rządy - chcąc posurfować na demagogii i zdobyć kilka dodatkowych punktów poparcia w sondażach - próbują obejść unijne prawo i/lub obowiązujące, niepisane zasady. I wówczas Komisja Europejska musi je przywracać do pionu, przy pomocy unijnego trybunału.
Tym razem to przewracanie do pionu było szczególnie bolesne, dla wszystkich zainteresowanych stron i wyjątkowo trudne do zrozumienia przez tzw. opinię publiczną.
W środę Europejski Trybunał Sprawiedliwości orzekł, że unijne rządy (Rada UE) naruszyły przepisy, odmawiając wypłacenia 3,7-procentowej podwyżki funkcjonariuszom unijnych instytucji.  W grudniu 2009 r. rządy zadecydowały, że ze powodu kryzysu i ogólnych oszczędności, podwyżka dla 46 tysięcy osób zatrudnionych w administracji unijnej wyniesie tylko 1,85 proc. (a więc będzie poniżej inflacji).
Komisja Europejska tę decyzję postanowiła zaskarżyć do ETS, bo zasady obliczania podwyżek są bardzo szczegółowo opisane w obowiązującym prawie. Upraszczając, podwyżka musi być obliczona m.in. na podstawie wzrostu płac urzędników w instytucjach narodowych, w ośmiu wybranych państwach UE które reprezentują ponad 75 proc. unijnego PKB, w poprzedzającym roku. A tak się składa, że w 2008 r. w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii, Włoszech, Hiszpanii, Holandii, Belgii i w Luksemburgu tamtejsi urzędnicy (narodowych administracji) dostali sowite podwyżki. Komisja argumentowała więc, że eurokratom należy się 3,7 proc. wzrostu płacy. I ani procenta mniej.

ETS przyznał jej rację. Dura lex sed lex.

17:36, konrad.niklewicz , Społeczeństwo
Link Komentarze (16) »

Traktat Lizboński jest zgodny z polską konstytucją - orzekł w środę Trybunał Konstytucyjny.
Innego zdania byli senatorowie Prawa i Sprawiedliwości - bo to oni zgłosili do Trybunału skargę wniosek o zbadanie zgodności TL z konstytucją. Przekonywali, że historyczny sukces negocjacyjny prezydenta Lecha Kaczyńskiego jest de facto zły, bo, cytuję, "wtórne prawo Unii Europejskiej nie będzie musiało się liczyć z konstytucją RP". Senatorowie PiS twierdzili też, że rzekomym powodem niekonstytucjności TL jest brak ”regulacji około traktatowej” (BlogUE nie rozumie, o co chodzi, ale muszę zrobić refero relata). Cóż, Prawych i Sprawiedliwych najwyraźniej znów zawiodła ich intuicja/wiedza prawno-konstytucyjna.
PAP donosi, że gdy przewodniczący składu orzekającego odczytywał orzeczenie, jeden z widzów na sali krzyczał coś o hańbie i pieczętowaniu rozbioru Polski. Szybko został wyprowadzony przez strażników. Kurna, ale ten Sienkiewicz mocno trzyma się nam w głowach jednak. Dobrze, że sobie ten człowiek koszuli na piersiach nie rozerwał, Rejtana robiąc przed drzwiami do sali sądowej. Wówczas sądowa ochrona, wyrzucając go z gmach, na niepotrzebne zaziębienie by go naraziła.

wtorek, 23 listopada 2010

We wtorek, na sesji w Strasburgu, szanowna izba debatowała nad budżetem Unii, a raczej - nad patem, jaki powstał w budżetowych negocjacjach. Europosłowie zadeklarowali, że w tej grze "chicken" to nie oni ustąpią jako pierwsi.
- Ten spór nie jest walką o wpływy, ale o to, aby Unia potrafiła dotrzymać swoich zobowiązań - deklarował Joseph Daul, szef frakcji Europejskiej Partii Ludowej (frakcja PO). I tłumaczył, że Europarlament po to chce być obecny w negocjacjach budżetowych, żeby pilnować interesu Unii. - Rada [rządy-blogUE] przyjmuje nowe programy, ale nie zapewnia na nie pieniędzy - mówił Daul.
Debata skupiała się na trzech sprawach: kwotach wydatków na 2011 rok, uelastycznieniu budżetu w celu finansowania nowych priorytetów lub nagłych potrzeb oraz udziału Parlamentu Europejskiego w negocjacjach nad wieloletnią perspektywą finansową i środkami własnymi.
Wtórował mu (to rzadkość!) szef frakcji socjaldemokratycznej Martin Schulz. - Nie ma już dyskusji o pieniądzach, ale o kierunkach, w których rozwijać się ma Unia Europejska. To my zostaliśmy wybrani po to, aby zajmować się UE i jej budżetem, a teraz państwa członkowskie chcą nas kontrolować. To jest stawianie spraw na głowie - powiedział. I blogUE przyzna, że po raz pierwszy od dłuższego czasu z Martinem Schulzem się zgadza.
Zgadzam się (to oczywiste, wszak to mój idol polityczny) z liderem liberałów w PE Guy Verhofstadtem. - Nie jest tajemnicą, że Parlament jest gotów zaakceptować proponowane wydatki, ale druga część porozumienia jest równie istotna. Elastyczność to nie jest koncesja, o która prosimy Radę, ona jest konieczna do sfinansowania nowych projektów - mówił Verhofstadt. - Najważniejsze jest rozwiązanie problemu przyszłego finansowania UE, a system dochodów własnych jest jego częścią. Nie chodzi o zmianę Traktatu, ale o jego implementację - podkreślił.
I jeszcze jedno stwierdzenie, Daniela Cohn-Bendita (Zieloni): - Nie chodzi o pieniądze, ale o europejską ideę. Chcemy za pomocą UE rozwiązywać problemy, których nie jesteśmy w stanie rozwiązać na poziomie krajowym. Jednak państwa członkowskie nie dają Unii środków do tego niezbędnych.
Racja, racja, jeszcze raz racja. Ciekawe, czy znów będzie musiała ustąpić przed polityczną siłą rządów. A może jednak PE wreszcie pokaże, że ma cojones? Czasami właśnie tego oczekiwałbym po bezpośrednio wybranych posłach.

21:34, konrad.niklewicz , Polityka
Link

Ciekawe, czy irlandzki taoiseach (premier) Brian Cowen czyta do poduszki ”Kronikę zapowiedzianej śmierci” Marqueza? Albo Profiles in courage Johna F. Kennedy'ego? Ja bym czytał, z gorzkim poczuciem nadciągającego zniszczenia. Co by się psychicznie przygotować.
Pod naciskiem pozostałych partii politycznych, rządząca Fianna Fail zgodziła się na przeprowadzenie wcześniejszych wyborów. To efekt katastrofalnej sytuacji irlandzkiej gospodarki. Tak bardzo złej, że w niedzielę wieczorem rząd irlandzki musia przyznać, że potrzebuje wsparcia ze strony UE i MFW.
BlogUE podoba się to, że ”ginąca” ekipa jednak postawiła warunek: rozwiążmy parlament, ale najpierw przyjmijmy pakiet reform i budżet na 2011 r. To bardzo dobre, archi-samobójcze posunięcie. Cięcia zaproponowane w budżecie będą drakońskie, reformy też nie za słodkie. Jeśli rząd Cowena je przepchnie - całe odium będzie mógł wziąć ze sobą do politycznego grobu.
-  The most important issue is the passing of this budget on the 7th of December. Not to proceed with it would do grave damage to our interests - tłumaczył w poniedziałek. - Any further delay in this matter would in fact weaken our country's position.
Na miejscu opozycyjnej lewicy poszedłbym na taki plan, nie próbowałbym utrącać ustawy budżetowej w głosowaniu 7 grudnia. Przecież to jest w ich własnym interesie: nowe partie nie będą musiały zaczynać władzy od bolesnych decyzji. Oczywiście, słodycz przejęcia rządów potrwa tylko chwilę, nowa ekipa szybko zorientuje się, jak ciężko zarządzać państwem w stanie kryzysu... I że nie ma żadnych cudownych lekarstw.
Ale to dopiero przed nimi.

A tymczasem w Niemczech. - Deficyt budżetowy w 2011 r. powinien być w okolicach 2,5 proc. PKB - oświadczył wczoraj prezydent Bundesbanku Axel Weber. Niemieckie think-tanki oczekują, że będzie nieco wyższy - 2,7 proc. PKB. Nie wszyscy jednak możemy być Niemcami. 

poniedziałek, 22 listopada 2010

Irlandia poprosiła unijnych partnerów (i MFW) o pomoc finansową, rzędu 90 - 100 mld euro, rozłożoną na wiele lat. Szczegóły mają być wynegocjowane w tym tygodniu. Tymczasem Irlandczycy przygotowują się do utopienia rządzącej partii (Fianna Fail) w najbliższych wyborach. Najnowsze sondaże dają jej tylko 17-proc. poparcie, podczas gdy konkurencyjne, socjaldemokratyczne ugrupowania Fine Gael i Labour mają, odpowiednio, 33 i 27 proc. poparcia.
Oto demokratyczna, obywatelska hipokryzja w całej okazałości.
Jednym z największych winowajców obecnego kryzysu w Irlandii są sami Irlandzczycy. Panowie i Panie O’Connelly, Mulligan, Doherty et consortes. To oni przez kilka lat jechali po bandzie, zapożyczając się na potęgę i inwestując w nieruchomości, które - na zdrowy rozsądek - nie było ich stać. A żeby tylko nieruchomości: na kredyt były kupowane samochody, sprzęt elektroniczny, lodówki, pralki i co tam jeszcze komu do głowy przyszło.
I teraz ta góra długów dupnęła, bo spodziewane (przez banki i inwestoró prywatnych) zyski z real estate markets w domu, ale także w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii nie zmaterializowały się.
W Irlandii, moi szanowni czytelnicy, to nie państwo zawiodło, nie rząd. Źródłem irlandzkiego kryzysu jest dramatyczna sytuacja irlandzkich banków, które - jak się okazało - mają całą górę niespłaconych pożyczek. Chcąc uniknąć całkowitego załamania się systemu bankowego, rząd irlandzkich założył publiczne pieniądze, by zagwarantować bankom przeżycie. I stąd wziął się (upraszczam!) 35 proc. deficyt w 2010 r. Niestety okazało się, że rząd ma zbyt krótkie ręce. Irlandia pochyliła głowę i poprosiła o pożyczki.  Nie do budżetu, ale dla banków.
Owszem, kilka kolejnych rządów ma błędy na sumieniu. Błędem podstawowym było to, że przez lata rządy zbyt koncentrowały się na tworzeniu ”klimatu dla przedsiębiorczości i konsumpcji”. Podatki CIT cięto z trawą, PIT też (o ile mi wiadomo) nie jest wysoki. VAT - też niższy niż np. w Polsce. To może i nawet działało w czasach prosperity, ale w czasach kryzysu - budżet państwa nie miał skąd brać dochodów, a wydatki momentalnie zaczęły narastać. Doszło do tego, że roczne wydatki budżetu są szacowane na 50 miliardów euro, a dochody - na 31 mld euro... Dziś trzeba radykalnie podwyższać podatki (i ciąć wydatki), żeby uzbierać 15 mld euro rocznie. Choć - i tu błąd w błędzie - rząd premiera Briana Cowena upiera się, że nie podwyższy 12,5 procentowego CIT-u.
Błędem drugim było oczywiście brak jakiejkolwiek polityki ”chłodzenia gospodarki”. Ale czy tak naprawdę, to był błąd? Ani ekipy w Dublinie, ani irlandzki bank centralny nie miały narzędzi, by studzić szaleństwo kredytowe Irlandczyków.
Tak czy siak, błędy rządu to pikuś w porównaniu ze zbiorowym szaleństwem, które sami Irlandczycy popełnili. Jednak to oni są suwerenem i teraz winę za ich błędy będą musieli zapłacić politycy rządzącej Fianna Fail. - Slaughter them after Christmas! - zaapelował dziennik Sunday Independent.

Jak już wyborcy zniszczą rządzącą partię w wyborach, na pewno przez chwilę poczują się lepiej. Ale potem szybko odkryją, że nowa ekipa też nie potrafi cudu sprawić. I że nadchodzi kilka chudych lat mega-kaca po balandze.

Update 14.25 Właśnie wyczytałem na agencjach, że może jednak Irlandczycy będ musieli rozważyć podwyższenie CIT-u. Jeden z głównych pożyczkodawców, czyli rząd niemiecki, uważ bowiem, że temat podatku będzie ''jednym z punktów do dyskusji”. Choć oczywiście, Niemcy niczego Irlandczykom narzucać nie zamierzają, es versteht sich von selbst.

 
1 , 2 , 3 , 4
wyborcza.pl
Konrad Niklewicz

Konrad Niklewicz, od ponad 10 lat dziennikarz i redaktor „Gazety Wyborczej”. Od ośmiu lat w dziale gospodarczym, w latach 2005 - 2007 był korespondentem „Gazety” w Brukseli.
dowiedz się więcej »

Follow konradniklewicz on Twitter
top | © Agora SA | design by kate_mac