Co się dzieje w Unii Europejskiej? Autorski przegląd najważniejszych spraw i wydarzeń z życia wspólnoty.
czwartek, 25 lutego 2010

Katastrofa kolejowa w Hal jest jeszcze świeżo w pamięci, ale Belgowie już żyją nową „tragedią narodową” (cudzysłów celowy dla podkreślenia kontrastu między oboma wydarzeniami): belgijski oddział Carrefoura zamyka 21 hiper- i supermarketów. – To jedna z największych katastrof socjalnych w belgijskim sektorze handlowym! – krzyczał na pierwszej stronie dziennik „Le Soir”, w czołówkowym tekście zatytułowanym „Carrefour: pięć podstawowych błędów”. W towarzyszącym komentarzu redakcyjnym „Le Soir” domaga się… przeprosin ze strony firmy. Za to, że nie potrafiła być równie sprawna jak konkurenci. Konkurencyjne sieci belgijskie – Delhaize (ulubiona sieć blogUE) i Colruyt nie zwalniają. Przynajmniej nie masowo. Dziennik zauważa też (niby mimochodem), że tego samego dnia, gdy Carrefour ogłosił w Belgii likwidację 1672 miejsc pracy, w Lubljanie firma ogłosiła otwarcie nowych sklepów w krajach bałkańskich.
Nie żebyśmy krytykowali Europę Środkową i Południową, ale…

Tagi: Belgia
16:51, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link Komentarze (2) »
środa, 24 lutego 2010

Nowy prezydent Ukrainy Wiktor Janukowycz w swoją pierwszą podróż zagraniczną poleci do Brukseli. 1 marca ma spotkać się tam z szefem Rady UE Hermanem Van Rompuy’em, szefem Europarlamentu Jerzym Buzkiem i szefem Komisji Europejskiej Jose Manuelem Barroso.
Dopiero po wizycie w Brukseli Janukowycz poleci do Moskwy.
Trudno o bardziej czytelny symbol politycznych aspiracji. Janukowycz, tak jak wcześniej prezydent Wiktor Juszczenko i premier Julia Tymoszenko chce pokazać, że Ukraina idzie do Unii.
Kamień z serca dla polskich polityków, którzy zawsze mieli pełne usta Ukrainy. Jak mantrę powtarzali, że ona musi mieć „europejską przyszłość”, ba, otwarcie mówili nawet o perspektywie członkostwa – za czas jakiś, krótszy niż dłuższy. W polskiej debacie o polityce zagranicznej używanie w jednym zdaniu słów „Ukraina” i „Unia Europejska” stało się wręcz – przynajmniej w opinii piszącego te słowa – jednym z kanonów poprawności politycznej. Kto ośmieliłby się kwestionować „europejską przyszłość” naszych sąsiadów, ryzykuje łatkę agenta, by nie powiedzieć - pachołka Rosji, pracującego zapewne za judaszowe srebrniki.

Wiele się pojawiało argumentów, które mają rzekomo uzasadniać europejskie miraże dla Ukrainy. Jeden był ponoć strategiczny. Podłączona pod Europę Ukraina – przekonywano nas przez lata – miała być naszą aegis przed „imperialnymi” zakusami Rosji.
BlogUE stawia więc otwarte pytanie: gdzie, przepraszam, jest ta pomoc? Czy choć raz Ukraina w czymkolwiek nam, Europejczykom, pomogła, gdy Rosja chciała się z nami zabawić? Czy zrobiła cokolwiek, żeby zablokować rosyjskie plany budowy gazociągów omijających Europę Środkową? Nie. Gorzej: to właśnie niechęć, lenistwo, nieudolność (proszę sobie wybrać dowolne słowo) władz ukraińskich jest jednym z powodów, dla których sensowny pomysł rurociągu Odessa – Brody pozostaje tylko na papierze.
To w dużej mierze z winy Ukrainy, Unia Europejska przed dwoma laty została częściowo odcięta od rosyjskiego gazu. Wciągnięto nas w jakiś bezsensowny konflikt i w pewnym momencie pojawiła się groźba, że to Unia (także my, Polska) będzie płacić rachunki za zużywany na Ukrainie gaz…
BlogUE nie chce, by Unia Europejska stała się zamkniętym klubem. Narazilibyśmy się na zarzut skrajnych egoistów, gdybyśmy zaraz za sobą zamknęli drzwi Unii na klucz (choć nie da się ukryć, że taki gest byłby dla nas korzystny – przynajmniej w perspektywie podziału funduszy europejskich w przyszłości). Ale pytanie postawione przed trzema laty przez prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego pozostaje ważne: gdzie są polityczne granice wspólnoty? Czy ona może się rozszerzać w nieskończoność? Także o państwa, które – powiedzmy to otwarcie – nigdy nie miały wiele wspólnego z zachodnioeuropejskim modelem politycznym, gospodarczym i kulturalnym?
Nawet jeśli uprzemy się, że Ukraina powinna mieć przynajmniej w teorii otwartą drogę do Unii, to niech to nie będzie droga na skróty. Spełnia wszystkie kryteria członkostwa? Proszę bardzo. Niech wchodzi. Nie spełnia? Do widzenia. 
Polska, podobnie jak większość państw regionu musiała przejść przez bardzo trudne reformy, żeby dostosować się do zasad obowiązujących w UE. Kosztowało to nas bez mała 15 lat pracy i wiele społecznych kłopotów.
Czy Ukraina w ogóle swoje przygotowania rozpoczęła? BlogUE śmie wątpić. Można wręcz odnieść wrażenie, że Ukraina robi wszystko, żeby się gospodarczo od Unii oddalić: budżet na 2010 r. ma wciąż nie przyjęty, współpraca z MFW zawisła na kołku, o reformach w przeżartej korupcją gospodarce już nikt nawet nie chce mówić… Przegrana w wyborach (ale dysponująca większością głosów w parlamencie) premier Julia Tymoszenko już głośno zapowiada, że sparaliżuje wszelkie działania rządu. Przepraszam bardzo, czy tak wygląda państwo, które Unia powinna siebie w ogóle zaproszać? 
Przed kilkoma dniami francuski „Le Monde”, piórem Piotra Smolara, tak pisał o unijno-ukraińskich relacjach: - En réalité, l'intégration dans l'UE demeure un horizon éloigné pour d'autres raisons que la victoire de M. Ianoukovitch. Les Européens et les organisations financieres internationales (Banque mondiale, FMI) se sont lassés de l'irresponsabilité des dirigeants ukrainiens et de la vacance d'autorité a Kiev. [- W rzeczywistości, integracja z Unią jest odległym horyzntem z innych powodów niż zwycięstwo Janukowycza. Europejczycy i międzynarodowe organizacje finansowe zawiodły się na Ukrainie z powodu nieodpowiedzialności ukraińskich przywódców].
Komentator „Le Monde” twierdzi jednak, że grzechy na sumieniu ma także Unia. Bo nie odpowiedziała sobie wprost, głośno,  czym naprawdę Ukraina dla nas powinna być. -
Un futur membre, apres l'accession des pays balkaniques ? Obsédée par la Russie, ses ressources naturelles et ses marchés, l'UE n'a pas développé de stratégie propre vis-a-vis de l'Ukraine. [- Przyszłym członkiem? Ogarnięta obesją Rosji, jej zasobów i rynków, UE nie wypracowała strategii wobec Ukrainy].

Zgadzając się ze Smolarem, blogUE proponuje polskim politykom, żeby zebrali się na odwagę i jasno powiedzieli naszym wschodnim sąsiadom: tak, chcemy z Wami współpracować, może nawet strefę handlu bezcłowego ustanowić. Ale członkami Unii raczej nigdy nie będziecie. Bo chyba sami nie chcecie, a i nam nie byłoby to na rękę.

13:58, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 22 lutego 2010

Namieszali, narobili kłopotów całej wspólnocie, nie dotrzymali obietnic nawet z ostatnich dni, a teraz jeszcze biorą się do obrażania tych, którzy próbują pomóc. Naprawdę, to co robią greccy politycy nie przestaje mnie zadziwiać...
W poniedziałek grecki wicepremier Theodoros Pangalos wystąpił w prywatnej telewizji Skai (nazwę piszę wedle transkrypcji angielskiej). I raczył był tam stwierdzić, że część winy za grecki kryzys gospodarczy ponoszą... obecni przywódcy unijni. - The people who are managing the fortunes of Europe were not up to the task. I believe if Delors was in change in Europe, Mitterrand in France and Kohl in Germany ... things would not be the same - powiedział Pangalos, cytowany przez agencję AP.
Jasne. Bo to oczywiście Merkel, Sarkozy i Barroso doprowadzili do tego, że Grecja wydawała więcej niż zarabiała. I oczywiste, że Kohl z Mitterrandem dokonaliby cudu, w jednym momencie uzdrawiając grekische griechische wirtschaft (blogUE ma nadzieję, że to powiedzenie wyprze teraz polnische wirtschaft).  

Na telewizyjnych występach wicepremiera fantazja Greków się nie kończy. Jak pewnie szanowni czytelnicy pamiętają, Grecja zobowiązała się, że do końca tygodnia prześle do Komisji Europejskiej szczegółowe wyjaśnienia w sprawie swoich statystycznych machlojek - ukrywania przed Eurostatem faktycznego poziomu zadłużenia.
I co, spełnili obietnicę? Przesłali wyjaśnienia? A gdzieżby. - Eurostat has received some information, but not all the information needed from Greek authorities - KE poinformowała w poniedziałek (termin minął w piątek).
Grecy - pewnie nieświadomie - kierują się tą samą filozofią, co jeden z obecnych członków polskiego rządu. Kiedyś, przed kilkoma laty, gdy był szczególnie krytykowany przez media, wygarnął moim kolegom-dziennikarzom: - I co mi zrobicie?! Najwyżej mnie obsmarujecie - powiedział z uśmiechem.
Ano właśnie. Tu jest pies pogrzebany. Grecji nie za bardzo można cokolwiek zrobić. Unia jest bezradna, nie ma w ręku prawdziwego bata. I nie będzie go miała, dopóki pozostanie bardziej ”Unią ojczyzn”, niż federacją. A wszelkie propozycje wprowadzenia surowszych kar dla państw nie respektujących reguł strefy euro (mówił o tym w poniedziałek rzecznik niemieckiego ministerstwa finansów) pozostaną... propozycjami.

PS. A skoro już o euro piszę. Według najnowszych informacji Ministerstwa Finansów, w styczniu z unijnej kasy napłynęło do Polski 366,2 mln euro. A w całym 2009 r. - 9,24 mld euro. W tym samym okresie Polska wpłaciła 3,23 mld euro.

piątek, 19 lutego 2010

BlogUE wie, że nie sposób porównywać niemieckiego i polskiego rynku pracy, tak samo jak nie powinniśmy porównywać gruszek z jabłkami. Ale jednej rzeczy chyba możemy sąsiadom z Zachodu pozazdrościć: zorganizowania. I sporej dozy zdrowego rozsądku, przejawianego w negocjacjach płacowych.
W czwartek główny niemiecki związek zawodowy w branży produkcyjnej, IG Metall, porozumiał się z przedstawicielami pracodawców w sprawie płac w 2010 r. Porozumienie formalnie dotyczy tylko dwóch landów (Północna Nadrenia-Westfalia i Badenia-Wirtembergia) ale będzie wzorcem dla pozostałych landów. A zresztą te dwa regiony są przemysłowym sercem Niemiec - porozumienie objęło blisko 1,5 mln pracowników!

Związkowcy wzięli pod uwagę kontekst gospodarczy (niemiecki PKB ledwo zaczął się podnosić po ciężkiej recesji) i zgodzili się na bardziej niż symboliczną podwyżkę płac. Wyniesie ona w sumie 320 euro i będzie wypłacona (jednorazowo) między majem 2010 r. i kwietniem 2011 r. Dopiero po tej ostatniej dacie, pracodawcy zobowiązali się na stałe podwyższyć pensje pracowników o 2,7 proc. Bo tylko na tyle – uznali – będzie ich stać.
320 euro jednorazowej wypłaty to de facto nic innego, jak kompensacja skutków inflacji. Innymi słowy, niemieccy związkowcy zgodzili się na brak podwyżek przez kolejne kilkanaście miesięcy! - The wage partners have shown moderation – komentowała rzeczniczka prasowa koncernu Siemns, cytowana przez agencję Reutersa. - The agreement is helpful because it gives us planning security  - stwierdziła rzeczniczka koncernu.
- This is the lowest effective settlement for at least 30 years according to our analysis of historic IG Metall wage deals back to 1980 – dodał Nick Matthews z RBS European Economics.
Zdaniem ekonomistów, takie porozumienie płacowe jeszcze bardziej zwiększy konkurencyjność niemieckiego eksportu. - In terms of the whole euro zone, it almost means it gets harder for the other euro zone countries to catch up in terms of competitiveness. If Germany continues with this strict wage moderation, it's harder for the Spains, Greeces, Irelands out there to regain competitiveness. For them it means they actually have to go for wage reduction – ocenia Carsten Brzeski, ekonomista w ING Financial Markets, cytowany przez agencję Reuters.
BlogUE uważa, że to bardzo trafna analiza. Ciekawe kiedy polscy związkowcy będą równie elastyczni i wyrozumiali dla potrzeb gospodarki…

10:45, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link Komentarze (1) »
czwartek, 18 lutego 2010

Może już powinniśmy zazdrościć braciom Czechom? Jeśli wierzyć Eurostatowi, czeska Praga (wraz z przedmieściami) awansowała na szóstą pozycję na liście najbogatszych regionów Unii Europejskiej, z dochodem per capita sięgającym 172 proc. unijnej średniej. Praga wyprzedziła nie tylko Berlin, nie tylko Wiedeń, ale także Paryż, Sztokholm, Monachium i Madryt (o Warszawie już nie wspominając)! Jeszcze rok temu Eurostat plasował Pragę na 12. miejscu. Bogatsze od Pragi są tylko: Wielki Londyn (334 proc, unijnej średniej), Luksemburg (275 proc. - to mikropaństwo jest traktowane jako jeden region), Bruksela (221 proc. unijnej średniej i Hamburg (192 proc.).
Ale czy na pewno? Portal EUobserver przypomina, że najnowszy komunikat prasowy opiera się o dane zebrane w 2007 r., a więc jeszcze przed kryzysem. Przypomina też, że 2007 r. był wyjątkowym rokiem dla Republiki Czeskiej. Wtedy po raz pierwszy (i jak dotąd ostatni) wartość eksportu była wyższa niż importu, a inflacja i bezrobocie – na najniższym poziomie od 10 lat.
Może się więc okazać, że awans Pragi to efemeryda.
Ale czy naprawdę powinniśmy tym się pocieszać? Nawet jeśli w 2010 r. Eurostat ogłosi, że Paryż jest jednak bogatszy niż Praga, to nic nie zmieni się dla Polski. Nadal będziemy w ogonie.
Z unijnych statystyk wynika, że 15 polskich województw (wszystkie prócz Mazowieckiego) należą do „elitarnego” grona 66 najbiedniejszych regionów wspólnoty (dochód per capita poniżej 75 proc. unijnej średniej).

Dla porównania, Słowacja ma dwa takie regiony.

21:09, konrad.niklewicz
Link Komentarze (5) »
środa, 17 lutego 2010

Nie ma co ukrywać: strefa euro ma kłopoty. I to fundamentalne: od wewnątrz rozrywają ją różnice w rozwoju gospodarczym poszczególnych członków strefy wspólnej waluty. (Autor blogUE popełnił w tej sprawie większy tekst niedawno w „Gazecie Wyborczej”).

To powiedziawszy, blogUE musi jednak zrobić istotne zastrzeżenie: pomimo wszystkich swoich kłopotów, strefa euro - głównie dzięki Niemcom, Francuzom, Holendrom i (w mniejszym stopniu) Belgom i Luksemburczykom - wciąż ma sporo siły. Eurostat poinformował właśnie o bilansie handlowym strefy za cały 2009 r. Jest na plusie, i to sporym: 22,3 mld euro. To wyraźne odbicie po katastrofalnym 2008 roku, gdy państwa strefy euro wydały na import aż o 54,7 mld euro więcej niż zyskały z eksportu. W ubiegłym roku szczególnie dobry był grudzień, gdy dochody z eksportu rosły o 3,1 proc., zaś import rósł tylko o 1,7 proc.
Bilans handlowy całej Unii (27 państw) tak dobry już nie jest. W 2009 r. wspólnota była na minusie 105,5 mld euro. To i tak lepiej niż w 2008 r., gdy deficyt urósł do monstrualnych rozmiarów 258,4 mld euro.

Komunikat Eurostatu znajdziecie tutaj

15:59, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link Komentarze (6) »

C WikipediaKilka dni temu jeden z czytelników pytał, czy blogUE coś wie o zaliczeniu przez Brukselę ślimaka do ryb śródlądowych.
BlogUE nie wiedział, ale podejrzewał, że to może być jeden z kolejnych pomysłów unijnych rządów, które Komisja Europejska - chcąc nie chcąc - musi wykonywać.
No i się potwierdziło. Polska Agencja Prasowa zrobiła bardzo ciekawą mini-rozmowę z dr Maciejem Jabłońskim, specjalistą w dziedzinie prawa rolnego i ochrony środowiska z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Dr Jabłoński wyjaśnia, że w świetle prawa unijnego, ślimaki winniczki stały się rybami od początku lutego br. Wtedy Komisja Europejska wpisała te stworzona na listę ryb, by spełnić żądanie Francji, która chciała uzyskać podstawę prawną do wypłacania unijnych subwencji rolnych dla hodowców ślimaków. (Takie subwencje są dostępne dla hodowców ryb w stawach).
Zmiana - choć wymuszona przez Francję - dotyczyć będzie wszystkich hodowców ślimaków - także w Polsce. Pod warunkiem oczywiście, że Ministerstwo Rolnictwa wyda odpowiednie rozporządzenia wykonawcze.
BlogUE nie ma wątpliwości, że przerobienie ślimaka na rybę bardzo szybko stanie się jedna z urban legends, mających wyśmiewać - tu cytat wzięty z forum - ”głupotę eurokratów z Brukseli”.
Ehhhh, takie życie.

11:26, konrad.niklewicz
Link Komentarze (26) »
wtorek, 16 lutego 2010

Casus Grecji, która nas wszystkich orżnęła na statystykach, już się więcej nie powtórzy.
Komisja Europejska dotrzymała obietnicy i przygotowała poprawkę do unijnego rozporządzenia WE 479/2009, regulującego „statystyczne” obowiązki państw członkowskich.
Poprawka Komisji, przedstawiona oficjalnie w poniedziałek, daje unijnemu urzędowi statystycznemu Eurostat dużo większe uprawnienia. Po pierwsze, urzędnicy Eurostatu będą mogli przeprowadzać kontrole w narodowych urzędach statystycznych i będą mogli sprawdzać, w jaki sposób wyliczany jest np. deficyt sektora finansów publicznych.
Po drugie, państwa członkowskie będą miały obowiązek udzielanie dostępu urzędnikom Eurostatu do swoich statystycznych baz danych – upraszczając, unijni statystycy będą mogli sami obliczyć podstawowe wskaźniki, na podstawie pierwotnych danych, żeby zobaczyć, czy dane państwo nie kugluje.
- This proposal for Eurostat audit powers will substantially reinforce the EU's capacity to counter incorrect reporting of statistical data. I hope that the Council and the Parliament will adopt this regulation soon – komentuje komisarz ds. monetarnych Olli Rehn. - Still, each Member State has the responsibility of providing accurate and reliable information on its national accounts and public finances. This is absolutely essential for the functioning of the eurozone, and for mutual trust in the EU – przypomniał.

poniedziałek, 15 lutego 2010

Ponad 730 tys. euro wydała w ubiegłym roku Komisja Europejska na podróże służbowe i „koszty reprezentacji” swojego szefa, José Manuela Barroso - ujawniła w weekend telewizja RTL, a po niej - portal EUobserver i kilka innych mediów.
Koszty podróży całego kolegium komisarzy sięgnęły niemal 4 mln euro.
Komisarze okazali się jednak bardzo ”oszczędni”, jeśli chodzi o koszty reprezentacji - czyli np. prezenty dla odwiedzanych dygnitarzy, kolacje itp.. Żaden z nich nie wydał na ten cel więcej niż 16 tys. euro rocznie. Co ciekawe, najmniej na ”reprezentację” wydała była komisarz ds. zagranicznych Benita Ferrero-Waldner (5 tys.). Za to aż 428 tys. na podróże.
Komisja Europejska wszystkie te ujawnione kwoty potwierdza. I tłumaczy: - M. Barroso voyage beaucoup [-Pan Barroso dużo podróżuje].
I niekiedy musi się biedaczek namęczyć, latać powietrzną taksówką: - La Commission européenne n'a pas d'avion et M. Barroso doit souvent avoir recours a des avions-taxis, quand il n'y a pas de liaison directe. Il a eu recours a ce type de service a 23 reprises, dont quatre fois a l'étranger - tłumaczy Michael Mann, jeden z rzeczników Komisji. [- Komisja nie ma własnego samolotu. Kiedy brakuje połączenia bezpośredniego oferowanego przez linie lotnicze, trzeba korzystać z usług samolotów wynajętych. Korzystaliśmy z tego 23 razy, w tym cztery razy poza granicami UE ].
Ciekawe, ile kosztują podróże porównywalnych polityków? Czy Komisja przesadza, czy pozostaje (w granicach zdrowego rozsądku) oszczędna? Może Państwo wiecie więcej.

Update 16.15. Na jakimś amerykańskim portalu informacyjnym znalazłem informację, że koszt jednej tylko podróży prezydenta Barcka Obamy (do Kopenhagi, w grudniu 2009 r) jest szacowany na 340 - 560 tys. dolarów. Może więc Komisja nie jest aż tak rozrzutna, after all... 

12:04, konrad.niklewicz
Link Komentarze (1) »
piątek, 12 lutego 2010

Warunki pomocy dla Grecji rozstrzygnięto za podwójnie zamkniętymi drzwiami. Nie dość, że na szczycie unijnym – z dala od dziennikarzy - to jeszcze w „elitarnym gronie”. BlogUE wyobraża to sobie tak, że do jednej z bocznych salek biblioteki Solvay (gdzie odbywał się szczyt) przewodniczący Rady UE Herman Van Rompuy zaprosił kanclerz Niemiec Angelę Merkel, prezydenta Francji Nicolasa Sarkozyego i szefa „euro grupy”, luksemburskiego premiera Jean Claude Junckera. Ta czwórka wezwała na dywanik szefów rządów Grecji, Hiszpanii i Portugalii.
Co naprawdę powiedziano na tym spotkaniu? Nie mam pojęcia. W świat poszedł komunikat wyprany z wszelkich konkretów. – Kraje strefy euro podejmą skoordynowaną akcję, jeśli okaże się ona porzebna – oznajmił dziennikarzom Van Rompuy. [ - Will take determined and coordinated action, if needed, to safeguard financial stability in the euro as a whole – to dokładny cytat HVR]. – Nie zostawimy Grecji samej – wtórowała Merkel.
Ale na czym konkretnie pomoc dla Greków ma polegać? Pożyczka pomostowa? Euroobligacje?
Rynki bardzo źle przyjęły taką pozbawioną konkretów obietnicę pomocy.Kurs euro wobec dolara spadł do 1,36$ (jeszcze w grudniu za jedno euro płacono 1,51$). Giełdy w Paryżu i Frankfurcie zniżkowały.
Ale może jest trochę racji w nieujawnianiu szczegółów pomocy. Może właśnie rządy strefy euro nie powinny ogłaszać, jakie kroki podejmą, gdyby Grecja poprosiła o ratunek przed niewypłacalnością? Cokolwiek by rządy nie powiedziały, na rynku znajdą się gracze, którzy spróbują powiedzieć „sprawdzam”. I wyłożą 10, 20, 50 mld euro na short-selling wspólnej waluty. - Speculators should understand that Europe had agreed a strategy for defending the euro zone we will come up with tactics as needed – tłumaczył wczoraj Sarkozy, gdy dziennikarze narzekali na brak szczegółowych informacji.
Może miał rację?

Tagi: euro Unia
06:55, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3
wyborcza.pl
Konrad Niklewicz

Konrad Niklewicz, od ponad 10 lat dziennikarz i redaktor „Gazety Wyborczej”. Od ośmiu lat w dziale gospodarczym, w latach 2005 - 2007 był korespondentem „Gazety” w Brukseli.
dowiedz się więcej »

Follow konradniklewicz on Twitter
top | © Agora SA | design by kate_mac