Co się dzieje w Unii Europejskiej? Autorski przegląd najważniejszych spraw i wydarzeń z życia wspólnoty.
poniedziałek, 30 listopada 2009

C European Communities 2009Przeglądałem ostatnio swoje blognotki dotyczące Traktatu Lizbońskiego. I zorientowałem się, że bardzo mało (za mało?!) pisałem o tym, co nowy traktat niesie unijnej gospodarce. Spieszę więc to zaniechanie naprawić. Nie może tak być, że o reformach Traktatu Lizbońskiego dotyczących polityki zagranicznej, sprawiedliwości i spraw instytucjonalnych napisano tony papieru, a wątki gospodarcze potraktowano po macoszemu.

 

Prawdopodobnie najważniejszą zmianą, jaką Traktat Lizboński wprowadza do sfery gospodarczej, jest przekazanie Parlamentowi Europejskiemu prawa do współdecydowania o Wspólnej Polityce Rolnej. Przed Lizboną europosłowie mogli jedynie uchwalać rezolucje i inne, nie wiążące dezyderaty w sprawie zasada funkcjonowania WPR. Teraz będą mieli na nią taki sam wpływ jak unijne rządy. Tak więc po 2013 r., gdy będą zapadały decyzje o nowym budżecie Unii na kolejne siedem lat, Europarlament będzie współdecydował o warunkach przyznawania dopłat bezpośrednich dla rolników. I o tym, czy obowiązujący system kwot mlecznych (określających maksymalną ilość mleka, jaką w danym państwie UE wolno wyprodukować) - w przyszłości zostanie utrzymany. Każda z tych dwóch decyzji będzie miała kolosalne znaczenia dla unijnego rynku rolnego. A trzeba pamiętać, że sam tylko rynek mleczny UE zatrudnia ponad 400 tys. osób i generuje obroty rządu 120 mld euro rocznie.
Drugą ważną zmianą „gospodarczą” jest rozszerzenie liczby obszarów, w których decyzje (np. o przyjęciu nowej dyrektywy) będą mogły być podejmowane po zaakceptowaniu ich nie przez wszystkie państwa, ale ich „kwalifikowaną większość”. Po 1 grudnia w drodze głosowania będzie można podejmować decyzje dotyczące m.in.: ¨ europejskiej polityki transportowej; ¨ zadań, celów i organizacji funduszy o przeznaczeniu strukturalnym oraz Funduszu Spójności (to bardzo ważne dla Polski!) oraz ¨ stwierdzenia, że jedno (lub więcej) państw Unii ma nadmierny deficyt budżetowy.
Traktat z Lizbony likwiduje obowiązek jednomyślności także w innej, kluczowej kwestii: wyboru prezesa i wiceprezesa Europejskiego Banku Centralnego. Do tej pory byli oni wybierani jednomyślnie, co doprowadziło do żenujących targów między państwami.
Teraz wystarczy większość głosów, by wybrać szefa Banku.
Dodatkowo, Traktat Lizboński wprowadza ważną zmianę dotyczącą procesu rozszerzania euro: wejście do niej będzie uzależnione od zgody jej obecnych członków (do tej pory takiego wymogu nie było, do wspólnego obszaru walutowego wchodziło każde państwo, które spełniło tzw. kryteria z Maastricht).

Pytanie tylko, czy unijne rządy będą chciały skorzystać z możliwości „głosowania” gospodarczych dyrektyw i składu zarządu EBC. Traktat Lizboński daje im taką możliwość - ale nie nakłada obowiązku. Dotychczasowa praktyka była taka, że unijne rządu parły do zawarcia kompromisu, nawet jeśli oznaczało to rozwodnienie dyrektywy, tak, by zadowalała wszystkie 27. państw.

Wasz autor zapytał o to Pawła Sameckiego, odchodzącego komisarza ds. polityki regionalnej. Jego zdaniem, rządy przynajmniej na początku nie odważą się wykorzystać narzędzi, które Lizbona im daje do ręki. - Spodziewam się, że w Radzie Unii Europejskiej konsensus nadal będzie poszukiwany. Cierpi nad radykalność i szybkość podejmowanych decyzji. Ale taka jest uroda Unii - powiedział. - Proces integracji UE ciągle jeszcze nie doprowadził do powstania europejskiej świadomości. Dla opinii publicznej w poszczególnych krajach wciąż może przykrym do zaakceptowania fakt, że „ich” rząd został przegłosowany - dodał Samecki.

17:48, konrad.niklewicz
Link Komentarze (2) »

W poniedziałek rano (czyli w nocy naszego czasu) unijna delegacja (m.in. szef Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso, premier Szwecji Fredrik Reinfeldt) spotkała się z przedstawicielami władz chińskich, z okazji tradycyjnego ”szczytu chińsko-unijnego”.
Tym razem to Chińczycy byli gospodarzami (w Nankinie), a Europejczycy pokornymi gośćmi. Którzy przyjechali do Chin po prośbie. Podwójnej.

Prośba pierwsza: niech Chiny raczą, w swej łaskawości, rozważyć aprecjację swojej waluty. Kurs yuana, na sztywno utrzymywany przez władze Chin na bardzo niskim poziomie wobec euro i dolara, jest błogosławieństwem dla chińskiego przemysłu (nastawionego na eksport, w 20 proc. do UE) i przekleństwem dla gospodarek Zachodu - próbujących Chińczykom jak najwięcej sprzedać. Wciąż urzędujący, unijny komisarz ds. monetarnych Joaquin Almunia zgrabnie to ujął: - Low value of the yuan against the euro had led to a situation with which we are not satisfied.

Prośba druga: niech Chiny raczą, w swej łaskawości, wdrożyć u siebie ”ambitne” ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. Bo inaczej z porozumienia klimatycznego w Kopenhadze nici.

Obie prośby zostały wysłuchane, ale raczej tylko jedna z nich zostanie spełniona - i to tylko częściowo. W sprawie kursu yuana, Chiny każą Europie bujać się. Dyplomatycznie, ale stanowczo. - Some countries are on the one hand pressuring China to appreciate its currency while on the other hand they are practising trade protectionism against China in many different forms. This is unfair. In fact these measures are restrictions on China's development - powiedział niewzruszony premier Chin Wen Jiabao. (UE wciąż utrzymuje m.in. cła antydumpingowe na chińskie buty). Poza tym, przekonywał Wen, w interesie świata leży tak naprawdę... stabilność kursu yuana, a nie jakieś gwałtowne skoki. - In the face of the unprecedented international financial crisis, to maintain the basic stability of the yuan exchange rate is conducive to China's economic growth and the world economic recovery - powiedział chiński premier. Żadnych marzeń, panowie Europejczycy, żadnych marzeń.
A w sprawie emisji CO2 - cóż, na razie Chiny przypominają, że właśnie ogłosiły ambitne plany redukcji. Ale nie wykluczone, że coś jeszcze przed Kopenhagą dorzucą.

11:04, konrad.niklewicz
Link Komentarze (14) »
sobota, 28 listopada 2009

Tego się chyba nikt nie spodziewał. Choć unijny komitet ds. ceł i antydumpingu przed tygodniem zadecydował, że cła ochronne na buty z Chin i Wietnamu powinny być zniesione (blogUE pisał o tym tutaj) Komisja Europejska postanowiła ten głos kompletnie zlekceważyć i – ku radości polskich manufaktur obuwniczych – przesyła do Rady Unii Europejskiej oficjalną propozycję, by jednak cła pozostawić. Na 15 miesięcy.
Lobby koncernów obuwniczych (Puma, Adidas, Reebok itp.) jest wściekłe. – The European Footwear Alliance is astonished that the Commission has chosen to ignore the opinion of a majority of EU Member States regarding the abolition of the anti-dumping duties on leather footwear imports from China and Vietnam. Despite the vote of 19 November, when a majority of EU Member States voted against the European Commission’s proposal to extend the duties, the Commission has today submitted to the Council a formal 15-month extension of the duties – piszą lobbyści. I wchodzą na wysokie C, żeby dowalić Komisji Europejskiej, która najwyraźniej postanowiła do końca bronić nowych państw członkowskich, w tym zwłaszcza Polski. (To my najgłośniej domagaliśmy się utrzymania ceł). - This points not only to an utter disregard both for the opinion of EU Member States and for the interests of European consumers and businesses, but also to a new level of cynicism – oburzają się lobbyści (tak, tak, właśnie oni kogoś oskarżają  o “cynizm. Of all people...)
Polscy producenci butów nie mogą jednak triumfować. Jeszcze nie, jeśli w ogóle.  Desperacki gest Komisji nie oznacza, że cła na chińskie i wietnamskie buty zostaną w mocy. Teraz decyzja – tym razem już ostateczna – będzie w rękach unijnych rządów. I one mogą cła ostatecznie wyrzucić do kosza. Tym samym stosunkiem głosów, który objawił się przed tygodniem - na posiedzeniu komitetu ds. ceł.
Z drugiej strony – polski rząd zyskuje kilka dodatkowych tygodni szukanie nowych sojuszników.
BlogUE będzie przyglądał się tej sprawie.

22:00, konrad.niklewicz
Link
piątek, 27 listopada 2009

No i nie pomyliłem się. Wyjątkowa to chwila satysfakcji dla blogUE. Janusz Lewandowski będzie komisarzem ds. budżetu. Przed chwila oficjalnie potwierdził to szef KE Jose Manuel Barroso.
Od początku pisałem, że to jedyny, sensowny wybór. Zdania nie zmieniłem nawet wtedy, gdy publicznie, w radiu TOK FM, moje pomysł wyśmiewał Sławomir Nowak, wówczas jeszcze szef gabinetu politycznego premiera Donalda Tuska. Politycy karmili nas wizjami, że Lewandowski dostanie jakąś „ważna tekę gospodarczą”. Np. konkurencję, sprawy monetarne. Albo - i to już zupełne kuriozum! - tekę komisarza ds. przemysłu.
Cierpliwie przekonywałem, że tak nie będzie. I że budżet, nie jakis tam ''przemysł'' jest dla nas najlepszy - bo daje nam ogromny wpływ na to, w którym kierunku potoczy się reforma unijnego budżetu. Chyba nawet nie muszę tłumaczyć, jak bardzo jest to ważne dla Polski.
Oczywiście, to nie Lewandowski będzie miał ostatni głos w tej sprawie. Ale przynajmniej będzie miał ”pierwszy głos” - i to już coś.
BlogUE wróci jeszcze do tego tematu.  Na razie ciekaw jestem opinii czytelników.

12:47, konrad.niklewicz
Link Komentarze (5) »

Dziś o 12.15 przewodniczący Komisji Europejskiej ma przedstawić proponowany skład swojej nowej Komisji. Jeśli wierzyć medialnym przeciekom (obszernie opisywanym w całej prasie europejskiej, także w „Gazecie Wyborczej”, podział tek już jest od dawna gotowy.  Pozamiatane, posprzątane. Co zaskoczyło Waszego autora?
Po pierwsze, decyzja Barrosy (i unijnych rządów), by arcy-ważną tekę komisarza ds. handlu zagranicznego przekazać Belgowi Karelowi de Guchtowi. Nie ma ma żadnych zastrzeżeń do tej kandydatury, dziwi mnie jedynie niespodziewany awans Belgii, która kilka dni temu dostała przecież posadę przewodniczącego Rady UE. I bardzo dobrze. BlogUE Królestwu kibicuje i cieszy się, że wreszcie zostało docenione.
Po drugie, zaskoczył mnie fakt, że Joaquin Almunia (Hiszpan, dotychczasowy komisarz ds. monetarnych) ma teraz być komisarzem ds. konkurencji, Neelie Kroes (Holenderka, dotychczasowa komisarz ds. konkurencji) obejmie tekę ”społeczeństwa informacyjnego”, zaś Olli Rehn (Fin, dotychczasowy komisarz ds. rozszerzenia) stanie na straży wspólnej waluty.
Nominacja dla Kroesowej może się okazać - nawet w szerszej perspektywie - strzałem w dziesiątkę, dla nas Polaków.
Niektórzy czytelnicy blogUE pewnie już się domyślają, co chcę napisać. Otóż właśnie komisarz ds. społeczeństwa informacyjnego będzie miała za zadanie wdrożyć reguły wspólnego unijnego rynku także w sferze handlu online. Dziś ten rynek wciąż pozostaje poszatkowany narodowymi granicami, a giganci tacy jak Apple ostentacyjnie mają niektórych europejskich konsumentów w ”głębokim poważaniu”, nie dając im dostępu do swoich usług. Na zasadzie ”nie bo nie”. (BlogUE pisał o tym wielokrotnie, np. tutaj ). Neelie Kroes kilka razy pokazała, że umie sobie radzić z największymi gigantami światowej gospodarki, soląc kolosalne grzywny np. Microsoftowi i Intelowi. Więc może i z tym sobie poradzi? Nie sugeruję, że ma nakładać grzywny na Apple, ale by bardziej ”dynamicznie” popchnęła  do przodu sprawę np. tworzenia europejskiego prawa autorskiego i licencyjnego, tak, by ujednolicić mozaikę narodowych przepisów.
Oczywiście, wszelakie te dywagacje trzeba opatrzyć zastrzeżeniem: wiele może się zmienić o 12.15, gdy Barroso wreszcie przemówi. 

Na deser, rzecz najważniejsza. Zostało nam jeszcze półorej godziny niepewności, jaką tekę dostanie Janusz Lewandowski? BlogUE w tej sprawie ma zdanie od dawna, bardzo dawna: powinien dostać budżet. Ale wiadomo: między słowami ”powinien”, a ”faktycznie dostanie” kryje się cała masa możliwości. Inga Czerny z PAP wspomina np. o jakimś tajemniczym dokumencie, krążącym po Brukseli, w którym Lewandowskiemu przypisana jest teka komisarza ds. przemysłu.
Ta teka to IMHO pułapka. Niby prestiżowa, ale w rzeczywistości - niewiele znacząca. O czym boleśnie przekonał się sam Gunter Verheugen, polityk ciężkiego kalibru, który nieopatrznie zgodził się ją przyjąć w komisji Barroso I. BlogUE ma więc nadzieję, że jednak stanie na budżecie dla Lewandowskiego.

By the way. W czwartek Parlament Europejski zadecydował, że, ze 26 stycznia 2010 roku odbędzie sie dodatkowa sesja plenarna PE w Brukseli, która zadecyduje o przyjęciu nowego składu Komisji Europejskiej.

10:47, konrad.niklewicz
Link Komentarze (1) »
czwartek, 26 listopada 2009

Być może doszło właśnie do przełomu w negocjacjach klimatycznych. Ogłaszając w czwartek swój cel redukcji emisji CO2 (nieco odmienny od celów przyjętych przez UE, Australię, Rosję, Brazylię itp.), Chiny całkowicie zmieniają obraz gry.
Do tej pory wszyscy odrzucać nowy międzynarodowy traktat o redukcji emisji gazów cieplarnianych zasłaniając się tym, że ”Chiny nie robią nic”. Teraz widzimy, że jednak robią. BlogUE nie jest jeszcze w stanie policzyć, co w liczbach bezwzględnych oznacza zadeklarowana przez Chińczyków redukcja emisji CO2 o 40 - 45 proc. na każdą jednostkę wytworzonego PKB. Ekspertów czekają teraz żmudne obliczenia, ile to może oznaczać ”bezwzględnej redukcji emisji CO2” (o ile w ogóle do jakiejś redukcji łącznej dojdzie).
Tak czy siak jednak, chińską gospodarkę czeka kolosalny wysiłek. Bo, w dużym uproszczeniu, taki poziom redukcji emisji CO2 oznacza, że 80-procentowy udział węgla w chińskiej elektroenergetyce będzie musiał być zmieniony na, powiedzmy, 30 procentowy.

To nie jest zmiana. To jest r-e-w-o-l-u-c-j-a. Równie ambitna jak to, co chce zrobić Unia Europejska (20 proc. mniej łącznej emisji CO2 w 2020 r. niż w 2005 r.).  Pamiętajmy, że Chiny chcą i muszą modernizować się, chcą i muszą nadrobić dystans w zamożności społeczeństwa, jaki dziś dzieli ich od krajów Zachodu. Dla nich każde ograniczenie emisji CO2, bez względu na to, jak je zapiszemy, to przeszkoda sporo większa niż dla ”sytych” Europejczyków.
A jednak Chiny się na to zdecydowały. Oczywiście, na ostateczną ocenę przyjdzie jeszcze poczekać, bo - jak mówi Pismo - ”po owocach* ich poznacie”.
Jedno można jednak powiedzieć już dziś. Po środowej deklaracji prezydenta USA Baracka Obamy (który zapowiedział 17 procentową redukcję bezwzględną), piłka znowu jest w grze. Może jednak szczyt w Kopenhadze nie zakończy się aż taką klęską, jak wszyscy myśleliśmy jeszcze tydzień temu.
To po pierwsze. Po drugie, mam nadzieję że teraz zamilkną wszyscy Ci sceptycy (na moim blogu, jak widzę, ich nie brakuje), którzy twierdzą, że Europa, a wraz z nią i Polska, niepotrzebnie się napina, bo Chińczycy w groźne zmiany klimatyczne nie wierzą i wszystkie nasze wysiłki zrujnują. Otóż, szanowni niedowiarkowie, mylicie się. Kiedy wreszcie to uznacie?!  Na Waszym miejscu, schowałbym się do jakiejś mysiej dziury i próbował udawać, że mnie nie ma. Tyle na gorąco, blogUE będzie wracał do ''chińskiego'' tematu.

* skorygowane 15.40, dzięki naimad.dangel

13:01, konrad.niklewicz
Link Komentarze (10) »

Coś mnie dziś tknęło i postanowiłem sprawdzić, kiedy opublikowałem na blogUE pierwszą notkę. I suprise, suprise! Okazuje się, że blogUE ma okrąglutki rok!

Za wspólnie spędzony czas czytelnikom serdecznie dziękuję!

 

12:02, konrad.niklewicz
Link Komentarze (7) »

Oto dowód, że jednak prowadzenie bloga ma sens! Raptem kilkanaście godzin minęło od opublikowania mojego poprzedniego wpisu, w którym zastanawiałem się, jak europoseł Konrad Szymański (PiS) wyliczył kwotę 40 mld euro, ktra jakoby miałaby grozić Polsce (w postaci obowiązkowej kontrybucji związanej z redukcją emisji CO2). I proszę bardzo, poseł Szymański odpowiada. 

Nie przedłużam dalej i oddaję mu głos. Żeby było fair, listu p.posła nie opatrzę komenarzem własnym. Nie jest potrzebny, bo czytelnicy bloga wiedzą (lub domyślają się), jakie są moje szacunki dotyczące sum, jakie Polska będzie musiała płacić. Są one diametralnie inne. Duuuużo niższe.

A teraz list:

Cyfry są przerażające, nie tajemnicze!

W swoich wystąpieniach parlamentarnych w sprawie konferencji klimatycznej w Kopenhadze wielokrotnie podkreślałem, że stanowisko Parlamentu Europejskiego może oznaczać, że Polska zapłaci słono i to dwukrotnie za te same emisje - raz w ramach handlu emisjami, a drugi w ramach składki na czyste technologie w krajach rozwijających się.

Redaktor Niklewicz uspokaja, że to nie będzie 40 miliardów euro. Według jego wyliczeń, to zaledwie 24 miliardy euro. Faktycznie drobiazg! Proponuje nam się w dobie recesji płacić krajom, które mają zazwyczaj szybszy wzrost gospodarczy i od dawna emitują do atmosfery więcej CO2 dziesiątki miliardów euro, ale każdy kto zada pytanie o sens tej operacji jest podejrzanym negacjonistą!

Redaktor Niklewicz pyta skąd wzięło się to 40 miliardów. Wzięło się ono z prostego przeliczenia: 30 miliardów euro (składki UE rocznie) razy 12% (potencjalnego polskiego udziału w składce) razy 11 lat (obowiązywania systemu do roku 2020) równa się 39,6 mld euro.

Suma 30 miliardów jest zapisana we wczorajszej rezolucji PE ([PE] uważa, że zbiorowy wkład UE w działania łagodzące i realizację potrzeb dostosowawczych krajów rozwijających się nie powinien być niższy niż 30 mld EUR rocznie do 2020 r., która to kwota może zwiększać się wraz ze zdobywaniem wiedzy na temat intensywności zmian klimatycznych oraz skali związanych z nimi kosztów).

12-procentowy udział Polski wziął się z depeszy PAP z 10 września 2009 pt. "KE przed Kopenhagą obiecuje biednym krajom 15 mld euro rocznie", gdzie czytamy m.in., że "Polska sprzeciwia się, by unijną składkę podzielić z uwzględnieniem emisji, wysokich ze względu na węglowy charakter polskiej energetyki, bo zapłaciłaby w takim wariancie nieproporcjonalnie dużo - nawet do 12 proc.".

System, gdyby wszedł w życie szybko, mógłby trwać 11 lat, z rokiem 2020 włącznie.

Redaktor Niklewicz w swoim anestezjologicznym tonie uspokaja na jeszcze jeden sposób. Pisze, że ta składka nie będzie tak wysoka w praktyce. Oczywiście, że nie będzie! Państwa członkowskie, które odpowiadają przed swoimi obywatelami dużo bardziej niż sfanatyzowany na punkcie ekologii Parlament Europejski nie zgodą się na te absurdalne rozwiązania, których ochoczo broni redaktor Niklewicz. Nawet Komisja Europejska ma więcej rozumu i umiaru w tym względzie. Ja jednak polemizuję z przyjętym znaczną większością głosów stanowiskiem Parlamentu, w którym zasiadam.

Gdyby stanowisko PE było egzekwowane, równie dobrze ta suma mogłaby poszybować jeszcze wyżej. Polska oprócz wysokich emisji CO2 ma bowiem wyjątkowo niedobrą strukturę tych emisji. 81% pochodzi ze spalania węgla. A to oznacza, że relacja polskiego udziału w unijnych emisjach może się pogarszać. Nasza zdolność dalszego ograniczania emisji jest ograniczona np. na tle krajów posiadających lub rozwijających programy atomowe. Ale to już inny temat.

Konrad Szymański, Wielkopolski Poseł PiS do PE, Członek Komisji Przemysły, Badań Naukowych i Energii PE

11:42, konrad.niklewicz
Link
środa, 25 listopada 2009

Parlament Europejski przyjął w środę swoje stanowisko w sprawie zmian klimatycznych. Można je traktować jako swoiste ad vocem do stanowiska wcześniej przyjętego przez rządy Unii (z którym pojadą do Kopenhagi, na szczyt klimatyczny COP 15). Jak można było się spodziewać, Europarlament domaga się bardziej radykalnych kroków, niż rządy gotowe są przełknąć. Dezyderat europosłów przewiduje m.in. żeby Unia do 2020 r. ograniczyła swoje emisje CO2 o 30 proc. (a nie o 20). A do 2050 r. - razem z innymi krajami rozwiniętymi - o 80 proc.
Rezolucja klimatyczna została przyjęta miażdżącą większością głosów. „Za” opowiedziało się aż 516 eurodeputowanych, przeciw - 92, 70 wstrzymało się. Europosłowie PiS byli jednymi z nielicznych, którzy domagali się odrzucenia rezolucji.
I tu napotykamy się na ciekawostkę. Jak bowiem tłumaczy swój sprzeciw europoseł Konrad Szymański (PiS)? Oddajmy mu głos: „Żądając wydatkowania 30 miliardów rocznie na czyste technologie w krajach rozwijających się, Parlament oczekuje by kraje o energetyce węglowej, jak Polska, płaciły dwukrotnie za emisje CO2. Raz w postaci opłat w ramach handlu emisjami. Kolejny raz w ramach składki na pomoc krajom rozwijającym się w zakresie walki ze zmianami klimatycznymi (punkt 18 Rezolucji mówi o składce, która powinna być nie mniejsza niż 30 mld euro rocznie). Żądając wyliczania składki państw członkowskich na rzecz czystych technologii w krajach rozwijających się na podstawie wielkości emisji CO2 i PKB, Parlament pominął kryterium zdolności do ponoszenia tych kosztów. Oznacza to dla Polski koszt 40 miliardów euro przez najbliższe 10 lat!”.

C European Communities 2009BlogUE myśli, myśli i wymyślić nie może, w jaki sposób poseł doszedł do takiej kolosalnej kwoty. Ze stanowiska rządów UE i Komisji Europejskiej wynika, że maksymalny pułap unijnej kontrybucji na rzecz państw rozwijających się wyniesie 15 mld euro rocznie. Parlament może krzyczeć 30 mld - i nic z tego nie wynik, bo decydują rządy. No ale niech już posłowi będzie, przyjmijmy nierealną kwotę 30 mld euro rocznie. Nawet gdybyśmy uznali, że tą kwotą państwa Unii będą dzieliły się wedle tego, ile same emitują CO2 (choć nawet p.poseł przyznaje, że kryterium podziału będzie inne - bo uwzględniające także udział PKB), to otrzymujemy równanie: 30 x 0.08 (8 proc. - tyle wynosi udział Polski w emisjach CO2, dane podaję za IAE) = 2,4.
Nawet jeśli założymy, że przez pełne 10 lat Unia będzie płaciła 30 mld euro rocznie (a, jeszcze raz podkreślę, to nieprawda, bo wiadomo, że płatności będą stopniowane, na początku UE da znacznie mniej), to łączna polska kontrybucja wyniesie 24 mld euro. Nie 40!

Tu należy się czytelnikom jeden, istotny disclaimer. Od razy zapomnijcie o 24 mld. W rzeczywistości nasza składka będzie znacznie, znacznie mniejsza, bo już samo uwzględnienie PKB w równaniu zdecydowanie ogranicza przypadającej na nas kwotę.
Poseł Szymański daje do zrozumienia, że dodatkowo obciążać będą nas pieniądze, które polskie firmy będą musiały płacić za zezwolenia na emisję CO2. Ale, po pierwsze, jest to mieszanie gruszek i jabłek (co ma wspólnego ETS z pomocą dla państw rozwijających się? ), a po drugie - skąd poseł wie, jaka będzie cena uprawnień emisyjnych? I czy uwzględniająca fakt, że do 2013 r. polska elektroenergetyka będzie dostawać je za darmo? Im dalej w las, tym pytań więcej. Bardzo chciałem dowiedzieć się, w jaki konkretny sposób poseł Szymański (skądinąd pozytywnie odstający od tzw. tła) wyliczył tę Polską, 40-miliardową kontrybucję. Wysłałem emaila a z zapytaniem do jego asystenta, który nam (dziennikarzom) komunikaty rozsyłał. Niestety, zlany zostałem koncertowo, tj. żadnej odpowiedzi nie dostałem. Cóż. Panie pośle, nadal jestem ciekaw - skąd się wzieło te upiorne 40 mld?

20:32, konrad.niklewicz
Link Komentarze (5) »

Dziś na blogUE bardzo motoryzacyjnie.
Parlament Europejski właśnie przyjął rozporządzenie w sprawie oznakowania opon.
Od 2012 r. prawie wszystkie nowe opony samochodowe, sprzedawane na unijnym rynku, będą musiały mieć dołączoną informację o ich efektywności paliwowej. Klasyfikacja będzie stopniowa: oznaczenie ”A” otrzymają najlepsze opony, literę ”G” - te najmniej sprawne. Dodatkowo, na etykiecie będą musiały znaleźć się informacje o przyczepności opony na mokrej nawierzchni oraz jej zewnętrznego hałasu toczenia (wyrażona w decybelach - tak, by łatwo zobaczyć różnicę).
Jak łatwo zauważyć, system oznakowania opon wzoruje się na obowiązującym od lat znakowaniu sprzętu RTV-AGD. Okazał się on sporym sukcesem, konsumenci wyraźnie preferują sprzęt oznaczony A i B (bo długofalowo przynosi spore oszczędności na rachunkach za prąd). 
 
Komisja Europejska (pomysłodawca rozporządzenia) jest przekonana, że nie inaczej będzie w przypadku rozporządzenia ”oponowego”. I już obliczyła, jakie mogą być z tego oszczędności.
Opowiedział o nich unijny komisarz ds. energii Andris Piebalgs: „The initiative is expected to trigger fuel savings from the increased use of fuel efficient tyres between 2.4 and 6.6 Mtoe (million tonnes of oil equivalent) in 2020 depending on the speed of market transformation. This is more than the annual oil consumption of Hungary. The CO2 savings from all vehicle types are expected to range from 1.5 million tonnes to 4 million tonnes per year depending on the speed of market transformation towards fuel efficient tyres. This is equivalent to removing 0.5 million to 1.3 million passenger cars from EU roads per year.” Piebalgs zwraca uwagę na to, że wielu kierowców nie zdaje sobie sprawy z tego, że stosowanie nowoczesnych opon o niższych oporach toczenia zmniejszyć zużycie paliwa nawet o 10 proc.

16:23, konrad.niklewicz
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4
wyborcza.pl
Konrad Niklewicz

Konrad Niklewicz, od ponad 10 lat dziennikarz i redaktor „Gazety Wyborczej”. Od ośmiu lat w dziale gospodarczym, w latach 2005 - 2007 był korespondentem „Gazety” w Brukseli.
dowiedz się więcej »

Follow konradniklewicz on Twitter
top | © Agora SA | design by kate_mac