Co się dzieje w Unii Europejskiej? Autorski przegląd najważniejszych spraw i wydarzeń z życia wspólnoty.
piątek, 27 lutego 2009

Latasz Ryanair'em? Już zacznij wyrabiać nawyk noszenia drobnych. Bo szef (i właściciel) tych linii lotniczych Michael O'Leary sugeruje, że może wprowadzić opłatę za... korzystanie z toalet w samolocie, oczywiście w trakcie lotu. W wywiadzie dla telewizji BBC powiedział:

- One thing we have looked at in the past, and are looking at again, is the possibility of maybe putting a coin slot on the toilet door, so that people might actually have to spend a pound to spend a penny in future.

Co jeśli zabraknie drobnych? O'Leary ma gotową odpowiedź.

- I don't think there is anybody in history that has got on board a Ryanair aircraft with less than a pound.

A już myślałem, że nic mnie nie zdziwi na europejskim rynku linii tzw. tanich linii lotniczych. Cytowany przez agencję Reuters specjalista z BGC Partners Howard Wheeldon tak skomentował ten fakt: - Aż się prosi o jedno pytanie: czy jest cokolwiek, czego ta firma nie zrobi? Chyba nie. Więc miejcie się na baczności, jeśli myślicie o podróżowaniu w przyszłości w „klasie bydlęcej" linii Ryanair.

Irlandzki przewoźnik ma za sobą wiele podobnych numerów. Przed kilkoma laty zaszokował opinię publiczną na Wyspach Brytyjskich, wprowadzając opłatę za... wynajem wózka inwalidzkiego dla niepełnosprawnych pasażerów. Za ten numer dostał szybko po łapach: brytyjski sąd wymierzył mu gigantyczną karę za próbę dyskryminacji. Ale awantura i medialna burza i tak się w sumie Ryanairowi opłaciły: firma zapewniła sobie darmową „reklamę" i ugruntowała markę "szukamy-oszczędności-aż-do-bólu". Tym razem chodzi dosłownie o ból w środkowej części ciała, tam, gdzie plecy i/lub brzuch tracą swoją szlachetną nazwę.

Napisałem w „Gazecie Wyborczej", że nie ma co oczekiwać wielu konkretów (czytaj: przełomowych decyzji) po niedzielnym szczycie szefów państw i rządów UE w Brukseli. To nie znaczy jednak, że ten szczyt można zlekceważyć. Wręcz przeciwnie - nawet jeśli jedyną korzyścią tego szczytu miałaby być wspólna deklaracja polityczna, to warto było „się wysilać". Pod warunkiem oczywiście, że ta deklaracja będzie mówiła to, co chcemy. Jeden głos, który premier Tusk (wspomagany przez ośmiu kolegów-premierów) próbuje wycisnąć z gardła Unii, musi stwierdzać wprost: wyrzekamy się protekcjonistycznych wybryków, nie będziemy sobie nawzajem szkodzić, nie rozmontujemy wspólnego rynku. Zapisana w traktatach swoboda przepływu osób, pracowników, kapitału, dóbr i usług pozostaje świętością. Unia - w odróżnieniu od organizacji międzynarodowych pokroju ONZ, o Lidze Pastw Arabskich nie wspominając - poważnie traktuje swoje własne polityczne deklaracje. Jak już naprawdę razem wytyczy sobie kierunek marszu, to potem tą drogą idzie.

Zresztą w Brukseli jest potencjalnie do ugrania także kilka konkretów.
W Brukseli nasz rząd będzie się starał uzyskać „gwarancje walutowe" ze strony Europejskiego Banku Centralnego dla tych krajów, które dopiero wchodzą lub zamierzają wejść do ERM II. (Choć tutaj mam pewną wątpliwość, czego tak naprawdę chce premier Tusk: przecież już teraz obowiązuje
ramowe porozumienie z EBC, na mocy którego bank jest zobowiązany do pomocy krajom w obecnym w mechanizmie ERM II. Może premier chce wzmocnienia tego mechanizmu? Obudowania go w konkretny, np. automatyczne bezpieczniki, które zmuszałyby EBC do interwencji w określonej sytuacji?).

Po drugie, premier Donald Tusk będzie się starał przekonać szefa Europejskiego Banku Inwestycyjnego Philippa Maystadta do zwiększenia inwestycji/akcji kredytowej EBI w Polsce... i na Ukrainie. Nawet jeśli EBI dorzuci tylko kilka miliardów euro długoterminowych pożyczek (np. na budowę autostrad) - to i tak warto.
Last but not least, niedzielne spotkanie może ugruntować pozycję Polski jako głównego rozgrywającego w tej części Europy. Przypomnijmy - to już drugi raz jak rząd inicjuje koalicję państw bałtyckich, Grupy Wyszehradzkiej, Rumunii i Bułgarii. Poprzednio ta kolaicja skutecznie zadziała w grudniu, na szczycie Unii Europejskiej poświęconym polityce klimatycznej (redukcjom CO2).
W przygotowaniach do niedzielnego lunchu, rząd popełnił jednak jeden taktyczny błąd, który może się odbić nam czkawką. Chodzi o stanowisko polskiego rządu w sprawie tzw. euroobligacji - czyli papierów wartościowych, emitowanych wspólnie przez kraje strefy euro.
Jeszcze w środę przedstawiciele rządu, w osobach wicepremiera, szefa MSWiA Grzegorza Schetyny oraz ministra ds. europejskich Mikołaja Dowgielewicza
zapewniali, że polska kategorycznie sprzeciwia się euroobligacjom.
W piątek ton był już nieco inny, sprzeciwiamy się euroobligacjom, jeśli miałyby one być wyemitowane tylko dla strefy euro. Ale jeśli miałyby być wyemitowane dla całej UE (27 państw) - to czemu nie.
Takie zygzaki słowne wprowadzają zamęt. Pozostałe kraje członkowskie mogą już nie być pewne, czy Polska jest za, czy przeciw eurobligacjom. Oby Włosi - najwięksi zwolennicy tych papierów - tego nie wykorzystali.

16:24, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (1) »

Dzięki uprzejmości prezydenckiego ministra Michała Kamińskiego, który w piątek wystąpił w radiu RMF FM, wiemy już, jak prezydent Lech Kaczyński wyobraża sobie pytanie, które miałoby paść w ewnetualnym referendum w sprawie wprowadzenia w Polsce euro.

Otóż prezydent chciałby zapytać Polaków: "Czy chcesz rezygnacji ze złotówki, rezygnacji z suwerennej polityki monetarnej państwa polskiego i przejścia do strefy euro np. w przedziale lat 2012-2016".
Trudno o większy przykład populizmu.

Po pierwsze, panu prezydentowi chciałbym przypomnieć, że na pierwszą część jego pytania Polacy już odpowiedzieli w referendum 7 - 8 czerwca 2003 roku. Polacy przyjęli w nim wówczas Traktat Akcesyjny i zawarty w nim obowiązek rezygnacji z waluty narodowej. A tłumaczenie, że traktat nie mówi kiedy to zrobić - to tłumaczenie dość dziecinne. Kiedy Pierwsza Dama Maria Kaczyńska prosi prezydenta, by przyszedł do jadalni i zjadł obiad, nie mówi, że ma to nastąpić za cztery minuty i trzydzieści sekund, bo czas rozpoczęcia posiłku jest dorozumiany: - Zaraz.

Zadając takie właśnie pytanie prezydent najwyraźniej liczy na to, że przeciętny Polak przestraszy się, że wejście do strefy euro będzie oznaczało oddanie cząstki polskiej niepodległości. Mówiąc wprost - prezydent sufluje Polakom, że wymieniając złotego na euro, pozwolimy jakiś zły "obcy" rządził w naszym domu ojczystym. A przecież nasza chata z kraja i my w niej "Rotę" codziennie śpiewamy...

Bądźmy poważni. Czy dziś, w ostatnich tygodniach, mieliśmy "suwerenną kontrolę" nad tym co się działo ze złotym? Chyba nie. Kurs złotówki szalał, odbijając się od ściany do ściany, i trzeba było zdecydowanych działań rządu (i wspólnego komunikatu aż pięciu banków centralnych Europy środkowej), żeby choć trochę się uspokoił.

"Suwerenna polityka monetarna państwa polskiego" okazała się mrzonką. Nie uratowała ona złotówki od kursowego szaleństwa. Tymczasem Słoweńcy, Cypryjczycy i Słowacy - którzy niedawno euro przyjęli - śpią nieco spokojniej. Kurs euro wobec dolara, jena i juana nie podlega takim skokom. Zarząd słowackiej fabryki samochodów wie, jaki będzie miał dochód ze sprzedaży samochodów na rynku niemieckim. Wie, jaki będą koszty sprowadzenia komponentów z Włoch i Francji. Polski producent mebli biurowych tego nie wie.

Słowacy nie stali się mniej słowaccy po wejściu do strefy euro. Hiszpanie, Włosi i Francuzi nie utracili ani krzty swojej narodowej tożsamości. I nadal czują się gospodarzami u siebie w domu, choć płacą i zarabiają w euro.

Oczywiście prezydent Lech Kaczyński podaje też inne argumenty - mniej dotyczące tożsamości narodowej, a bardziej ekonomii - przeciwko wejściu do strefy euro. Więcej mówił o nich w czwartkowym orędziu telewizyjnym. Prezydent twierdzi, że Niemcy są w strefie euro, a i tak nie uniknęły kryzysu. Więc po co my się mamy do euro spieszyć?

Aż nie chce mi się wierzyć, że prezydent może tak myśleć. Co ma wspólnego fakt istnienia strefy euro z wybuchem kryzysu? Mówiąc w największym uproszczeniu, gospodarczy kataklizm rozpoczął się w Stanach Zjednoczonych. Głównym powodem katastrofy było pęknięcie bańki kredytowej, Niczym kostki domina, zaczęły upadać kolejne elementy amerykańskiego systemu finansowego. A ponieważ żyjemy w globalnym świecie - finansowy kryzys szybko przeniósł się do Europy i do Azji. W kłopotach znalazły się także banki europejskie, które radykalnie zaczęły wstrzymywać akcję kredytową. To uderzyło w tzw. realną gospodarkę - w producentów i w konsumentów. Zaufanie firm i ludzi runęło w dół, konsumpcja zastopowała, Europę - tak jak USA - zaczął wciągać wir recesji.

W jaki niby sposób euro miałoby ten mechanizm powstrzymać? Chyba powinniśmy raczej zapytać, co by się działo, gdyby Europa nie miała euro i Europejskiego Banku Centralnego, który łagodził skutki kryzysu, pompując miliardy euro, by podtrzymać płynność systemu bankowego. Czy prezydent Kaczyński naprawdę sądzi, że kilkanaście banków narodowych, działając chaotycznie i niekiedy wbrew sobie, wymyśliłyby lepszy sposób na walkę z kryzysem?

Prezydent straszy Polaków kosztem, jaki trzeba będzie ponieść wchodząc do strefy euro. Że niby dwuletni okres przebywania w mechanizmie ERM II będzie dla nas trudny.

Dlaczego jednak prezydent nie powie nic o zyskach? Czy jego urzędnicy próbowali policzyć o ile mniej kosztowałaby obsługa polskiego zadłużenia, gdybyśmy byli w strefie euro?

Czy sam prezydent Kaczyński naprawdę nie widzi, że dziś te kraje europejskie, które są poza strefą euro, są traktowane przez inwestorów (zwłaszcza finansowych) jako obszar ryzyka, z którego należy czym prędzej uciekać? Polska musi teraz wkładać olbrzymią ilość energii (i pieniędzy) w to, żeby przekonać międzynarodowe rynki, że nasza gospodarka ma stabilne fundamenty. Słowacy taką opinię dostali za darmo, przyjmując euro.

Nikt nigdy nie twierdził - a już na pewno nie w "Gazecie Wyborczej" - że przyjęcie euro jest jedyną i wystarczającą odpowiedzią na kryzys gospodarczy. Wspólna waluta to tylko część odpowiedzi. Ale część przydatna.

15:06, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link Komentarze (1) »
czwartek, 26 lutego 2009
Ten blog miał być o tym, czym żyje Europa. No dobra, powiem Wam czym NAPRAWDĘ żyje Europa, zwaszcza ta młodsza, zamieszkująca Wyspy Brytyjskie. Seks, seks, jeszcze raz seks, a w chwili odpoczynku - znów seks, jeszcze więcej ciupciania, bez zabezpieczeń, żeby było ciekawie i na świat przychodziły kolejne zastępy ryżych Anglików i piegowatych Angielek - to esencja bytu (bardzo) młodych Brytyjczyków. Oficjalnie przyznał to brytyjski rząd. Okazuje się, że w samym środku „starej" Europy czymś absolutnie normalnym jest 14-letnia prostytutka zarabiająca 12 tysiaków w jeden weekend oraz co 25. nastolatka w ciąży
środa, 25 lutego 2009
Koncerny samochodowe, które dziś płaczą i wyciągają rękę po publiczne pieniądze, same są winne swoim kłopotom - sugeruje Komisja Europejska

Nie będzie ogólnounijnego programu pomocy dla branży samochodowej. Sprzeciwia się mu Komisja Europejska.

- The commission will not be presenting any European plan to shape the structural changes necessary in the European car industry - powiedział unijny komisarz ds. przemysłu Gunter Verheugen, cytowany przez portal EUobserver.

Gunter Verheugen C European Communities 2009

Zdaniem Verheugena, tak naprawdę to firmy samochodowe powinny być odpowiedzialne za poradzenie sobie z kryzysem.

- Primary responsibility for dealing with the crisis lies with industry - stwierdził.

Verheugen podkreślił, że firmy samochodowe były w głębokich tarapatach zanim jeszcze zaczął się światowy kryzys finansowy. Tyle tylko, że przez lata - i to już jest moja opinia, nie Verheugena - udawało im się tego trupa w szafie ukrywać. I teraz wywlekają truchło, krzycząc wszem i wobec, że to kryzys zawinił, a one niczym dziewice niewinne...

- The problems of Opel and other GM subsidiaries in Europe are not solely due to the current crisis, they are rather the result of a long-term failure on the part of the management in [GM headquarters] Detroit, in the USA. The European tax-payer should not have to pay for those failings," he added - mówił Verheugen.

Święte słowa, panie komisarzu, święte słowa. Ja już od dawna twierdzą na tym blogu, że to Amerykanie zawlekli całą gospodarczą zarazę do Europy, a teraz my, Europejczycy, musimy płacić za leczenie.

Co ciekawe, niemal dokładnie takiego samego zdania co do źródeł kłopotów branży samochodowej jest Duleep Aluwihare, szef polskiego oddziału firmy konsultingowej Ernst&Young, z którym przed kilkoma dniami rozmawiałem (całość wywiadu ukaże się wkrótce w papierowej „Gazecie").
- Przez lata restrukturyzacja przemysłu motoryzacyjnego była odwlekana. Dopóki nadmiar mocy produkcyjnych nie zostanie zlikwidowany - dopóty my będziemy mieli problemy. Mam więc nadzieję, że teraz w Europie ta bolesna restrukturyzacja nastąpi - powiedział mi szef polskiego E&Y.

Niestety musimy pogodzić się z faktem, że jednak jakaś pomoc publiczna (liczona w miliardach euro) będzie dawana firmom samochodowym. Bo - jak zauważa Aluwihare - koncerny samochodowe stały się XXI-wiecznym odpowiednikiem kopalni. Tj. stały się świątyniami przemysłu i "nowoczesnej" klasy robotniczej, kołem zamachowym gospodarki i obiektem dumy narodowej, które trzeba hołubić za wszelką cenę.
Stawiam dolary przeciwko orzechom, że Komisja Europejska w końcu, po jakichś poprawkach, w końcu zaakceptuje plany pomocy dla koncernów, wypichcone we Francji, Szwecji, Hiszpanii, Niemczech itp.
Oby tylko nie byłoby to takie plany, które czkawką odbiją się nam i naszym sąsiadom z Europy Środkowej.

19:11, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link
wtorek, 24 lutego 2009

To nie Europa i nie USA są źródłem wirusa protekcjonizmu, który w każdej chwili może dobić światową gospodarkę. Prezydenci Barack Obama i Nicolas Sarkozy mocno sie starali, żebyśmy tak właśnie pomyśleli - ale prawdziwi winowajcy są gdzie indziej

To w Unii Europejskiej i w USA mówi się najwięcej o protekcjoniźmie i nacjonalizmie ekonomicznym. I Sarkozy, i Obama wywołali burzę, gdy w ich narodowych planach ratowania gospodarki pojawiły się "protekcjonistyczne" nutki. (W przypadku Sarkozy'ego chodziło o pomoc publiczną tylko dla francuskich firm i francuskich fabryk, zaś w przypadku Obamy - kontrowersyjną inicjatywę Buy American). Okazuje się jednak, że w porównaniu do innych państw świata, UE i USA są czyste jak dziewice. U nas o protekcjoniźmie tylko się mówi, a inne kraje świata - na codzień głoszące jedną wielką krytykę Zachodu i zachodniej gospodarki - na chama wprowadzają protekcjonistyczne rozwiązania.

Nie zgadzacie się z taką tezą? To zerknijcie na raport przygotowany przez BusinessEurope, największą organizację reprezentująca interesy przedsiębiorców w UE (BusinessEurope było wcześniej znane pod nazwą UNICE).
Ta instytucja napisała w tej sprawie list do unijnej komisarz ds. handlu Catherina Ashton. I do listu dołączyła całą długą listę różnego rodzaju barier protekcjonistycznych, które w ostatnim czasie wprowadzono na całym świecie, poza UE.
Lista liczy w sumie ponad 40 pozycji. Przykładowo, Ukraina podwyższyła cła na samochody (niezgodnie z ustaleniami WTO), Indie wprowadziły podwyższone cła na stal oraz produkty żywnościowe (niezgodne z porozumienie grupy G20), Brazylia wprowadziła wyższe cła na wino, skórę, produkty mleczne, tekstylia. Indonezja wprowadziła ograniczenia importowe na 500 różnych produktów, zaś Chiny - wprowadziły system rabatów podatkowych dla firm eksportowych (co może być traktowane jako subsydia eksportowe niezgodne z duchem WTO). I tak dalej i tak dalej...
Gdy się czyta takie zestawienia, to potem bardzo trudno walczyć ze zwolennikami budowy ”twierdzy Europa”.
Ciekaw jestem, co o tym myśli Maciek Kuźmicz, najlepiej mi znany obrońca gospodarek Azji, Afryki i Ameryki Południowej. 

 

18:15, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link
poniedziałek, 23 lutego 2009

Muszę ważyć słowa, żeby nikogo nie skrzywdzić, ale mam wrażenie, że w "europejskiej" części Platformy Obywatelskiej  rozpoczęła się bratobójcza walka o stołki w europarlamencie. (Na co zwróciła mi uwagę - dziękuję! - redakcyjna koleżanka Dominika Pszczółkowska).

Nie jest tajemnicą (pisaliśmy o tym niedawno w "Gazecie Wyborczej"), że Platforma Obywatelska ma nadzieję nie tylko odnieść zwycięstwo w wyborach do Parlamentu Europejskiego (to już w czerwcu), ale jeszcze wywalczyć dla swoich polityków prestiżowe miejsca w unijnych instytucji.

Wiewiórki w Brukseli twierdzą, że na celowniku PO jest m.in. prestiżowa posada szefa parlamentu Europejskiego.

Według kuluarowych informacji, powtarzanych m.in. przez tygodnik "The Parliament", PO ma na to duże szanse - bo zgadzają się na to liderzy Europejskiej Partii Ludowej, frakcji politycznej, w skład której PO wchodzi. Podobno chadecka partia w PE zawarła już w tej sprawie wstępne porozumienie z drugą co do wielkości frakcją eurosocjalistów (EPS). Dil byłby następujący: przez pierwszą połowę kadencji PE szefem europarlamentu będzie socjalista (np. Martin Schultz), a przed drugą - chadek z jednego z nowych państw członkowskich.

I tu pada nazwisko byłego premiera Jerzego Buzka, który ma być lokomotywą wyborczą PO.

Na tak przygotowaną scenę enters Jacek Saryusz-Wolski. Też znany polityk PO. I - mówiąc dyplomatycznie - bardzo, bardzo ambitny.

[Być może nie wszyscy pamiętają jego uwieńczone sukcesem starania o posadę szefa komisji ds. zagranicznych PE, którą dostał kosztem degradacji swojego kolegi-platformersa, Janusza Lewandowskiego. Sukces JS-W był w 2007 r. możliwy dzięki otwartemu poparciu Prawa i Sprawiedliwości, które postawiło platformersów pod ścianą: jak to, Polaka na szefa tak prestiżowej komisji nie poprzecie?! - mówił wówczas PiS].

Co więc robi poseł Saryusz-Wolski? Udziela wywiadu rzeczonemu magazynowi "The Parliament", w którym to wywiadzie mówi nie mniej ni więcej:

"This is parliament’s most prestigious position and should not be subject to some sort of “technical” agreement"

Tymi słowami poseł Jacek Saryusz-Wolski udziela pełnego poparcia Grahamowi Watsonowi, liderowi liberałów w PE. Który też domaga się, żeby nowy przewodniczący PE - już w nowej kadencji - został wybrany w otwartym konkursie. A nie na skutek porozumienia chadeków z socjalistami.

Jak to rozumieć? Dlaczego Jacek Saryusz-Wolski otwartym tekstem domaga się zmiany zasad wyboru szefa PE, choć uderza to w Jerzego Buzka?

Moja, podkreślam, moja osobista interpretacja (być może błędna!) jest następująca:

1) we władzach politycznych PO zapadła decyzja, żeby promować Jerzego Buzka - polityka wciąż w PL popularnego, a w Brukseli - cenionego (wygrał m.in. konkurs na najlepszego europosła). Dodatkowo, PO bierze na pokład kolejnego, potencjalnie popularnego polityka - komisarz Danutę Hubner.

2) Widząc to, Jacek Saryusz-Wolski uznaje, że teraz jego polityczne akcje w Paltformie mogą iść w dół.

Ale dobrze pamięta, co się stało  w 2007 roku, kiedy wymusił na partii (PO) poparcie (w dużej mierze dzięki taktycznemu wsparciu ze strony PiS) - i zdobył kosztem Lewandowskiego fotel szefa komisji.

Saryusz-Wolski może kalkulować, że taka operację da się powtórzyć. Że PiS znowu zacznie walić w bęben, że oto Pełowiacy próbują się po chichu z eurosocjalistami dogadać, podczas gdy trzeba z orłem na piersiach walczyć, w otwartym konkursie, o Jacka Saryusza-Wolskiego. Najlepiej na stanowisko szefa PE. (PiS nic na tym nie zyska, bo w Europarlamencie się nie liczy. Ale PO na tym straci, więc partia Kaczyńskiego ma łakomy kąsek przed sobą).

Kłopot w tym, że cała zabawa może się skończyć zupełnie nieciekawie - dla Platformy. Dotychczasowe ustalenia (z EPL i eurosocjalistami) mogą wziąć w łeb, o Buzku wszyscy zapomną. A w otwartym konkursie Jacek Saryusz-Wolski i tak przepadnie. Bo nie jest, mówiąc delikatnie, zbyt popualarny np. wśród niemieckich chadeków i hiszpańskich socjalistów.

I dlatego dziwi mnie, że PO nie zabrała głosu. Ani ani. Przed chwilą zapytałem Jacka Protasiewicza, jednego z europosłów Platformy, jak zamierzają sobie poradzić w tej delikatnej sytuacji.

Odpowiedzi - jak dotąd - nie dostałem.

Na pewno będe wracał na blogu do tego tematu, zachęcam wszystkich - zwłaszcza bezpośrednio zainteresowanych - do komentarzy.  

16:20, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (2) »

Grubo ponad milion euro w ciągu pięciu lat - aż tyle mogą dodatkowo (nie licząc oficjalnych pensji!) zarobić brytyjscy europosłowie, korzystając z i nadużywając różnego rodzaju diety, dodatki asystenckie, koszty biurowe itp., wypłacane z publicznej kasy.

Informacje o szokująco wysokich zarobkach eurodeputowanych brytyjskich ogłosiła pozarządowa (choć związana z Konserwatystami) organizacja Tax Payers' Alliance. News od rana jest obecny na stronach BBC

Na podstawie własnych wyliczeń oraz przecieków z wyników wewnętrznej kontroli, organizacja wyliczyła, że do ekstra dochodów eurodeputowanych, z których czerpią oni garściami, zaliczają się:

* dodatek mieszkaniowy (subsistence allowance) - 117 tys. euro na 5 lat;

* dodatek asystencki (na zatrudnianie pomocników) -  489 tys. euro;

* wydatki na prowadzenie biura - 243 tys. euro;

* diety podróżne - 60 tys. euro;

* plan emerytalny - 394 tys. euro.

Mechanizm ssania jest prosty: zatrudnionemu asystentowi wypłaca się sutą pensję (tak, aby w całości pokrywała ona przyznany limit) po czym część pieniędzy wraca do europosła, ale już pod stołem.  W porównaniu z tymi pieniędzmi, oficjalna pensja brytyjskich eurodeputowanych to wisienka na torcie: 63 tys. funtów rocznie.

Zdaniem Tax Payers' Alliance, już po czerwcowych wyborach do PE oficjalne zarobki deputowanych wzrosną jeszcze bardziej - nawet o 47 proc. (do 73 tys. funtów). Od czerwca 2009 r. (czyli od nowej kadencji Europarlamentu) wchodzą bowiem w życie nowe zasady wynagradzania europosłów.

Ta ostatnia zmiana to zresztą doskonała wiadomość dla polskich europosłów. Bo wreszcie zaczną zarabiać tyle samo co ich zachodnioeuropejscy koledzy. Do tej pory ich „zasadnicze” wynagrodzenie było powiązane z wynagrodzeniem parlamentarzystów krajowych – a więc niższe niż np. pensje Brytyjczyków lub Włochów. (Z dodatków i wydatków na  biuro już teraz korzystają na podobnych zasadach). Od czerwca wszyscy eurodeputowani będą dostawać tyle samo - 7600 euro na rękę miesięcznie. I jeszcze na dodatek, od tej pensji będą płacić tylko podatek "unijny", odprowadzany bezpośrednio do budżetu UE, w wysokości 15 proc.

Jedyna zła wiadomość dla europosłów jest taka, że od czerwca br. nie będą dostawali diet podróżnych tylko na podstawie oświadczenia własnego, ale na podstawie dowodów zakupu - biletów, faktur itp. Do de facto zmniejszy ich dochody, bo skończą się takie praktyki jak np. odbieranie diety za przelot samolotem w pierwszej klasie, podczas gdy faktycznie do Strasburga przyjechało się samochodem, na spółkę z trzema kolegami - posłami.

Parlament Europejski C European Communities 2009

10:44, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (2) »
niedziela, 22 lutego 2009
Przełomu nie było, ale też chyba nikt przełomu się nie spodziewał. Na niedzielnym mini-szczycie szefów rzadów Francji, Hiszpanii, Holandii, Niemiec, Włoch i Wielkiej Brytanii w Berlinie padło kilka politycznych deklaracji i - chyba - tylko jeden konkret.
Goście kanclerz Angeli Merkel ustalili, że państwa członkowskie MFW muszą zwiekszyć finansowanie funduszu - tak, by do jego dyspozycji było 500 mld dolarów. Tak naładowany kasą fundusz - zdaniem brytyjskiego premiera Gordona Browna - mógłby lepiej radzić sobie z kryzysową prewencją, tj. mógłby pożyczać pieniądze nie tylko krajom w całkowitej zapaści (np. Ukraina), ale także tym "chwiejącym się".
Dodatkowy pomysł na uzdrowienie gospodarczej sytuacji (w swoim stylu) sufluje prezydent Francji, cześciowo wspierany przez Merkel: trzeba zwiększyć siłę regulacji, zmniejszyć swobodę działania instytucji finansowych, zwłaszcza takich jak hedge funds. zarządzający nimi menedżerowie muszą liczyć się z tym, że już wkrótce państwo zajrzy im do portfela. Czasy, kiedy menedżerowie źle zarządzanych banków wypłacali sobie milionowe prowizje, juz chyba należą do przeszłości. - Zgodziliśmy się, że nie możemy już dłużej tolerować [obecnego] systemu wynagrodzeń dla traderów i bankowców" - stwierdził prezydent Francji Nicolas Sarkozy. Czyżby wracały czasy "l'etat, arbitre ultime"?
19:57, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link

Dziś do Berlina zjechali się szefowie rządów najwiekszych (gospodarczo) państw europejskich - Francji, Wielkiej Brytanii, Włoch, Hiszpanii i Holandii. Kanclerz Angela Merkel gości też premiera czech Mirka Topolanka, premiera Czech, sprawujących obecnie przewodnictwo w UE.
Ten ostatni ma się spotkać na specjalnym, "prywatnym" spotkaniu z prezydentem Francji Nicolasem Sarkozym.
Obaj panowie mają - podobno - zakopać topór wojenny. Chwycili go w ręce przed kilkoma tygodniami, gdy Sarkozy wprost zasugerował, że francuskie firmy motoryzacyjne powinny zamykać swoje fabryki np. w Czechach, jeśli chcą dostawać publiczną pomoc od rządu Francji.

Koniec solówy między Sarkozy'm i Topolankiem to oczywiście nie jedyny cel spotkania na dywaniku u kanclerz Merkel. Berliński sabat ma pomóc najwiekszym państwom UE wypracowac wspólne stanowisko w sprawie sposóbów walki z kryzysem gospodarczym. Już za szesć tygodni, tym razem w Londynie, będa musieli zaprezentować je na globalnym szczycie G20 w Londynie.
A póki co Europa jakoś nie umie mówic w tej sprawie jednym głosem. Może więc kanclerz Merkel wprowadzi trochę dyscypliny w europejskim towarzystwie? Jak na razie szefowa niemieckiego rządu wyrasta na lidera europejskich działań anty-kryzysowych - bez medialnego rozgłosu, skutecznie porządkuje sytuację w bankach, powstryzmuje klapę przemysłu motoryzacyjnego. No i  nie zaproponowała ani jednego pomysłu, który śmierdziałby  "protekcjonizmem".
Co najważniejsze, niemiecka gospodarka - jak już przed kilkoma dniami wspominałem - jako pierwsza pokazuje obajwy pobudzenia.

12:49, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link
 
1 , 2 , 3 , 4
wyborcza.pl
Konrad Niklewicz

Konrad Niklewicz, od ponad 10 lat dziennikarz i redaktor „Gazety Wyborczej”. Od ośmiu lat w dziale gospodarczym, w latach 2005 - 2007 był korespondentem „Gazety” w Brukseli.
dowiedz się więcej »

Follow konradniklewicz on Twitter
top | © Agora SA | design by kate_mac