Co się dzieje w Unii Europejskiej? Autorski przegląd najważniejszych spraw i wydarzeń z życia wspólnoty.
środa, 27 stycznia 2010

Nie będę pisał o wizycie przewodniczącego Rady Unii Europejskiej Hermana Van Rompuy’a w Polsce, ani tym bardziej o tym, jak premier z prezydentem ścigali się na konferencje prasowe z udziałem Belga (bo każdy chciał pokazać, kto naprawdę prowadzi politykę europejską w Polsce). Nie będę też pisał o sondażu Eurobarometru, z którego wynika, że rekordowo dużo Polaków jest niechętnych przyjęciu euro. Nie napiszę, bo blogUE chwilowo odpoczywa od Unii.
A na urlopie, jak to na urlopie: wreszcie jest czas, żeby przeczytać zaległe lektury. Choćby pierwszego tegorocznego „Economista”, w którym jest fantastyczna seria tekstów o pozycji kobieta na rynku (niestety, nie mogę zalinkować, bo teksty już się zarchiwizowały).

Czy szanowni czytelnicy wiedzieli, że w ciągu kilku najbliższych miesięcy, kobiety staną się większością wśród osób zatrudnionych w USA? Mam na myśli wszystkich zatrudnionych, a nie tylko np. osoby z wykształceniem wyższym – bo w tej grupie społecznej kobiety już od dawna mają większość, przynajmniej w państwach cywilizowanych.
To samo dzieje się w Unii Europejskiej. Jak wylicza „The Economist”, od 2000 r. w Unii Europejskiej powstało osiem milionów nowych miejsc pracy. Z czego sześć milionów zajęły kobiety.
W USA, od początku kryzysu, 75 proc. wszystkich zwolnionych pracowników to mężczyźni.
Tak na naszych oczach dokonała się cicha rewolucja. Jeszcze sto lat temu kobiety były skazane na trzy K, dziś powoli wypierają mężczyzn z rynku. Z korzyścią dla całej gospodarki – podkreśla „The Economist”. A kto próbuje ten trend powstrzymać, gorzko pożałuje. – Millions of Bains have been put to more productive use. Societies that try to resist this trend – most notablu the Arab countries, but also Japan and some southern European countries – will pay a heavy price in the form of wasted talent and frustrated citizens – czytamy w op-ed tygodnika.
Niestety do pokonania zostały ostatnie reduty męskiego szowinizmu. Choć kobiety za chwilę będą stanowiły większą część amerykańskiej workforce, to wciąż zbyt rzadko docierają na szczyt kariery. Tylko co pięćdziesiąty prezes amerykańskiej korporacji jest kobietą (co dwudziesty w Wielkiej Brytanii). Dlaczego tak się dzieje? Firmy – pomimo deklarowanych praktyk pro-rodzinnych – wciąż po cichu dyskryminują (w sensie płacowym i awansu zawodowego) te kobiety, które chcą mieć dzieci. Bezdzietne kobiety – pisze „The Economist” – zarabiają na tych samych stanowiskach (sic!) więcej niż kobiety wychowujące maleństwa. Wciąż zbyt mało firm (choć w Europie zaczyna to się zmieniać) dostosowuje swoją strukturę i organizację pracy do potrzeb matek. Szwecja jest tu chlubnym wyjątkiem, bo ze statystyk wynika, że 90 proc. szwedzkich firm wprowadziło tzw. flexible working, z dużym udziałem pracy wykonywanej na odległość. Może dlatego Szwecja tak relatywnie dobrze znosi kryzys gospodarczy?
BlogUE jest coraz bardziej przekonany, że wprowadzenie przymusowych parytetów – tak w polityce, jak i w biznesie (na wzór francuski) – może się okazać najlepszą metodą, żeby ostatnie szklane sufity zniszczyć. Zdaję sobie sprawę, że zaraz odezwie się chór konserwatystów i liberałów-doktrynerów („nic na siłę”), ale wszystkim chciałbym przypomnieć, że płatne urlopy, wolność zrzeszania się w zz i płatne zwolnienia lekarskie też trzeba było (swego czasu) biznesowi przymusem narzucić. I chyba jakoś na tym nie straciliśmy.

Tagi: płace
10:23, konrad.niklewicz , Społeczeństwo
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 25 stycznia 2010

Szanownych Czytelników z góry przepraszam za siedem dni nieregularnego pisania notek. BlogUE wyjechał na urlop. Suprise, suprise, nie w góry. Dokąd? Zachowam choć trochę tajmenicy: jestem ok. 100 km od Berlina, ale jeszcze w Polsce. W pięknym poniemieckim miasteczku na literę O. 

Szukuję właśnie pierwszą "urlopową" notkę. O kobietach! See you soon. 

20:04, konrad.niklewicz , Społeczeństwo
Link Komentarze (4) »
piątek, 22 stycznia 2010

Kilka miesięcy temu, przez polskie media przetoczyła się fala obaw w sprawie przyszłości polskich zakładów Opla. Straszono nas, że koncern będzie likwidował swoje fabryki w Europie - i oszczędzi tylko te kraje, które dadzą mu dużą pomoc publiczną. - Fabryki Opla dostanie ten, kto da więcej pieniędzy - pisali publicyści.
Polski rząd histerii nie dał się ponieść i oznajmił, że nie rozmawia z Oplem o nowej pomocy publicznej. Stwierdził, że koncern może liczyć tylko na tą pomoc, którą już dostał wiele lat temu - zwolnienia podatkowe wynikające z inwestycji w Specjalnej Strefeie Ekonomicznej.
Ale publicyści wiedzieli lepiej. Ostrzegali, że „teraz GM będzie negocjować z państwami UE plany pomocy dla Opla. Jeśli z kimś się nie dogada, może zamknąć w tym państwie fabryki”.
Być może blogUE to ostatnie zdanie źle zrozumiał, ale między słowami wyczytał zachętę, by jednak Oplowi podsypać także w Polsce.
Od początku wydawało mi się to błędną taktyką. Przy podobnej okazji (spór o produkcję fiatów w Polsce) pisałem: „Jeśli informacje o wyprowadzeniu produkcji pandy z Polski są rozpowszechniane tylko po to, żeby wycyganić jeszcze więcej pieniędzy polskich podatników – w postaci pomocy publicznej – to też oznacza, że zarząd Fiata upadł na głowę. Bo tylko głupi dałby się wciągnąć w taką grę szantażysty (a mam nadzieję, że ani minister gospodarki Waldemar Pawlak, ani premier Donald Tusk głupi nie są). Polski rząd nie może się angażować w rywalizację z Włochami, kto da więcej pomocy publicznej” (całą blognotkę znajdziecie tutaj).

I co? Być może (? - duży znak zapytania) mój tok myślenia nie jest całkowicie do bani. Okazało się, że Opel/GM nie zrezygnuje ze swoich polskich zakładów. Fabrykę zlikwiduje za to w Belgii, w Antwerpii (choć tamtejsze włądze były gotowe ”podsypywać”), miejsca pracy będą też masowo likwidować w Niemczech (choć Berlin zaoferował 4,5 mld euro pomocy). - We have to take a plant out and unfortunately it's Antwerp - powiedział w czwartek prezes Opla.
Pełen komunikat koncernu jest do poczytania tutaj.

Zwróćcie państwo uwagę, że o fabryce Opla pod Tychami w Gliwicach (thnx za korektę) nie ma w tym komunikacie ani słowa. Nie wiem, czy to oznacza, że w polscy pracownicy koncernu ogóle unikną zwolnień - ale właśnie tego im życzę. Tyska fabryka należy do najnowcześniejszych i najbardziej wydajnych zakładów Opla-GM w Europie.

Nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca, ale jeśli faktycznie Opel zetnie Antwerpię, oszczędzając Tychy - to będzie na najlepszej drodze, by udowodnić, że w prywatnym biznesie ekonomiczny rozsądek wciąż waży więcej niż polityczne obietnice.

16:13, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link Komentarze (4) »
czwartek, 21 stycznia 2010

Kolejny „magiczny” próg przekroczony. Unia Europejska ma już ponad 500 mln mieszkańców – poinformował francuski urząd statystyczny INSEE, cytowany przez agencję AFP. 1 stycznia 2010 r. było nas w Europie dokładnie 501,26 mln. Pół dużej bańki pękło gdzieś w połowie roku, bo 1 stycznia 2009 r. UE miała 499,7 mln mieszkańców.

Niemcy pozostają największym państwem wspólnoty (81,7 mln mieszkańców z tendencją zerową), ale coraz bliżej jest Francja (65,4 mln licząc razem z outre-mer). Trzecie miejsce przypadło Wielkiej Brytanii (62 mln mieszkańców). Co ciekawe, aż połowa całego „naturalnego” przyrostu populacji Europy (wynikającego z narodzin - 600 tys.) to zasługa Francuzek i Francuzów.

Insee i unijny urząd statystyczny Eurostat twierdzą, że w 2009 r. Polska, Czechy, Słowenia i Słowacja były jedynymi krajami Europy Środkowej, którym populacja się nie skurczyła. To chyba dobra wiadomość, biorąc pod uwagę emerytury.

Tagi: Unia
21:38, konrad.niklewicz , Społeczeństwo
Link Komentarze (10) »

Bardzo lubię korespondencyjnie dyskutować z europosłem PiS Konradem Szymańskim. I teraz znów mam okazję: od biura prasowego PiS w Parlamencie Europejskim dostałem informację o najnowszej propozycji mojego imiennika*.
 

Otóż poseł Szymański już wie, czym naprawdę powinna się zająć unijna dyplomacja, dzięki Traktatowi Lizbońskiemu znacząco wzmocniona:
- Unia Europejska wyposażona w nowe instrumenty polityki zagranicznej musi w większym stopniu zająć się przeciwdziałaniem chrystofobii [podkreślenie moje - blogUE], która jest podglebiem pobić, grabieży i mordów. Tylko ideologiczne uprzedzenia powodują, ze UE czyni to dziś z wahaniami. Stawką jest nasza wiarygodność - powiedział podczas debaty nad nietolerancją wobec chrześcijan w Malezji i Egipcie.
- Od 2004 roku zabiegam o bardzie zdecydowaną politykę UE w sprawie obrony chrześcijan przed rosnącą presją przede wszystkim ze strony islamu - dodał. - Te rezolucje i interpelacje to nie koniec. W tym roku planujemy międzynarodową konferencję poświęconą wolności religijnej na świecie. Będziemy wracali do tego tematu podczas debaty o raporcie rocznym dotyczącym przestrzegania praw człowieka na świecie.
I żeby była jasność: ja posła Szymańskiego nie krytykuję i krytykować nie chcę. Pomysł jak pomysł, Europarlament już nie takie propozycje widział. (Choć ciężko mi wyobrazić sobie np. dyplomatów republikańskiej Francji, angażujących się w walkę z Chrystofobią).
Zanim jednak wszyscy, cała Unia, wyruszymy na krucjatę przeciwko Chrystofobom, polecam refleksję nad słowami przypisywanymi (ponoć błędnie) biskupowi Narbonny Arnaud Amalricowi: Caedite eos! Novit enim Dominus qui sunt eius.

PS. Zanim szanowni czytelnicy wytkniecie mi niekonsekwencję (parę notek wcześniej z nutą sympatii pisałem o pomyśle republikańskiej Francji, by zakazać noszenia burki) - spieszę przypomnieć, że podstawą francuskiej propozycji jest przywiążanie do reguł laickiej republiki, a nie chęć obrony chrześcijaństwa. We francuskich szkołach publicznych krzyży wieszać nie wolno! 

 

* wiele razy to pisałem, ale nie szkodzi powtórzyć: darzę Pana posła niezmienionym szacunkiem, czego nie potrafię powiedzieć o wszystkich jego kolegach-europosłach.

13:07, konrad.niklewicz
Link Komentarze (6) »

CuriaEuropejski Trybunał Sprawiedliwości ogłosił dziś ważne dla polskiej gospodarki decyzje (z czego jedna jest bardzo ważna). I dwukrotnie uznał, że w sporze prawnym między Polską a Niemcami racja jest po naszej stronie.
Po pierwsze, ETS uznał, że Niemcy naruszyły prawo wspólnotowe ograniczając jedynie do przedsiębiorstw niemieckich możliwość zawierania umów z polskimi przedsiębiorstwami na wykonywanie prac na swoim terytorium. - Takie ograniczenie jest dyskryminujące i nie może być uzasadnione - czytamy w komunikacie prasowym ETS.
To bardzo ważna decyzja. Wielu Polaków może szukać zatrudnienia w Niemczech na podstawie umowy o dzieło, ”delegującej” daną osobę do wykonania określonych prac na terenie Niemiec. Gdyby takie umowy o dzieło mogły zawierać także polskie firmy działające na niemieckim rynku (niekoniecznie tam zarejestrowane!) to wówczas de facto niemieckie ograniczenia w zatrudnieniu dla obywateli nowych państw członkowskich (obowiązujące, przypomnijmy, do 2011 r.) - przestałyby mieć jakiekolwiek znaczenie.
Władze niemieckie próbowały jednak tę lukę zatamować, ogłaszając, że tylko niemieckim firmom wolno podpisywać umowy o dzieło z Polakami, na świadczenie ”delegowanej pracy”.
Teraz - po orzeczeniu Trybunału - Niemcy będą musiały zaprzestać tej praktyki. Warto też dodać, że skargę do ETS w tej sprawie złożył nie polski rząd, a Komisja Europejska, wypełniająca swoją rolę ”strażniczki traktatów i dyrektyw”. Najwyraźniej, wbrew opiniom co poniektórych, Komisja jednak stara się tą strażniczką być.
Czwartkowe orzeczenie ETS może być podstawą do nałożenia na Niemcy kar finansowych za łamanie prawa unijnego.  

Druga decyzja ETS jest mniej efektowna, ale też pokazuje, że młyny sprawiedliwości unijnej może i są leniwe - ale sprawiedliwe. ETS wydał bowiem korzystną opinię w sprawie zapytania prejudycjalnego złożonego przez Sąd Rejonowy Gdańsk-Północ w Gdańsku.
Sąd ów rozpatrywał sprawę upadłości firmy budowlanej MG Probud, prowadzącej działalność w Polsce i w Niemczech. Jej bankructwo zostało orzeczone w 2005 r. Już po tej decyzji o bankructwie, niemieckie władze (główny urząd celny w Saarbrucken) wszczęły postępowanie wobec dyrektora niemieckiego oddziału MG Probud, w sprawie niewypłacania pensji pracowników (spółka ich nie wypłacała, bo upadła). Zaś tamtejszy sąd rejonowy (Amtsgericht Saarbrücken) zajął środki pieniężne znajdujące się na rachunku bankowym przedsiębiorstwa (ponad 50 tys. euro), tytułem zabezpieczenia.
Takie działanie niemieckich władz było dla polskiego sądu dużym zaskoczeniem. I dlatego zapytał on ETS: czy Niemcy mieli prawo.
- Nie mieli - orzekł unijny trybunał.  - Po wszczęciu głównego postępowania upadłościowego w jednym państwie członkowskim właściwe organy innego państwa członkowskiego, w którym nie zostało wszczęte wtórne postępowanie upadłościowe, są, co do zasady, zobowiązane do uznania i wykonania wszystkich orzeczeń dotyczących tego głównego postępowania upadłościowego i nie mają w związku z tym prawa zarządzić, na podstawie ustawodawstwa owego innego państwa członkowskiego, środków egzekucyjnych dotyczących majątku dłużnika – którego upadłość została ogłoszona – znajdującego się na terytorium wspomnianego innego państwa członkowskiego - ogłosił ETS.
Upraszczając, to polski sąd powinien decydować, co dalej się będzie działo z majątkiem upadłej polskiej spółki w Niemczech, w momencie gdy postępowanie upadłościowe rozpoczęło się w Polsce. Bo to jest Unia: jeden rynek i nie ma granic.

Pełną treść komunikatów prasowych ETS w sprawie rynku pracy i MG Probud możecie znaleźć tutaj (praca) i tutaj (MG Probud)

Teraz czekam na chętnych do dyskusji o tym, że w Unii Europejskiej jest jak w piłce nożnej: zawsze wygrywają Niemcy, naszym - biedapolaków z Bolandy - kosztem. I że Unia jest po prostu zła i niesprawiedliwa.

wtorek, 19 stycznia 2010

C Konrad NiklewiczMało brakowało, a Francja znów pożarłaby się ze Stanami Zjednoczonymi. Tym razem o... pomoc dla Haiti.

Groźba międzyrządowej awantury pojawiła się w weekend. Francuski samolot, lecący do Port-au-Prince z kompletnym szpitalem polowym na pokładzie, został tuż przed celem.. zawrócony przez wieżę kontroli lotów (kontrolowaną już przez amerykańskich wojskowych). Maszyna lądować w Port-au-Prince nie mogła, bo - jak tłumaczyli amerykańscy kontrolerzy lotów - na zatkanym lotnisku akurat zabrakło miejsca (co jest bardzo, bardzo prawdopodobne). Ale Francuzowi, a tak konkretnie - ministrowi ds. kooperacji międzynarodowej Alainowi Joyandetowi (obecnemu na miejscu działań, tj. w Haiti) strzeliła niezła gula. Poskarżył się na "niedobrych" Amerykanów i powiedział: - Przecież tu chodzi o to, żeby pomagać Haiti. A nie okupować Haiti!

Złośliwą sugestię zrozumieli wszyscy zainteresowani. USA do Haiti wysłały masę wojska, które zajęło strategiczne punkty w stolicy i jej okolicach.  Na szczęście w porę interweniował prezydent Nicolas Sarkozy i powstrzymał swojego rozindyczonego ministra od kontynuowania myśli. Sarkozy zatelefonował do prezydenta Obamy i (cytuję serwis BBC) "praised the US's exceptional mobilisation and its essential role on the ground". Zapewnił też, że Francja i USA "unite their efforts to confront the urgent humanitarian situation, and, later, to respond to the vast task of reconstruction".

Urażona duma co poniektórych Francuzów jest bezdyskusyjnie głupia (nawet frankofiliski blogUE nie spróbuje jej bronić). Ale zanim zacznie się koncert ujadania na Francję (a pewnie się zacznie), szanownych frankofobów proszę o zwrócenie uwagi na kilka faktów: * do dziś Francja przekazała Haiti 20 mln euro z funduszy rządowych i 15 mln euro z prywatnych organizacji pomocowych; * w przewożenie pomocy dla Haiti zaangażowane są dwa okręty Marine Nationale i pięć samolotów wojskowych; * Francja wysłała w rejon katastrofy 240 ratowników i policjantów i prawdopodobnie wyśle kolejnych kilkuset żandarmów; *żeby zebrać dodatkową kasę, poczta francuska wydała specjalny znaczek pocztowy "Na pomoc Haiti" * last but not least, Francja jest przybranym domem 80 tys. Haitańczyków. I bez wstydu może spojrzeć w oczy każdemu innemu państwu świata, jeśli chodzi o realną (i błyskawiczną pomoc) dla nieszczęsnego kraju.

Tagi: pomoc Unia USA
22:08, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (2) »

Wiadomość z ostatniej chwili: Rumiana Żelewa wycofała się z kandydowania na komisarz ds. pomocy humanitarnej. Choć służby prawne Europarlamentu jeszcze w poniedziałek informowały, że nie widzą w jej życiorysie nieprawidłowości uniemożliwiających jej zajęcie stanowiska, presja polityczna okazała się zbyt silna. Sprawa niejasnych powiązań biznesowych Żelewej i jej braku przygotowania na stanowisko wywołała zbyt dużo wątpliwości. Jej kandydaturze sprzeciwiły się praktycznie wszystkie siły polityczne w PE.

Rząd Bułgarii musiał się ugiąć (nie miejmy wątpliwości, Żelewa nie ustąpiła całkowicie z własnej woli). Bo alternatywa kroiła się dramatyczna: jeszcze we wtorek po południu miała obradować europarlamentarna komisja, w trakcie której euro deputowani - obradujący za zamkniętymi drzwiami - zadecydowaliby że Bułgarki poprzeć nie mogą. A ponieważ europosłowie nie mogą wybiórczo blokować kandydatów na komisarzy (mogą tylko uwalić całą Komisję, albo w całości ją zaakceptować) – Europarlament zostałby zmuszony do nieudzielenia wotum zaufania dla Komisji Barroso II.

Patrząc z tej perspektywy, odejście Żelewej to polityczne zwycięstwo Europarlamentu (zwłaszcza frakcji eurosocjalistów), ale porażka Bułgarii i – co ważniejsze– cios dla Komisji Europejskiej. Już widać, że Komisja Barroso II, podobnie jak Barroso I, nie będzie „historycznie” mocna. Z winy rządów Unii. Część z nich potraktowała Komisję jako kolejną synekurę do obsadzenia przez zasłużonych działaczy.

Przypadek polskiego komisarza Janusza Lewandowskiego jest tu miłym wyjątkiem – owszem, nasz komisarz ma background działacza politycznego (choć nie z I linii). Ale z drugiej strony, ma też potężne (śmiem napisać: najlepsze w Polsce) przygotowanie merytoryczne. Budżet Unii zna na wylot, dylematy budżetowe takoż. Zostało to docenione przez euro deputowanych oklaskami.

Żelewa takie przygotowania nie miała. Europejska Partia Ludowa broniła jej tylko ze względów politycznych, nie mogła się podeprzeć żadnym argumentem merytorycznym. (Część czytelników pewnie uzna, że tak samo jest w przypadku szefowej dyplomacji Catherine Ashton - choć akurat w tym wypadku blogUE begs to differ).

BlogUE nadal nie rozumie, po co Bułgarzy w ogóle poszli tą drogą.

PS. Jak poinformował Jose Manuel Barroso, nowym kandydatem na bułgarskiego komisarza będzie Kristalina Georgieva, obecnie wiceprezes Banku Światowego.

poniedziałek, 18 stycznia 2010

…przynajmniej jeśli chodzi o wielkość pomocy humanitarnej. Przed kilkoma dniami wasz autor był gościem w programie Grzegorza Dobieckiego („To był dzień na świecie”) w Polsat News. Rozmawialiśmy m.in. o sytuacji na Haiti. Gospodarz zapytał, dlaczego USA zaoferowały więcej niż Unia, bo aż 100 mln dolarów. (Wówczas na stole leżała tylko awaryjna oferta 3 mln euro z własnego budżetu Komisji).
Odpowiedziałem, że Unia da więcej, bo zawsze daje więcej. Tyle, że potrzebuje zdeczko więcej czasu na podjęcie decyzji, bo jest Unią państw, a nie państwem jednym.
No i nie pomyliłem się: szefowie MSZ państw 27. zadecydowali w poniedziałek, że UE przekaże Haiti 429 mln euro – więcej niż jakiekolwiek inne państwo. Kwota ta obejmuje zarówno pomoc natychmiastową, jak i długoterminową. Dodatkowo Unia , głównie Francja, wyśle 1000-osobowy oddział żandarmów, by spróbować powstrzymać bandy hien (bo przecież nie ludzi), grabiących zgliszcza Port-au-Prince.
BlogUE zdaję sobie sprawę, że tu nie o licytację „kto da więcej?” chodzi. Ale nie sposób oprzeć się gorzkiej refleksji: ile Haitańczykom dadzą „nowe potęgi” tego świata? Chiny, Indie i Brazylia? Jak rozmawiamy o gospodarce, o klimacie itp. – wszyscy wysyłają Unię na śmietnik. Won stara, mówią, my tera rządzim. Azja rulz.
Ale jak trzeba z sięgnąć po portfel i pomóc, to wtedy okazuje się, że stara ciotka Unia i stery Wuj Sam to jedyni, na których można naprawdę liczyć.
Przy okazji, portal EUobserver wyciągnął miły smaczek. Czy zdawaliście sobie państw sprawę, że w przeliczeniu na procent własnego PKB, maleńka Estonia da Haitańczykom pomoc sześć razy hojniejszą niż USA?

Tagi: pomoc Unia USA
20:33, konrad.niklewicz , Polityka
Link Komentarze (3) »

Unijny urząd statystyczny Eurostat opublikował wyniki ciekawego badania ws. europejskiej biedy. Bazując na danych przekazanych przez państwa członkowskie, Eurostat sprawdził ilu mieszkańców Unii żyje poniżej granicy ubóstwa.
Sądząc po twierdzeniach polityków opozycji, Polska powinna się takiego badania bardzo obawiać.
A tu niespodzianka: owszem, Luksemburgiem nie jesteśmy, ale osób zagrożonych biedą jest u nas ”tylko” 17 proc., czyli mniej niż... w Portugalii (18 proc.), na Litwie (20 proc.), Łotwie (26 proc.), we Włoszech (19 proc.), Bułgarii (21 proc.), Rumunii (23 proc.) i Estonii (19 proc.).
Eurostat zastrzega, że ta statystyka jest daleka od doskonałości. Bo liczba osób zagrożonych biedą zależy bowiem od tzw. progu biedy, innego dla każdego państwa. Eurostat uznaje, że ów próg biedy zaczyna się poniżej 60 proc. mediany dochodów na głowę mieszkańca. Licząc w PPP (jednostkach siły nabywczej), w Polsce próg biedy zaczyna się od 3900 PPP rocznie, gdy tymczasem w Portugalii - 5800. A w Bułgarii - od 2800. PPP jako jednostka miary są stosowane celowo, bo odzwierciedlają różnice w kosztach życia pomiędzy krajami. Niemniej jednak, to porównywanie jest niedoskonałe, bo i sama jednostka - PPP - jest obarczona błędem.
I dlatego Eurostat w swoim badaniu pokusił się także o inną metodę miary, bardziej bezwzględną. Sprawdził, ilu mieszkańców danego państwa może sobie pozwolić na koszyk podstawowych dóbr: mięsny posiłek przynajmniej co drugi dzień, tygodniowy urlop poza domem, ogrzanie domu do komfortowej temperatury (powszechnie uznaje się, że jest to 21 st. C) i samochód.
W tym wyliczeniu też nie wypadamy najgorzej. 63 proc. Polaków nie może pozwolić sobie na urlop, ale tylko 20 proc. nie jest w stanie ogrzać domu. U Portugalczyków - odpowiednio 64 i 35 proc.  A u Bułgarów - 59 i 34.
21 proc. Polaków nie najada się dobrze przynajmniej co drugi dzień, ale ten sam problem ma 26 proc. Węgrów, 29 proc. Słowaków albo 23 proc. Łotyszy.
17 proc. Polaków nie stać na własny samochód, ale taki wynik blednie przy 49 procentach Rumunów. Albo 28 proc. Bułgarów.
Konkluzja? Owszem, jesteśmy biedni. Ale nie najbiedniejsi. Walczymy o 5 - 7 pozycję od dołu. Zauważcie, że nie pokrywa się to z rankingiem porwnującym PKB.

Szczegółowe dane znajdziecie w komunikacie prasowym Eurostatu 
 

16:44, konrad.niklewicz , Społeczeństwo
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4
wyborcza.pl
Konrad Niklewicz

Konrad Niklewicz, od ponad 10 lat dziennikarz i redaktor „Gazety Wyborczej”. Od ośmiu lat w dziale gospodarczym, w latach 2005 - 2007 był korespondentem „Gazety” w Brukseli.
dowiedz się więcej »

Follow konradniklewicz on Twitter
top | © Agora SA | design by kate_mac