Co się dzieje w Unii Europejskiej? Autorski przegląd najważniejszych spraw i wydarzeń z życia wspólnoty.
Blog > Komentarze do wpisu

Moje pretensje do Sarkozy'ego

Koniec grudnia za pasem, więc europejskie media żwawo zabrały się za podsumowanie sześciu miesięcy francuskiego przewodnictwa w Unii Europejskiej. Z oczywistych przeczyn ocena koncentruje się na osobie hiperaktywnego prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy'ego, faktycznego szefa francuskiego rządu. To właśnie Sarkozy nadawał Unii ton przez ostatnie pół roku.

Moja redakcyjna koleżanka Dominka Pszczółkowska (korespondentka „Gazety” w Brukseli) już takiego bilansu dokonała, podobnie jak redakcyjny kolega Jacek Pawlicki (jego komentarz ukaże się w sobotniej „Gazecie”).

Bilans wypada korzystnie, bez dwóch zdań. Zakończone porozumieniem negocjacje w sprawie pakietu energetyczno-klimatycznego, wywalczenie drugiej, irlandzkiej szansy dla Traktatu Lizbońskiego, pomoc przy gaszeniu konfliktu gruzińsko-rosyjskiego, czy wreszcie urcuhomienie ”Partnerstwa Śródziemnomorskiego” i nowej polityki UE wobec Wschodniej - to Sarkozy'emu udało się (notabene, nie bez pomocy krajów takich jak Polska).
Nawet jeśli nie wszystkie posunięcia francuskiego prezydenta były słuszne, to jednak zdołał przez sześć miesięcy nadać Unii wyrazistą twarz. Swoją twarz. Parafrazując słynne powiedzenie Henry'ego Kissingera, wreszcie było wiadomo, do kogo w Europie zadzwonić.
Reasumując: sześć miesięcy z Sarkozy'ym u steru okazały się być nienajgorszym czasem dla Unii.

To powiedziawszy, kilka słów krytyki (no bo ileż można lukru nakładać). Nie do końca przekonuje mnie reakcja Francji (czytaj: jej prezydenta) na wybuch światowego kryzysu gospodarczego. Narzędzia do walki z kryzysem, jakie Sarkozy zaproponował Unii Europejskiej, przyniosą korzyści tylko na króką metę (jeśli w ogóle). A co gorsza, będą to korzyści tylko dla starych państw członkowskich. To nie są rozwiązania skrojone na potrzeby krajów takich jak Polska. Wytykając po kolei:

Wydatki budżetowe. W czasach kryzysu, pieniędzmi trzeba palić w piecu - uważa francuski prezydent. I nakłaniał rządy państw UE do uruchamiania ”planów ratunkowych”, polegających m.in. na masowych wydatkach z budżetu państwa (mających podtrzymać słabnącą konsumpcję). Nawet kosztem powiększenia deficytu budżetowego.
To nie jest dobry pmysł dla takich krajów jak Polska (a już na pewno nie Węgry), które od lat zmagają się z chorobą nadmiernego deficytu budżetowego. I które zamiast podwyższać pensje nauczycielom, ciułają każdą złotówkę na obsługę zagranicznego zadłużenia. Mówiąc wprost, polskiego budżetu po prostu nie stać na pompowanie pieniędzy w gospodarkę.

Ale Sarkozy postawił na swoim. I w efekcie na ostatnim unijnym szczycie ustalono, że rządy UE mają wdrażać program ratunkowy, ktego częścią będzie ok. 200 mld euro ekstra wydatków budżetowych.  

Nowe zasady pomocy publicznej. Sarkozy zawsze przekonywał, że unijne reguły udzielania pomocy publicznej są zbyt rygorystyczne. Gdy wybuchł kryzys, francuski prezydent jeszcze bardziej przekonywał, publiczna kroplówka dla firm w tarapatach jest konieczna.
Pod taką Komisja Europejska, strażnik zasad pp, wreszcie zmiękła. 16 grudnia ogłosiła tymczasowe” poluzowanie zasad. Przykładowo, podwyższyła do 500 tys. euro (z 300 tys. euro) próg pomoc publicznej ”de minimis”, czyli takiej, którą można dawać firmom bez oglądania się na zgodę Komisji.
I znów, to nie jest rozwiązanie dobre dla krajów, w których państwo jest realtywnie słabe finansowo. W wyścigu na subwencje dla firm, Polska nie ma szans na zwycięstwo. Przykładowo, władze landu Nadrenia-Westfalia zawsze będą mogły dać więcej dotacji nowym, małym i średnim inwestorom, niż np. województwo dolnośląskie.

Last but not least, zarzucać Sarkozy'emu można chaotyczność działań i demonstracyjny brak dokładnej wiedzy. Przykłądem chaosu było spotkanie czterech największych państw Unii (G4) w październiku br. w Paryżu. Całkowicie nieprzygotowane, na prędce zwoływane - chyba tylko, żeby pokazać, że UE cokolwiek robi - nie przyniosło żadnych konkluzji.
A brak merytorycznego przygotowania? Weźmy choćby wypowiedź Sarkozyego na temat początków kryzysu finansowego: - On się nie zaczął w sierpniu 2007 r., ale 15 września 2008 r., gdy upadł bank Lehman Brothers - twierdził prezydent.
Jak trafnie zauważył Michel Aglietta, profesor ekonomii na Uniwersytecie Paris-X Nanterre (cytowany przez portal EurActiv.fr) za taką odpowiedź każdy student dostałby bańkę.
Bo recesja w USA, panie prezydencie Sarkozy, zaczęła się już w styczniu 2008 r. I doprowadziły do niej wydarzenia m.in. z II połowy 2007 roku.

piątek, 19 grudnia 2008, konrad.niklewicz

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
wyborcza.pl
Konrad Niklewicz

Konrad Niklewicz, od ponad 10 lat dziennikarz i redaktor „Gazety Wyborczej”. Od ośmiu lat w dziale gospodarczym, w latach 2005 - 2007 był korespondentem „Gazety” w Brukseli.
dowiedz się więcej »

Follow konradniklewicz on Twitter
top | © Agora SA | design by kate_mac