Co się dzieje w Unii Europejskiej? Autorski przegląd najważniejszych spraw i wydarzeń z życia wspólnoty.
piątek, 30 stycznia 2009

...na szczęście, nie przeciwko Polakom. Jak donosi brytyjska prasa (m.in. Guardian), tysiące pracowników brytyjskich zakładów energetycznych ogłosiło w poniedziałek strajk. Protest został wywołany decyzją zarządu jednej z rafinerii w Lincolnshire, który ma  zatrudnić pracowników z Włoch i Portugalii do budowy nowych instalacji. Na domiar złego, ta rafineria też jest własnością zagranicznej spółki - a tak konkretnie, francuskiego koncernu Total.
Brytyjscy związkowcy mają nadzieję, że strajk w sektorze energetycznym wymusi na Totalu zmianę decyzji. - Pierwszeństwo w pracy powinni mieć Brytyjczycy - domagali się związkowcy. Guardian przytacza wypowiedź jednego z uczestników protestu w Aberthaw (Walia). - Ludzie tacy jak ja jeździli po całej Wielkiej Brytanii w poszukiwaniu pracy na kontrakt. Teraz nie możemy roboty dostać z powodu napływu pracowników z Europy - skarżył się 60-letni Andy Summers, inżynier izolacji termicznych.
Wtórował mu 36-letni Delwyn Smith, też inżynier: - Oni planują mieć 85 proc. pracowników z zagranicy i tylko 15 proc. tutejszych. Mam 14-letniego syna i nie wiem, jak mu teraz przyszłość zagwarantować.
Przypomnę: cała rzecz dzieje się w Wielkiej Brytanii, pierwszym państwie Unii które zdecydowało się otworzyć swój rynek pracy dla pracowników z nowych państw członkowskich Unii. A teraz? Kiepsko to zaczyna wyglądać. Za chwilę wściekłość Brytyjczyków może się skupić na Bogu ducha winnych Polakach.

PS. Polecam wczesniejszą notkę o bezrobociu w UE. Jeszcze kilka miesięcy takich wyników, a w kilku innych krajach UE takie protesty wybuchną

16:15, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link Komentarze (1) »

Zaraza przywleczona ze Stanów zbiera kolejne żniwo. Eurostat, unijny urząd statystyczny, przed chwilą podał, że bezrobocie w strefie euro w grudniu ub.r. znów wyniosło 8 proc. (to najwięcej od dwóch lat). Natomiast w całej Unii Europejskiej, poziom bezrobocia wynosi 7,4 proc. - o pół punkta procentowego więcej niż w analogicznym okresie 2007 roku.  To oznacza, że w całej Unii Europejskiej pracy nie ma już 17,91 mln kobiet i mężczyzn, z czego 12,47 mln w strefie euro.

Jak radzą sobie poszczególne kraje? Najwieksze bezrobocie jest w Hiszpanii (aż 14,4 proc.!) i na Łotwie (10,4 proc.).
Natomiast najniższym bezrobociem mogą pochwalić się Holendrzy (2,7 proc.). Taki wynik oznacza, że w Holandii de facto istnieje tylko tzw. bezrobocie naturalne: pomijając nieliczne wyjątki, pracy nie mają tylko Ci, którzy z jakichś powodów nie chcą pracować. Drugi najniższy poziom bezrobocia w UE mogą odnotować Austriacy - 3,9 proc. 

Porównując grudzień 2008 z grudniem 2007, Eurostat doszedł do poytywnego - dla nas - wniosku. Polska, zdaniem unijnych statystyków, jest jednym z tych krajów, w których bezrobocie spadało w ubiegłym roku najszybciej. W grudniu ub.r. pracy nie miało 6,5 proc. Polaków. (Te dane różnia się od informacji przekazywanych przez GUS i Ministerstwo Pracy - Eurostat stosuje jednak inną niż my definicję "bezrobocia"). Niestety dane za styczeń mogą być mniej optymistyczne...

Nie pozostaje więc nic innego, jak szukać pocieszenia w danych dotyczących inflacji. Według wstępnego szacunku Eurostatu, w styczniu spadnie ona do najniższego poziomu od 10 lat - 1,1 proc.!
Ponieważ oficjalny cel inflacyjny Europejskiego Banku Centralnego to "inflacja bliska, ale niższa niż 2 proc." - jest jeszcze pole manewru do dalszego cięcia stóp procentowych EBC. Módlmy się, żeby to pomogło pobudzić europejską gospodarkę.
Zdaniem analityków, nie należy się jednak spodziewac takiej decyzji EBC (o cięciu) już w przyszłym tygodniu.
Pożyjemy, zobaczymy.

Piątkowy komunikat Eurostatu - tutaj

14:17, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link
czwartek, 29 stycznia 2009

To chyba jakaś amerykańska choroba, coś na kształt ciężkiego amerykanocentryzmu - przekonanie, że TYLKO Ameryka może przewodzić światu, nikt inny. Na tę przypadłość zapadają nawet ci Amerykanie, których zwykliśmy uważać za przychylnych Europie.
Do grona chorych na amerykanocentryzm dołączył właśnie Al Gore, były wiceprezydent USA, współlaureat pokojowego Nobla i lider kampanii na rzecz walki z globalnymi zmianami klimatycznymi.
Otóż Gore publicznie zakwestionował zdolność Unii Europejskiej do bycia liderem w powstrzymywaniu tychże zmian. Jak donosi moje nieocenione źródło wiedzy, portal EUobserver, podczas wystąpienia przed amerykańską, senacką komisją spraw zagranicznych, Gore zapytany o to, kto będzie światowym eko-liderem, raczył odpowiedzieć: - Niektórzy spekulowali, że jeśli Unia Europejska zjednoczy się bardziej, ma swojego prezydenta i efektywną legislację, to może mieć potencjał do światowego przywódca. No cóż, nie wstrzymywałbym oddechu, czekając na to.
To powiedziawszy, Gore natychmiast dodał: - Nie chciałbym być zbyt dumny z tego powodu, ale wydaje mi się, że Stany Zjednoczone są jedynym narodem, który może przewodzić światu.
No jak tak, to tak. Mnie, skromnemu Europejczyk niezdolnemu do przewodzenia, pozostaje tylko czekać na to światłe przywództwo i chwałę Ameryki. W oczekiwaniu na nie, będę przypominał sobie kilka faktów z przeszłości. Jak choćby ten: /.../ Do tej pory Stany Zjednoczone były głównym hamulcowym światowych działań klimatycznych. Przez większość czasu dwóch kadencji administracja George'a W. Busha ignorowała, by nie powiedzieć, że sabotowała światowe inicjatywy. Gospodarka amerykańska pompowała do atmosfery kolosalne ilości CO2; jeden tylko stan - Teksas - emitował rocznie ponad 650 mln ton CO2 rocznie, więcej niż... cała gospodarka Francji (której PKB mimo wszystko jest większy niż PKB generowany w Teksasie) /.../ Państwa unijne były jednymi z pierwszych, które ratyfikowały protokół z Kioto narzucający 5,4 proc. redukcji emisji CO2 do 2012 r. I tak naprawdę UE to pierwsze międzynarodowe porozumienie ws. redukcji emisji gazów cieplarnianych uratowała. Bo gdy w 2001 r. ówczesny prezydent USA George W. Bush zapowiedział, że Stany Zjednoczone nie ratyfikują tego porozumienia (bo kwestionują jego podstawy), to Kioto było o krok od klęski. Bruksela nie poddała się jednak. Pominęła USA. Wywierała za to presję na Kanadę i Rosję. Tak długo, aż te dwa państwa przyłączyły się do systemu. I tylko dzięki temu protokół z Kioto został ratyfikowany przez 55 proc. państw ONZ, co oznaczało, że stał się obowiązujący. /.../ Aż osiem państw UE (Finlandia, Słowenia, Dania, Portugalia, Rumunia, Łotwa, Szwecja i Austria) generuje ponad 20 proc. zużywanej elektryczności ze źródeł odnawialnych. Za dwa lata ich liczba wzrośnie do 13, a Austriacy osiągną rekordowy wynik 80 proc. (Gazeta Wyborcza, 25/11/2008)

Odpowiadając na ewentualne Państwa pytania: tak, oczywiście wiem, że prezydent Barack Obama jest jedną wielką ”change, yes, we can” i teraz już będzie na pewno lepiej.

16:06, konrad.niklewicz , Społeczeństwo
Link
Zdecydowana większość Czechów (64 proc.) chce, żeby czeski parlament ratyfikował Traktat Lizboński - wynika z opublikowanego w środę sondażu, przeprowadzonego przez agencję STEM. W porównaniu do października, liczba Czechów popierających Traktat Lizboński podniosła się aż o 19 proc.!
Co spowodowało, że Czesi nagle zaczęli cieplej myśleć o nowym unijnym traktacie? Otóż, wbrew pozorom, nie kryzysu gospodarczy jaki spadł na europę. - Obawa przed utratą prestiżu państwa! - zaskakująco odpowiadają badacze STEM.
Co w takim razie zrobią czescy politycy? Wiadomo, że wszelkimi metodami ratyfikację traktatu próbuje zablokować prezydent Vaclav Klaus. Ale jego eurosceptycyzmu nie podzielają już nawet dawni koledzy z partii ODS, z której notabene Klaus odszedł. Zaś lewa strona czeskiej sceny politycznej jest niemal w całości za ratyfikacją.
Co rwnie ważne, nie ma też już żadnych przeszkód prawnych, by czeski parlament sprawą się zajął. Już w połowie listopada czeski trybunał konstytucyjny uznał, że ratyfikacja Lizbony nijak nie kłóci się z czeską konstytucją (choć Klaus z uporem godnym lepszej sprawy sugerował, że jest inaczej).
Na głosowanie przyjdzie jednak poczekać. Miloslav Vlcek, przewodniczący niższej izby czeskiego parlamentu już zapowiada, że dopiero pod koniec lutego należy się spodziewać decyzji w sprawie Traktatu.
Jeśli głosowanie będzie na ”tak”, w całej Europie pozostaną już tylko trzy kraje, które nie będą miały traktatu ratyfikowanego. Polska (wiadomo komu to zawdzięczamy), Irlandia (tam planowane jest kolejne referendum, pierwsze - wiosną 2008 r. - było na „nie”) oraz Niemcy, gdzie politycy wciąż czekają na werdykt trybunału konstytucyjnego. Spodziewany jest on w ciągu najbliższych kilku miesięcy.
12:53, konrad.niklewicz , Polityka
Link
środa, 28 stycznia 2009

Wczorajsza propozycja Komisji Europejskiej, żeby przekazać Polsce dodatkowe pół miliarda euro na inwestycje w energetykę i w internet szerokopasmowy na terenach wiejskich musiała się spodobać. Cieszył się zarówno wiceminister skarbu (odpowiedzialny za energetykę) Krzysztof Żuk, jak i przedstawiciele firm, które na ekstra kasie z unijnego budżetu mogą skorzystać. Zadowolone było zwłaszcza PGNiG (jego projekt gazociągi do Danii może dostać 150 mln euro) oraz Gaz-System (bo Komisja chce dać 80 mln euro na budowę gazoportu LNG w Świnoujściu).
Nie chodzi tylko o samą euro dotację: sam fakt, że w inwestycje chce się zaangażować budżet europejski zwiększa szanse na uzyskanie potrzebnych, komercyjnych kredytów.
Czyli pełne sukces? Szampan, baloniki i tańce do rana? Otóż nie, jeszcze nie.
Bo pomysł Komisji, jak podzielić pieniądze zaoszczędzone w zeszłym roku we Wspólnej Polityce Rolnej trzeba jeszcze przepchnąć przez unijną radę. A nie wszystkim rządom UE propozycja Komisji Europejskiej podobają się. Kilka krajów - intuicja podpowiada mi Wielką Brytanię - zamiast nowych inwestycji wolałoby po prostu dostać zaoszczędzone pieniądze z powrotem do swojego narodowego budżetu.
Zapytałem
Mikołaja Dowgielewicza, polskiego ministra ds. europejskich, jak wyglądają nasze szanse. Przekonywał, że są bardzo duże: - Po rosyjsko-ukraińskim kryzysie gazowym poparcie dla tych pomysłów jest znacznie większe. Wiemy, że niektóre państwa, np. Wielka Brytania, nie są chętne propozycjom KE. Ale ten podział środków jest korzystny, bo daje gwarancje większej niezależności energetycznej dla UE - powiedział mi Dowgielewicz.
Wierzę mu na słowo. Ale trzeba czytelników uczciwie poinformować, że na środowym posiedzeniu
COREPER-u pojawiło się mnóstwo głosów krytycznych. Poddawano w wątpliwość zwłaszcza to, czy takie wydatki będą miały realny wpływ na walkę z kryzysem gospodarczym (a takie jest jedno z oficjalnych uzasadnień) planu. - Jest bardzo małe poparcie dla tego planu. Będzie ciężko uzyskać na niego zgodę jeszcze przed szczytem UE w marcu 2009 r. - twierdzi anonimowo jeden z dyplomatów, cytowany przez agencję AFP.
Moi rozmówcy każą się jednak nie przejmować tym, co w środę wieczorem stało się na posiedzeniu COREPER. - W tym jest trochę targu. Teraz projektem zajmą się unijni ministrowie ds. UE. [czyli z polskiej strony - Dowgielewicz]. A oni są najbardziej kompromisowi - tłumaczy mi wysoki rangą polski urzędnik.
Zresztą w najgorszym scenariuszu, decyzja w sprawie projektu Komisji może być przesunięta na wspomniany, marcowy szczyt UE. I wówczas Polska znów będzie mogła wykazać się zdolnościami do targów, tak, jak to zrobiła na poprzednim szczycie w grudniu.
Będę śledził tę sprawę na swoim blogu.

21:36, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link

Dziś ujawniamy w „Gazecie” najnowszą propozycję Komisji Europejskiej, dotycząca podziału dodatkowych pieniędzy (w sumie 5 mld euro) na walkę z kryzysem, głównie po przez finansowanie dużych projektów infrastrukturalnych.
Jak ustaliłem, Polska ma być głównym beneficjentem tego zaskórniaka. Szczegóły - w moim tekście na wyborcza.pl.
Propozycja KE będzie oczywiście dopiero punktem wyjścia do negocjacji w Radzie. Teraz Polska (wraz z innymi, zainteresowanymi państwami) musi je na obronić na forum unijnej rady. Według informacji jakie uzyskałem od polskich dyplomatów, kilka krajów zamierza podtrzymać sprzeciw wobec tego pomysłu: Wielka Brytania, Szwecja, Austria, Holandia. One razem mają 62 głosy - jeszcze trochę brakuje, by sformować mniejszość blokującą. Polski głowa w tym, żeby taka blokada nigdy nie powstała.
Oczywiście te 5 mld euro w budżecie UE - które mamy dostać - nie weźmie się znikąd. Te pieniądze pochodzą z zaoszczędzonych pieniędzy, z wydaniem których państwa członkowskie muszą się pogodzić. W przypadku Polski - to będzie zgodna na wydatek około 150 mln euro. Biorąc jednak pod uwagę, ile mamy dostać w sumie, jest to - jak to ujął jeden z moich rozmówców „inwestycja, która powinna przynieść wyjątkowo solidny zwrot”.
Taki podział pieniędzy - proponowany dziś przez Komisję - to duży sukces polskiej dyplomacji, która w ostatnich tygodniach dyskretnie współpracowała z Komisją Europejską. To Warszawa forsowała pomysł wypracowania listy przedsięwzięć, które w najlepszym stopniu odpowiadałyby na wyzwania w dziedzinie energetyki oraz potrzebę pobudzenia wzrostu gospodarczego poprzez dodatkowe wydatki budżetu UE.

Pieniądze na inwestycje energetyczne to nie jedyny pomysł Komisji na walkę z kryzysem. Unijny plany ”pobudzania gospodarki” zakłada także m.in. znaczące ułatwienia w korzystaniu ze środków unijnych i w ogóle, z pomocy publicznej. Dwa przykładowe ułatwienia - jeszcze nie wdrożone w Polsce - opisałem w ”Gazecie” (wydanie 28.01), dzięki informacjom uzyskanym od ekspertów firmy doradczej Deloitte.

Otóż KE pozwala rządom na udzielanie ekstra dotacji (maksymalnie 500 tys. euro), finansowanych z krajowego budżetu, dla tych firm, które wpadły w niespodziewane tarapaty z powodu kryzysu, np. z powodu bankructwa zagranicznego kooperanta. Warunek jest jeden: taka nadzwyczajna dotacja musi być udzielona do końca 2010 r., na podstawie specjalnego „programu pomocy publicznej”, który rząd musi napisać - i przesłać do Komisji przed 31 lipca 2007 r. Niestety, do tej pory rząd jeszcze tego nie zrobił.
Dodatkowo Komisja zgodziła się na nową definicję średniej wielkości przedsiębiorstw: od teraz próg zatrudnienia może wnosić 500 osób (a nie 250) co oznacza, że więcej firm będzie miało prawo do otrzymywania większej pomocy publicznej (bo duże przedsiębiorstwa z definicji mają jej dostawać jak najmniej). Także to uproszczenie - jak mówią eksperci Deloitte - nie zostało jeszcze przez rząd wdrożone.
 


Więcej - już wkrótce na moim blogu.

11:26, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link
wtorek, 27 stycznia 2009

Pamiętacie Państwo mój wpis sprzed kilku dni o UkrainieOstrzegałem w nim, że Unia Europejska (a zwłaszcza Komisja Europejska) gwałtownie zmienia swój stosunek do Ukrainy. Kryzys gazowy spowodował, że Bruksela po prosyu przestała władzom w Kijowie ufać. Bo zrozumiała, że Ukraina - mimo wszystko nie będąca członkiem UE - próbowała wmanewrować całą 27. w konflikt z Rosją. I to taki konflikt, w którym przynajmniej częśc racji może leżeć po stronie Rosji...

Prezydent Juszczenko zorientował się, że efekty kryzysu gazowego stają się dla jego kraju opłakane. I wczoraj poleciał do Brukseli, żeby ratować sytuację. Nie do końca chyba mu się to udało. Pisze o tym m.in. Anna Słojewska, korespondentka "Rzeczpospolitej" w Brukseli.

Jedyne pocieszenie, jakie nam zostało, to fakt, że nasi Ukraińscy przyjaciele najwyraźniej zrozumieli, że dotychczasowa taktyka wciagania Unii w niebezpieczne gry była błędem. Tego się trzymajmy.     

 

21:15, konrad.niklewicz , Polityka
Link
poniedziałek, 26 stycznia 2009

Możecie się z tego śmiać lub nie, ale tym także zajmuje się Unia Europejska. Bez medialnego rozgłosu.
Otóż dziś (we wtorek, 27 stycznia) do Brukseli mają zjechać eksperci z całej Europy, żeby debatować o ... zagrożeniach dla zdrowia powodowanych przez iPody oraz wszelkie inne przenośne (osobiste) odtwarzacze muzyczne. Także te zamontowane w telefonach komórkowych.
 
Zdaniem Komisji Europejskiej, sprawa bynajmniej nie jest żartem, ale czymś na tyle poważnym, że wtorkowej konferencji będzie przewodniczyć Meglena Kuneva, bułgarska komisarz ds. konsumenckich.
Już w październiku ub.r. unijny Naukowy Komitet ds. Pojawiających się i Nowo-Zidentyfikowanych Zagrożeń Zdrowotnych (tak, tak - jest taki! Chodzi o SCENHIR, czyli Scientific Committee on Emerging and Newly Identified Health Risks) alarmował, że od 5 do 10 proc. osób słuchających muzyki z przenośnych odtwarzaczy może stracić słuch, w całości bądź częściowo. Wystarczy puszczać sobie np. najnowsze U2 albo Pink ciut za głośno, przez godzinę dziennie, cały tydzień, przez pieć lat.

Według szacunków Komisji Europejskiej, co najmniej 50 mln osób, a może nawet 100 mln codziennie korzysta z odtwaraczy takich jak iPod. Z informacji od producentów wynika, że w latach 2004 - 2008 w UE sprzedano ok. 200 mln przenośnych odtwarzaczy.

Zaniepokojona tymi liczbami komisarz Kuneva zwołała więc w Brukseli sabat ekspertów, by zastanowić się, czy w sprawie iPodów potrzebna jest jakaś unijna regulacja prawna. Albo nakaz zmian technicznych, narzucony producentom odtwarzaczy. Bo już obowiązujące przepisy (ograniczające głośność odtwarzaczy do 100 dB) być może są niewystarczające...
- Martwię się, że tak wielu młodych ludzi, którzy często korzystają z osobistych odtwarzaczy muzycznych i telefonów komórkowych, może nieodwracalnie niszczyć sobie słuch - tłumaczy Kuneva. (A tak na marginesie: sądząc po popularności monumentalnych utwórów Rubika, w polskim społeczeństwie szkoda już sie dokonała).

Pełen tekst raport unijnych ekspertów nt. skutków słuchania muzyki z odtwarzaczy przenośnych - tutaj

21:40, konrad.niklewicz , Społeczeństwo
Link Komentarze (2) »

Kolejny raz może się okazać, że strach ma wielkie oczy. Europejczycy od wielu miesięcy - by nie powiedzieć lat - żyją w przekonaniu, że radykalna redukcja emisji CO2 do atmosfery, która w grudniu 2008 r. została ostatecznie uzgodniona na szczeblu unijnych rządów, będzie bardzo kosztowna. Potrzebna, ale bajońsko droga. Otóż niekoniecznie. Znana firma konsultingowa McKinsey & Co sporządziła raport na temat kosztów globalnego ograniczenia emisji CO2. Wynika z niego, że cena jaką przyjdzie nam zapłacić będzie dużo niższa niż pięć proc. światowego PKB - co prognozował Nicolas Stern w swoim słynnym raporcie. (Raport Sterna do przeczytania na blogu Maćka Kuźmicza )

W tym miejscu należy się czytelnikom jedno ważne wyjaśnienie. Raport został przygotowany na zlecenie organizacji pozarządowej WWF (ekolodzy). To może ciążyć na domniemaniu obiektywności dokumentu i zawartych w nim wyliczeń. Niemniej jednak McKinsey & Co jest firmą znaną, o dośc pozytywnym track record - więc warto ten głos wziąć pod uwagę, wyrabiając sobie opinię. McKinsey & Co., wiedząc, że jego dzieło będzie poddane wszechstronnej weryfikacji - raczej nie pozwolłby sobie na ewidentne przekłamania i/albo manipulacje.

To powiedzawszy, ad rem. Łączny koszt szybkiej i dużej redukcji emisji CO2 wyniesie mniej niz 1 proc. światowego PKB, przez co można sobie z nim spokojnie poradzić - taka jest główna konkluzja badania McKinsey & Co. Licząc w euro, koszt redukcji został oszacowany na 200 - 350 mld euro rocznie (w skali całego świata). Do 2020 r. potrzebne będą dodatkowe inwestycje rzędu 530 mld euro, przy czym część wydatków uda się w przyszłości odzyskać dzięki zyskom płynącym z oszczędności energii - przekonuja autorzy raportu. Jak McKinsey doszedł do takich wniosków? Jak twierdzi firma, badanie w dużej mierze zostało oparte na informacjach przekazanych przez 10. dużych światowych firm - m.in Shella, Vattenfalla i Volvo.

Raport McKinsey & Co. można ściągnąć tutaj

20:37, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link

Notka z krajowego podwórka.
Zastanawiałem się kilkakrotnie, jak rząd zamierza zachęcić inwestorów do budowania odnawialnych źródeł energii: wszelkiego rodzaju elektrowni na biomasę, farm wiatrowych, małych elektrowni wodnych itp.
Budowa nowych OZE jest w Polsce konieczna. Także z tego powodu, że unijna polityka energetyczno-klimatyczna - do realizacji której zobowiązaliśmy sie w grudniu 2008 r. - przewiduje, że do 2020 r. aż 15 proc. zużywanej w Polsce eneregii będzie pochodzić z odnawialnych źródeł.
Tylko kto za to zapłaci? W całej Unii Europejskiej - nawet w krajach o korzystnym położeniu geograficznym - energia z wiatru, wody i słońca jest dość droga. Banki, zwłaszcza teraz, niechętnie udzielają kredytów na inwestycje, które są mało rentowne - w długiej perspektywie.  

(Więcej o kosztach inwestowania w odnawialne żródła - w debacie o nowej, unijnej polityce energetycznej )

Otóż polski rząd ma pomysł, jak sfinansować przynajmniej część kosztów budowy OZE. Otóż 1,5 mld zł na ten cel zamierza wydać w ciągu trzech lat Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. W środę plan wydatków ma ostatecznie zatwierdzić minister środowiska.
Skąd będzie pochodzić te 1,5 mld zł? Specjalny program NFOŚiGW będzie finansowany z kar i opłat zastępczych, jakie co roku płacą polskie przedsiębiorstwa energetyczne, za to, że wytwarzają zbyt małą ilość „zielonej” energii. Według obecnych szacunków, w 2009 r. przedsiębiorstwa energetyczne zapłacą ok. 578 mln złotych, w 2010 r. - 746 mln zł i 650 mln zł w kolejnym roku.
Lwia część tych dochodów - co najmniej 1,5 mld złotych - trafi właśnie do specjalnego funduszu wsparcia budowy OZE. 
Pomoc NFOŚiGW będzie polegać na tym, że w latach 2009 - 11 inwestor będzie mógł się ubiegać o preferencyjnie oprocentowaną pożyczkę (do 75 proc. wartości inwestycji, ale nie więcej niż 50 mln zł). Dodatkowo, po zrealizowaniu inwestycji, będzie mógł się starać o umorzenie części kredytu - nawet połowy!
- Spodziewamy się ogromnego zainteresowania. Już w 2008 r. dostaliśmy ponad 200 wniosków o dofinansowanie odnawialnych źródeł energii - powiedział mi Witold Maziarz, rzecznik NFOŚiGW. - Jesteśmy pewni, że z nowego programu skorzysta kilkaset inwestycji - dodaje.
Ponieważ zainteresowanie pozyczkami będzie zapewne większe, niż kwota do dyspozycji - Narodowy Fundusz już teraz zapowiada konkursy. Pierwszy ma się odbyć dość szybko, bo już na przełomie marca i kwietnia.

Więcej o programie NFOŚiGW - we wtorkowym wydaniu "Gazety Wyborczej".

Oczywiście, część czytelników może obawiać się, że pieniądze, którymi fundusz wsparcia dla OZE zostanie zasilony, pochodzą tak naprawdę z naszej kieszeni. Otóż uspokajam - nie do końca tak będzie.
Zgodnie z obowiązującymi regułami, Zakład Energetyczny (który płaci karę za zbyt mały udział "zielonej" energii w swoim bilansie) nie może kosztem tej kary obciążyć taryfy dla gospodarstw domowych - bo mu jej URE nie zatwierdzi.
Ten koszt da się wrzucić tylko do taryfy dla firm - co oznacza, że koszt się też na nas przenosi, ale w mniej bezpośredni sposób i w nieco mniejszym stopniu (bo, upraszczając, cześć firm sprzedaje swoje usługi i produkty na eksport i kosztem kary obciąża kogo innego).

Elektrownia wiatrowa w Douglas. Szkocja C Eurepean Communities 2009

16:14, konrad.niklewicz , Gospodarka
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4
wyborcza.pl
Konrad Niklewicz

Konrad Niklewicz, od ponad 10 lat dziennikarz i redaktor „Gazety Wyborczej”. Od ośmiu lat w dziale gospodarczym, w latach 2005 - 2007 był korespondentem „Gazety” w Brukseli.
dowiedz się więcej »

Follow konradniklewicz on Twitter
top | © Agora SA | design by kate_mac